Herbata do Warszawy przyszła ze Wschodu
30.04.2010
aktualizacja: 2010-04-29 18:56
Z cyklu Warszawa Nieodbudowana: W witrynie sklepu Perłowych przy Krakowskim Przedmieściu kiwający się Chińczyk pokazywał przechodniom język. Kilkadziesiąt lat później w tym samym domu minister Beck snuł wizję mocarstwowej Polski
ZOBACZ TAKŻE
- Ukradli zabytkową tablicę. Ktoś widział? (04-05-10, 15:32)
- W poniedziałek setne urodziny Jerzego Waldorffa (03-05-10, 21:36)
- Prawnicze zagłębie na Kapucyńskiej (23-04-10, 15:00)
- Portret z języczkiem na Koszykowej (02-04-10, 15:00)
- Przyjaciel Chopina z domu przy Chłodnej (12-03-10, 15:00)
Kamienica przy Krakowskim Przedmieściu 67 naprzeciwko dzisiejszej siedziby Wspólnoty Polskiej była młodsza od większości swych sąsiadek. Powstała w latach 1881-82 w miejscu dwóch ponadstuletnich budynków, które rozebrano. Nowy trzypiętrowy dom ich nie przypominał. Był szeroki, bo sześcioosiowy, i zaprojektowany tak, jakby składał się z dwóch identycznych połówek. Jego elewacje ozdobione dość płaskim detalem dekorowało boniowanie ciągnące się od parteru po gzyms drugiego piętra. Parter od razu przeznaczono na duże sklepy. Otrzymał on nowoczesne, duże, szklane wystawy. Kamienica przez kilka dziesięcioleci należała do Ludwika Norblina i tu za jedną z wielkich witryn mieścił się magazyn fabryczny firmy Norblin Bracia Buch i Werner specjalizującej się m.in. w produkcji platerów. Obok sklepu przy Marszałkowskiej 127 był to najważniejszy salon tej renomowanej firmy.
Dostawca dworu
Inny z lokali w początku XX w. zajmował sklep europejskiego potentata w handlu herbatą firmy S.W. Perłow i Ska z Moskwy. Perłowowie handel herbatą prowadzili od czasów Katarzyny II. Założycielem firmy był Aleksiej, który w 1787 r. otworzył herbaciany kram na placu Czerwonym w Moskwie. Do tego czasu herbatę sprzedawano wyłącznie jako środek leczniczy i w niewielkich dawkach można ją było kupić w składach aptecznych.
Kolejni Perłowowie wytrwale popularyzowali napój w państwie carów. Mieli przy tym szczytną ideę - oduczyć Rosjan picia wódki i zastąpić ją właśnie herbatą. Jak czytamy na rosyjskich stronach internetowych, mnóstwo prób wyrugowania wódki podejmowali też inni światli Rosjanie "lecz, jak wiadomo, wszystko to skończyło się krachem". Tak czy owak przez kilkadziesiąt lat herbaciani kupcy zaszczepili w Rosjanach miłość do herbaty, a także zwyczaj picia jej rano i wieczorem. W drugiej połowie XIX w. to uczucie przeszczepili na grunt warszawski.
Dopiero w 1860 r. powstało prawdziwie kapitalistyczne przedsiębiorstwo Perłowych - Towarzystwo Handlu Herbatą: W. (Wasilij) Perłow i Synowie. Gdy jednak sześć lat później Wasilij zmarł, jego synowie podzielili firmę. Pod dawną nazwą działał starszy z braci Semen Wasylewicz. Młodszy brat założył własne przedsiębiorstwo Sergiej Wasylewicz Perłow i Ska.
Teraz bracia konkurowali ze sobą, otwierając przy okazji nowe sklepy w całym imperium. W latach 90. XIX wieku w samej Moskwie mieli 14 sklepów przy głównych ulicach. W setną rocznicę powstania firmy, w 1887 r., car Aleksander III obdarował braci szlachectwem. Odtąd herbaciani kupcy z dumą nosili herb rodzinny z wyobrażeniem krzaku herbacianego i sześciu megapereł w klejnocie. Otrzymali też tytuł dostawców dworu rosyjskiego. To był klucz do rynków w innych państwach.
Chińczyk z jęzorem
Wróćmy jednak do Warszawy. To do Sergieja Wasylewicza Perłowa należał sklep przy Krakowskim Przedmieściu 67 działający tu w początku XX w.
