Z Zamku Królewskiego w Warszawie na Wawel

Jerzy S. Majewski
16.04.2010 aktualizacja: 2010-04-15 21:42
A A A Drukuj
Królowa Anna Jagiellonka. Została pochowana w kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu obok ojca Zygmunta Starego
Pierwszym "warszawskim królem" pochowanym na Wawelu była kobieta. Anna Jagiellonka, ciotka króla Zygmunta III Wazy. Z kolei po raz ostatni z Warszawy na Wawel urządzono eksportację hurtową: Jana III, królowej Marysieńki i Augusta II
Serce walecznego Jana III pozostało jednak u kapucynów przy Miodowej w Warszawie. Serce Augusta II złożono w drezdeńskim Hofkirche, ciało powędrowało na Wawel, a Warszawa zatrzymała urnę z wnętrznościami.

Smutna brzydula

Królowa Anna Jagiellonka "spokojnie i cicho umarła na zamku warszawskim 9 września 1596 r. Przygotowywała się do zgonu tak starannie, że jak zaświadczał ks. Piotr Skarga, u schyłku żywota zawsze kazała wkładać sobie pod łóżko całe wyposażenie grobowe - obleczenie pośmiertne, gromnicę" - pisał Paweł Jasienica w książce "Ostatnia z rodu". Gasła zgorzkniała i opanowana dewocją tak wielką, że zwrócił na nią uwagę nawet sam ksiądz Skarga. Słaba na zdrowiu zrywała się do kościoła zbyt wcześnie, przesiadywała zbyt długo, ingerowała w porządek nabożeństw i wewnętrzne sprawy duchowieństwa. U schyłku życia nawa kościelna stała się jej drugim, jeśli nie pierwszym domem.

Zapewne inaczej potoczyłby się jej los, gdyby nie była brzydulą. Jej siostry, także młodsza, dawno powychodziły za mąż, gdy ona wciąż tkwiła w niechcianym dziewictwie. Mariaże nie dochodziły do skutku, a to z powodów politycznych, a to za sprawą jej portretów przesyłanych konkurentom, choć utytułowani swaci zawsze odejmowali jej lat. Serce zabiło jej szybciej, gdy zgodnie z umową jej rękę miał wziąć nowo obrany król Henryk Walezjusz. Młodzieniec okazywał Jagiellonce uprzejmości, trzymał ją za dłoń i patrzył czule w oczy, "świadczył damie takie uprzejmości, do jakich tylko Francuz może być zdolny", ale do żeniaczki się nie palił. Była zaledwie trzy lata młodsza od jego matki. Walezjusz jednak szybko czmychnął z Polski.

Ona zaś wkrótce wyszła za mąż za kolejnego obranego monarchę - Stefana Batorego. Stadło nie było udane. Batory nie miał w sobie ogłady Francuza. Z jej perspektywy był prostakiem, który traktował ją z finezją żołnierza. On z kolei od łoża małżeńskiego wolał długie polowania i kampanie wojenne. Szans na przedłużenie dynastii nie było. Jeden z najwybitniejszych polityków epoki kanclerz Jan Zamoyski ponoć namawiał króla do rozwodu. Była nieszczęśliwa, pełna goryczy, zapewne żalu do życia. Przy zgonie Anny Jagiellonki na warszawskim zamku był obecny jej siostrzeniec. Nowy król Zygmunt III, który po pożarze zamku na Wawelu przeniósł do Warszawy swój dwór.

Natychmiast po śmierci królowej kazał obić komnaty zamkowe czarnym kirem. Zwłoki stanęły na wyniosłym katafalku okrytym całunem i przyozdobionym malowanymi na jedwabiu herbami Jagiellonów i Sforzów. Król przywdział żałobę. Chodził odziany na czarno w pelerynie i z wysokim, niemieckim kapeluszem na głowie, zaś jedynym jasnym akcentem jego stroju była biała, hiszpańska kryza. Gorzko żałował swej ukochanej ciotki. Bo choć jako kiepski polityk swym długim panowaniem wprowadził Rzeczpospolitą na drogę upadku, to w stosunkach rodzinnych był pełen ciepła i czułości.

Bożena Fabiani w książce "Życie codzienne na zamku królewskim w epoce Wazów" pisze, co zwykle działo się z królewskimi zwłokami. Ledwo monarcha zamknął oczy, a do pracy przystępowali medycy i balsamiści. Rozcinali zwłoki, wyjmowali serce i wnętrzności, umieszczając je w osobnych naczyniach. Ciało poddane słonej kąpieli napełniał chmielem i ziołami. Wcierał w nie maści, używał wapna i bawełny. Wreszcie zaszywał. Nie było czasu do stracenia. Lodówek nie znano. Balsamowanie ciał było niezbędne, bo egzekwie pogrzebowe ciągnęły się tygodniami. Sam przejazd z Warszawy do Krakowa po drogach tak kiepskich, że wozy zapadały się po osie w piachu, trwał wiele dni.

"Nieudolne były to jednak zabiegi, skoro balsamowane ciała ulegały szybkiemu rozkładowi" - pisała Fabiani. Szczątki Anny Jagiellonki z Warszawy przewieziono do Krakowa. Zgodnie z jej własną wolą została pochowana w kaplicy Zygmuntowskiej na Wawelu obok królów - jej ojca Zygmunta Starego i brata Zygmunta Augusta, za to z dala od zmarłego wcześniej męża Stefana Batorego, który tak nieczule ją traktował. Gdy jeszcze żyła, do kaplicy Zygmuntowskiej przesłała swój portret. Kanonikom w trakcie nabożeństw kazała go zasłaniać. Powodem nie były kompleksy, lecz obawa, by prości a nabożni wierni nie uznali obrazu za wizerunek jakiejś świętej i nie oddawali mu bałwochwalczo czci.

Dwaj królowie i jedna królowa

Być może nie mielibyśmy czasów saskich, wojny północnej, a pewnie też zaborów i upadku Rzeczypospolitej, gdyby nie kłótnia rodzinna. 17 czerwca 1696 r. w Wilanowie umarł król Jan III Sobieski. Historycy spierają się, jaka choroba była przyczyną jego śmierci. Nie miało to jednak znaczenia dla dalszych losów państwa. Za to decydujący wpływ miał spór jego bliskich o pozostawione skarby. Kłócili się o nie jego żona i dzieci, które wcześniej szczerze opłakiwały monarchę. Doszło do tego, że królewicz Jakub nie chciał wpuścić do Zamku Królewskiego braci i matki, która przywiozła szczątki męża. Na wszystko patrzyli poddani. Zgorszeni przecierali oczy ze zdumienia, a skompromitowany Jakub utracił szansę na elekcję. Ostatecznie szczątki monarchy i tak trafiły do kaplicy na Zamku Królewskim. Stąd 23 grudnia 1697 r. uroczyście przeniesiono je do kościoła Kapucynów przy Miodowej. Stało się to już za panowania nowego króla Augusta II.

Uroczystości te opisał Krzysztof Wiśniewski w "Roczniku Warszawskim". Trumna z ciałem króla Sobieskiego stanęła na dziedzińcu zamkowym, gdzie złożono je na wspaniałym wozie zaprzężonym w osiem koni i przykrytym karmazynowym całunem z aksamitu. Na trumnie złożono insygnia królewskie. Nim orszak ruszył, franciszkanie i augustianie odśpiewali pieśni, a biskup inflancki Mikołaj Popławski wzruszył zebranych kazaniem. Wreszcie ruszyli. Na czele cechy Warszawy, zakonnicy i magistraty Starego i Nowego Miasta, księża, biskupi w szatach pontyfikalnych, kapela królewska, wreszcie trzech senatorów. Pierwszy z koroną, drugi z berłem, trzeci z jabłkiem królewskim i dopiero za nimi powóz z trumną. Towarzyszyło mu 24 dworzan w pasowych kapach z zapalonymi pochodniami, rajtarzy i straż królowej Marii Kazimiery. Serce króla niósł na poduszce sekretarz wielki koronny Mikołaj Wyrzycki. Obok marszałkowie, synowie Jana III - Aleksander i Konstanty, tłumy urzędników, posłowie, fraucymer królowej i wreszcie lud. W orszaku szedł, kto żyw w mieście tak, że ledwo można się było przecisnąć. Wszystkie dzwony dzwoniły, a smutny pochód przeciskał się staromiejskimi ulicami, by dojść do Długiej i potem Miodową do kościoła Kapucynów.