Wacław Rogowicz wspomina o sklepie z herbatą działającym na przełomie lat 80. i 90. XIX w. jeszcze w kamienicy przy Marszałkowskiej 99. "Bazyli Perłow z synami czy bez synów" - pisał. Wydaje się, że ów Bazyli to po prostu Sergiej Wasylewicz, a rosyjskie "W" zamieniło się w pamięci Rogowicza w łacińskie "B". Także Jadwiga Waydel Dmochowska w swoich wspomnieniach przekręca w nazwie firmy literę "W" na "B".
Tak o witrynie sklepu pisał Rogowicz w książce "Warszawa wydarta niepamięci": "Za lustrzaną szybą stały w rogach dwie grubaśne i wysokie wazy chińskie ze złoto-czerwonymi smokami [takie wazy stały też w urządzonym w stylu chińskim czajnym magazynie w Moskwie], a między nimi na skrzyżowanych, podkulonych nogach rozsiadł się również porcelanowy, uśmiechnięty od ucha do ucha brzuchaty Chińczyk kiwający głową i miarowo klepiący dłońmi powietrze przy jednoczesnym wysuwaniu języka (...). Na wystawie sklepu Perłowa nie było ani odrobiny herbaty, żadnej dekoracyjnej aluzji do tego napoju, nie było nawet nigdzie jego nazwy. Wystarczył symbol - Chińczyk z chińskiej porcelany - bo każdy warszawiak wiedział, że w tym sklepie dostanie chińskiej herbaty, a nie dostanie chińskiego ryżu" - czytamy.
Tego samego Chińczyka pokazującego język wspominała Jadwiga Waydel Dmochowska. Oglądała go już jednak nie na Marszałkowskiej, lecz przy Krakowskim Przedmieściu 67. Na wystawie towarzyszyły mu wachlarze, parawany, komplety porcelanowe do herbaty na lakowanych tacach i lakowe pudełka.
Przez jakiś czas Chińczyk kiwał się też na witrynie sklepu Perłowa w Pałacu Biskupów Krakowskich przy Senatorskiej (dziś działa tu ZUS). W sklepie Perłowa "można było nabywać skrzynie herbaty po cenach hurtowych, a nawet z pewnym rabatem, a potem odsprzedawać mniejsze paczki poszczególnym nabywcom po cenie detalicznej" - pisała Jadwiga Waydel Dmochowska. W detalu, zarówno u Perłowa, jak i w innych firmach, herbata sprzedawana była w paczkach ćwierćfuntowych (ok. 10 dkg), półfuntowych i funtowych. Owijano je w papier pergaminowy i folię ołowianą chroniącą przed wysychaniem. Na to nałożony był papier firmowy z etykietą firmy i banderola. "Herbata była obłożona akcyzą, tak jak spirytus (przed wprowadzeniem monopolu), tytoń, karty, zapałki, cukier" - pisała Jadwiga Waydel Dmochowska.
Sklep istniał nie dłużej niż do 1915 r. Wycofanie się Rosjan z Warszawy i przesunięcie frontu pierwszej wojny światowej daleko na wschód odcięło nasze miasto od rynku rosyjskiego. Sama firma Perłowych nie przetrwała dużo dłużej. Przestała istnieć po rewolucji październikowej w 1917 r.
Starcie o Zaolzie
W latach międzywojennych w kamienicy mieścił się sklep kolonialny braci Rago i galeria artystyczna "Przemysłu Ludowego" prowadzona przez Teresę Filpowską. W tej ostatniej można było kupić rzeźby artystów ludowych, wycinanki, kilimy modne w latach międzywojennych.
Czy podobne kilimy wisiały też piętro wyżej w mieszkaniu Stanisława Janickiego, dwukrotnego ministra rolnictwa (w 1919 i 1924 r.), tego nie udało mi się ustalić. Wizytę u Janickich na początku 1939 r. wspominała Halina Regulska w „Dzienniku Oblężonej Warszawy”. Było to przyjęcie wydane na cześć ministra spraw zagranicznych Józefa Becka. „Stroje wieczorowe, fraki z orderami i suknie balowe dodawały spotkaniu wagi i splendoru. Minister Beck wraz z żoną przyszli ok. 11 wieczorem wprost z Zamku, gdzie był wydany oficjalny obiad z udziałem korpusu dyplomatycznego, na którym prezydent Polski Ignacy Mościcki dokonał dekoracji Józefa Becka najwyższym odznaczeniem państwowym - Orderem Orła Białego za całokształt działalności politycznej z uwzględnieniem ostatniej akcji na Zaolziu. Oboje Beckowie stanowili parę niesłychanie reprezentacyjną, ale tym razem Beck we fraku, z szeroką niebieską wstęgą przepasaną przez pierś i piękną gwiazdą Orderu Orła Białego wyglądał rzeczywiście wspaniale. Normalnie w towarzystwie bywał zawsze zamknięty, małomówny i nie poruszał nigdy spraw politycznych, ale tym razem czuło się, że promieniuje zadowoleniem, gdy odprężony i uśmiechnięty zaczął przed zebranymi gośćmi roztaczać jasne horoskopy przyszłości Polski w oparciu o współpracę z Niemcami” - czytamy. Niepokój zebranych budziła akcja polskiego wojska na Zaolziu. „Myśl o współpracy z hitlerowskimi Niemcami była do tego stopnia rewolucyjna, że aczkolwiek zdawałam sobie z niewłaściwości zabierania głosu w sprawach państwowych (...), nie mogłam powstrzymać się od wyrażonego głośno sprzeciwu, rzucając pytanie: »Ależ panie ministrze, czy można wierzyć choć jednemu słowu Hitlera? «” - wspominała Halina Regulska. Po jej słowach zapadła cisza. Beck poirytowanym głosem odparował: „Gdyby się tak rozumowało, to w ogóle nie można by prowadzić polityki państwowej. Goście byli poruszeni. Jedni otoczyli kołem Becka. Inni podchodzili do mnie. Janina Janicka, doświadczona pani domu, chciała rozładować napiętą atmosferę. Podała z uśmiechem kieliszek szampana ministrowi Beckowi, a mnie wzięła pod rękę, mówiąc żartobliwie: »Widzę, że mała pani bierze się do polityki «”.
Śmierć w ogniu
Kilka miesięcy później, podczas oblężenia Warszawy we wrześniu 1939 r., wokół padały bomby. Runęły sąsiednie kamienice aż po narożnik Miodowej. Płonęły domy na Koziej. Gdy wokół szalały pożary i wiadomo już było, że Polska przegrała wojnę z Niemcami, Janiccy postanowili popełnić samobójstwo. "Widzę w wyobraźni, jak idą powoli pod huraganowym ogniem (...). Każdy, kto przeżył huraganowy ostrzał artyleryjski, wie, ile trzeba mieć nadludzkiego hartu, by iść pod ostrzałem (...). Gdy doszli do domu, musieli wejść na pierwsze piętro do mieszkania. Dom stał już w ogniu (...). W łazience ona miała przygotowaną truciznę. Cyjanek. Mówiła mi o tym, któregoś wieczoru. Obok łazienki był podest. Jedyna żelazobetonowa część w zabytkowej kamienicy. Najmocniejsze miejsce w ich starym domu. Tam więc się położyli, licząc zapewne na to, że jest to miejsce, które ma szanse przetrwania, i że ich ciała zostaną znalezione" - pisała Halina Regulska.
Dom mimo częściowego pożaru jednak przetrwał aż do Powstania Warszawskiego. Do odbudowy przystąpiono w latach 1949-50. Zgodnie z projektem Tadeusza Burszego dla Zakładu Osiedli Robotniczych stanął tu nowy budynek o architekturze stylizowanej nieco na wiek XVIII i w niczym już nieprzypominający kamienicy, w której kiwał się Chińczyk.
Dostawca dworu
Inny z lokali w początku XX w. zajmował sklep europejskiego potentata w handlu herbatą firmy S.W. Perłow i Ska z Moskwy. Perłowowie handel herbatą prowadzili od czasów Katarzyny II. Założycielem firmy był Aleksiej, który w 1787 r. otworzył herbaciany kram na placu Czerwonym w Moskwie. Do tego czasu herbatę sprzedawano wyłącznie jako środek leczniczy i w niewielkich dawkach można ją było kupić w składach aptecznych.
Kolejni Perłowowie wytrwale popularyzowali napój w państwie carów. Mieli przy tym szczytną ideę - oduczyć Rosjan picia wódki i zastąpić ją właśnie herbatą. Jak czytamy na rosyjskich stronach internetowych, mnóstwo prób wyrugowania wódki podejmowali też inni światli Rosjanie "lecz, jak wiadomo, wszystko to skończyło się krachem". Tak czy owak przez kilkadziesiąt lat herbaciani kupcy zaszczepili w Rosjanach miłość do herbaty, a także zwyczaj picia jej rano i wieczorem. W drugiej połowie XIX w. to uczucie przeszczepili na grunt warszawski.
Dopiero w 1860 r. powstało prawdziwie kapitalistyczne przedsiębiorstwo Perłowych - Towarzystwo Handlu Herbatą: W. (Wasilij) Perłow i Synowie. Gdy jednak sześć lat później Wasilij zmarł, jego synowie podzielili firmę. Pod dawną nazwą działał starszy z braci Semen Wasylewicz. Młodszy brat założył własne przedsiębiorstwo Sergiej Wasylewicz Perłow i Ska.
Teraz bracia konkurowali ze sobą, otwierając przy okazji nowe sklepy w całym imperium. W latach 90. XIX wieku w samej Moskwie mieli 14 sklepów przy głównych ulicach. W setną rocznicę powstania firmy, w 1887 r., car Aleksander III obdarował braci szlachectwem. Odtąd herbaciani kupcy z dumą nosili herb rodzinny z wyobrażeniem krzaku herbacianego i sześciu megapereł w klejnocie. Otrzymali też tytuł dostawców dworu rosyjskiego. To był klucz do rynków w innych państwach.
Chińczyk z jęzorem
Wróćmy jednak do Warszawy. To do Sergieja Wasylewicza Perłowa należał sklep przy Krakowskim Przedmieściu 67 działający tu w początku XX w.
Wacław Rogowicz wspomina o sklepie z herbatą działającym na przełomie lat 80. i 90. XIX w. jeszcze w kamienicy przy Marszałkowskiej 99. "Bazyli Perłow z synami czy bez synów" - pisał. Wydaje się, że ów Bazyli to po prostu Sergiej Wasylewicz, a rosyjskie "W" zamieniło się w pamięci Rogowicza w łacińskie "B". Także Jadwiga Waydel Dmochowska w swoich wspomnieniach przekręca w nazwie firmy literę "W" na "B".
Tak o witrynie sklepu pisał Rogowicz w książce "Warszawa wydarta niepamięci": "Za lustrzaną szybą stały w rogach dwie grubaśne i wysokie wazy chińskie ze złoto-czerwonymi smokami [takie wazy stały też w urządzonym w stylu chińskim czajnym magazynie w Moskwie], a między nimi na skrzyżowanych, podkulonych nogach rozsiadł się również porcelanowy, uśmiechnięty od ucha do ucha brzuchaty Chińczyk kiwający głową i miarowo klepiący dłońmi powietrze przy jednoczesnym wysuwaniu języka (...). Na wystawie sklepu Perłowa nie było ani odrobiny herbaty, żadnej dekoracyjnej aluzji do tego napoju, nie było nawet nigdzie jego nazwy. Wystarczył symbol - Chińczyk z chińskiej porcelany - bo każdy warszawiak wiedział, że w tym sklepie dostanie chińskiej herbaty, a nie dostanie chińskiego ryżu" - czytamy.
Tego samego Chińczyka pokazującego język wspominała Jadwiga Waydel Dmochowska. Oglądała go już jednak nie na Marszałkowskiej, lecz przy Krakowskim Przedmieściu 67. Na wystawie towarzyszyły mu wachlarze, parawany, komplety porcelanowe do herbaty na lakowanych tacach i lakowe pudełka.
Przez jakiś czas Chińczyk kiwał się też na witrynie sklepu Perłowa w Pałacu Biskupów Krakowskich przy Senatorskiej (dziś działa tu ZUS). W sklepie Perłowa "można było nabywać skrzynie herbaty po cenach hurtowych, a nawet z pewnym rabatem, a potem odsprzedawać mniejsze paczki poszczególnym nabywcom po cenie detalicznej" - pisała Jadwiga Waydel Dmochowska. W detalu, zarówno u Perłowa, jak i w innych firmach, herbata sprzedawana była w paczkach ćwierćfuntowych (ok. 10 dkg), półfuntowych i funtowych. Owijano je w papier pergaminowy i folię ołowianą chroniącą przed wysychaniem. Na to nałożony był papier firmowy z etykietą firmy i banderola. "Herbata była obłożona akcyzą, tak jak spirytus (przed wprowadzeniem monopolu), tytoń, karty, zapałki, cukier" - pisała Jadwiga Waydel Dmochowska.
Sklep istniał nie dłużej niż do 1915 r. Wycofanie się Rosjan z Warszawy i przesunięcie frontu pierwszej wojny światowej daleko na wschód odcięło nasze miasto od rynku rosyjskiego. Sama firma Perłowych nie przetrwała dużo dłużej. Przestała istnieć po rewolucji październikowej w 1917 r.
Starcie o Zaolzie
W latach międzywojennych w kamienicy mieścił się sklep kolonialny braci Rago i galeria artystyczna "Przemysłu Ludowego" prowadzona przez Teresę Filpowską. W tej ostatniej można było kupić rzeźby artystów ludowych, wycinanki, kilimy modne w latach międzywojennych.
Czy podobne kilimy wisiały też piętro wyżej w mieszkaniu Stanisława Janickiego, dwukrotnego ministra rolnictwa (w 1919 i 1924 r.), tego nie udało mi się ustalić. Wizytę u Janickich na początku 1939 r. wspominała Halina Regulska w „Dzienniku Oblężonej Warszawy”. Było to przyjęcie wydane na cześć ministra spraw zagranicznych Józefa Becka. „Stroje wieczorowe, fraki z orderami i suknie balowe dodawały spotkaniu wagi i splendoru. Minister Beck wraz z żoną przyszli ok. 11 wieczorem wprost z Zamku, gdzie był wydany oficjalny obiad z udziałem korpusu dyplomatycznego, na którym prezydent Polski Ignacy Mościcki dokonał dekoracji Józefa Becka najwyższym odznaczeniem państwowym - Orderem Orła Białego za całokształt działalności politycznej z uwzględnieniem ostatniej akcji na Zaolziu. Oboje Beckowie stanowili parę niesłychanie reprezentacyjną, ale tym razem Beck we fraku, z szeroką niebieską wstęgą przepasaną przez pierś i piękną gwiazdą Orderu Orła Białego wyglądał rzeczywiście wspaniale. Normalnie w towarzystwie bywał zawsze zamknięty, małomówny i nie poruszał nigdy spraw politycznych, ale tym razem czuło się, że promieniuje zadowoleniem, gdy odprężony i uśmiechnięty zaczął przed zebranymi gośćmi roztaczać jasne horoskopy przyszłości Polski w oparciu o współpracę z Niemcami” - czytamy. Niepokój zebranych budziła akcja polskiego wojska na Zaolziu. „Myśl o współpracy z hitlerowskimi Niemcami była do tego stopnia rewolucyjna, że aczkolwiek zdawałam sobie z niewłaściwości zabierania głosu w sprawach państwowych (...), nie mogłam powstrzymać się od wyrażonego głośno sprzeciwu, rzucając pytanie: »Ależ panie ministrze, czy można wierzyć choć jednemu słowu Hitlera? «” - wspominała Halina Regulska. Po jej słowach zapadła cisza. Beck poirytowanym głosem odparował: „Gdyby się tak rozumowało, to w ogóle nie można by prowadzić polityki państwowej. Goście byli poruszeni. Jedni otoczyli kołem Becka. Inni podchodzili do mnie. Janina Janicka, doświadczona pani domu, chciała rozładować napiętą atmosferę. Podała z uśmiechem kieliszek szampana ministrowi Beckowi, a mnie wzięła pod rękę, mówiąc żartobliwie: »Widzę, że mała pani bierze się do polityki «”.
Śmierć w ogniu
Kilka miesięcy później, podczas oblężenia Warszawy we wrześniu 1939 r., wokół padały bomby. Runęły sąsiednie kamienice aż po narożnik Miodowej. Płonęły domy na Koziej. Gdy wokół szalały pożary i wiadomo już było, że Polska przegrała wojnę z Niemcami, Janiccy postanowili popełnić samobójstwo. "Widzę w wyobraźni, jak idą powoli pod huraganowym ogniem (...). Każdy, kto przeżył huraganowy ostrzał artyleryjski, wie, ile trzeba mieć nadludzkiego hartu, by iść pod ostrzałem (...). Gdy doszli do domu, musieli wejść na pierwsze piętro do mieszkania. Dom stał już w ogniu (...). W łazience ona miała przygotowaną truciznę. Cyjanek. Mówiła mi o tym, któregoś wieczoru. Obok łazienki był podest. Jedyna żelazobetonowa część w zabytkowej kamienicy. Najmocniejsze miejsce w ich starym domu. Tam więc się położyli, licząc zapewne na to, że jest to miejsce, które ma szanse przetrwania, i że ich ciała zostaną znalezione" - pisała Halina Regulska.
Dom mimo częściowego pożaru jednak przetrwał aż do Powstania Warszawskiego. Do odbudowy przystąpiono w latach 1949-50. Zgodnie z projektem Tadeusza Burszego dla Zakładu Osiedli Robotniczych stanął tu nowy budynek o architekturze stylizowanej nieco na wiek XVIII i w niczym już nieprzypominający kamienicy, w której kiwał się Chińczyk.
Spacery po nieodbudowanej Warszawie z Jerzym S. Majewskim
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]