21 lat później pewnej nocy furtian kapucynów usłyszał walenie w drzwi. Gdy wyjrzał na ulicę, nikogo nie zobaczył. Za to pod furtą stała trumna. Zakonnicy o wydarzeniu natychmiast poinformowali biskupa Jana Tarłę, który właśnie odprawiał rekolekcje w klasztorze Kapucynów (marmurowy portret Tarły z wielką brodawką właśnie został odrestaurowany w kościele św. Krzyża). Biskup nakazał otwarcie trumny. W środku leżała kobieta z berłem i medalionem w ustach, który zdradzał jej tożsamość. To były zwłoki królowej Marysieńki Sobieskiej zmarłej w poprzednim roku na zamku Blois we Francji. Jak pisze Zbigniew Wójcik w książce o Janie III Sobieskim, trumnę z ciałem królowej podrzucił dawny sługa i towarzysz broni Sobieskiego Filip Dupont. Wkrótce o wydarzeniu dowiedział się król August II. To na jego zlecenie urządzono uroczyste egzekwie, zaś królową pochowano obok męża.

Tak nadszedł rok 1733. Król August II chorował. Wracając z Drezna, zahaczył nogą o drzwi karety. Wdała się gangrena. 1 lutego umarł w swej warszawskiej rezydencji Pałacu Saskim. Tuż przed zgonem miał wygłosić spowiedź generalną przed niejakim bratem Saint-Germain: "Całe moje życie było jednym, nieustannym grzechem. Panie, zmiłuj się nade mną!". Jak głosiła plotka, młodzi szlachcice z gwardii, patrząc na czerniejące ciało króla, uznali to za sztuczki diabła. Czy tak było, trudno powiedzieć. Według innych relacji król sczerniał dopiero po wyjęciu z niego serca i wnętrzności. Jak zwykle nie brakowało chętnych do grabieży należących do niego przedmiotów. Złodzieje spotkali się jednak ze skuteczną reakcją marszałka wielkiego koronnego Jerzego Wandalina Mniszcha.

2 lutego szczątki uroczyście przeniesiono z Pałacu Saskiego do kaplicy na Zamku Królewskim. W kościołach rozdzwoniły się wszystkie dzwony. W pierwszym tygodniu dzwoniły trzy razy dziennie przez godzinę, w kolejnych raz dziennie aż do chwili wyprowadzenia zwłok do Krakowa. Także w pierwszym tygodniu za duszę grzesznego króla odprawiano 60 mszy dziennie. Potem już tylko 30. Tak było do 10 sierpnia 1733 r.

W egzekwie wmieszała się wówczas polityka. Zwolennicy elekcji Stanisława Leszczyńskiego chcieli przypomnieć zasługi "piasta" na tronie króla Jana III Sobieskiego. Jego szczątki wydobyto z trumny. Otwarta też została trumna gorzej zachowanej królowej Marysieńki. Ciała królewskie wystawiono u kapucynów pod ogromnym castrum doloris (zamkiem boleści). Tłumy cisnęły się do kapucynów, by zobaczyć parę monarszą. Jan III Sobieski zachował się doskonale. Rankiem 11 sierpnia z Warszawy ruszył wreszcie do Krakowa wspaniały orszak żałobny z trumnami Jana III, Marii Kazimiery i ich wnuka oraz Augusta II. I znów na Krakowskie Przedmieście wyległo całe miasto. Orszak nie bardzo mógł się przebić między zbitą ciżbą. Ludzie głośno płakali, mnisi i zakonnice śpiewali, zewsząd biły dzwony, a co jakiś czas rozlegał się huk salw armatnich. Warszawa żegnała bardziej Jana III niż zmarłego króla Augusta II. Do Krakowa orszak dotarł dziewięć dni później. Tam spoczęły w kościele św. Floriana, by na uroczysty pogrzeb na Wawelu czekać aż do 15 stycznia 1734 r.

Dodajmy tu, że 11 sierpnia, gdy wzdłuż trasy orszaku rozlegał się szloch warszawianek, w Rzeczypospolitej zaczęła się wojna domowa.

Warszawa w żałobie. Serwis specjalny


Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy