Chińscy robotnicy koczują pod ambasadą. Chcą do domu
17.06.2010
aktualizacja: 2010-06-16 22:41
fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta
Są ogorzali, wynędzniali i mówią tylko we własnym języku. Grupa 21 chińskich robotników od poniedziałku koczuje pod ambasadą swego kraju przy Bonifraterskiej
ZOBACZ TAKŻE
- Dwa razy wygrali w Strasburgu, a ratusz ciągle nic (18-06-10, 10:00)
- Motocykliści protestują na ulicach Warszawy (11-06-10, 09:00)
- Protestowali w obronie Nigeryjczyka. Zostaną ukarani? (29-05-10, 09:00)
- "Policja ma krew na rękach"? Ostry protest na Pradze (24-05-10, 20:09)
- Ambasada mówi, że nie może nam pomóc, a my chcemy po prostu wrócić do domu - mówi Tang Xiangpeng, siedząc na podmurówce ogrodzenia chińskiej placówki. Obok dwóch jego kolegów. Na chodniku piętrzą się walizy i tobołki. Reszta Chińczyków poszła do parku.
Tang mówi, że przyjechali do Polski w lipcu ubiegłego roku. Są robotnikami budowlanymi z prowincji Szantung. Za bilet w jedną stronę i opłatę dla pośrednika wyłożyli po 80 tys. juanów (ok 39 tys. złotych), na które składały się rodziny. Obiecanej pracy jednak nie dostali, dlatego próbowali szukać jej sami. Nie udało się, pieniądze się skończyły. I teraz nie mają nawet na jedzenie.
Z dokumentów, które przedstawiają, wyłania się jednak nieco inna historia. Wynika z nich, że Chińczycy przyjechali do Polski jeszcze w 2008 roku. Zatrudniła ich stołeczna firma TD Development. - Pracowali dla nas w Warszawie na budowie Wola Tower, a także w Łodzi i Oławie - przyznaje prezes Tomasz Dąbrowski. - Potem mieli wrócić do Chin, ale wyglądało na to, że nie mają na to ochoty. Informowałem o tym polskie służby, ale mnie zbyto, tłumacząc, że brak podstaw do deportacji.
Dąbrowski dodaje, że nie był z Chińczyków zadowolony, bo wcale nie mieli tak dobrych kwalifikacji, jak wynikało z ich papierów. Tłumaczy, że chińscy pośrednicy pobierają zwykle od swoich rodaków ogromne opłaty. Robotnicy słyszą o Europie bajki, a potem przekonują się, że najniższa stawka w Polsce - tyle zwykle dostają - ledwo wystarcza, by odpracować opłatę dla pośrednika,. Dlatego Chińczycy próbują przedłużać pobyt, a nawet myślą o podróży do bogatszych krajów Unii. W Niemczech czy we Włoszech chińska diaspora jest większa, łatwiej o pracę, także nielegalną.
Z paszportu Tanga wynika jednak, że przebywał on w Polsce legalnie, bo ostatnia wiza - wystawiona w Poznaniu - kończy się w maju tego roku. Drugi Chińczyk ma nawet kartę stałego pobytu. Zapytani o te dokumenty, podają numer niejakiego Zhou z Poznania, który sam też jest robotnikiem, ale reprezentuje pośrednika Zhang Guangana, który ściągnął całą grupę do Polski i przebywa teraz w Chinach. Od Zhou dostajemy numer pana Jurka, który odsłania kolejne aspekty sprawy.
- Pan Tomasz obiecał Chińczyków zatrudnić na dłużej, ale tak się nie stało. Wtedy przyjechał tu Zhang, któremu pożyczyłem pieniądze, by ich zabrał do domu. Ale Zhang zniknął z pieniędzmi, a wtedy Chińczyków przejęła masarnia z Poznania, która załatwiła im niezbędne dokumenty - twierdzi pan Jurek. - Wszystko byłoby dobrze, gdyby do akcji nie wkroczyła jednak straż graniczna, która zaczęła kontrolować Chińczyków, utrudniając życie ich pracodawcy. Ten miał dość i ich zwolnił. Tak trafili pod ambasadę.
Dąbrowski potwierdza, że część Chińczyków przestała u niego pracować przed końcem umowy, ale dodaje, że nie stawili się do pracy, znaleźli sobie inną. Przyznaje, że zatrudnianie Azjatów w Polsce nie jest łatwe. - Ci ludzie raz wyszli z budowy w Oławie bez paszportów. Zgarnęła ich straż graniczna, a że nie byli się w stanie z nią dogadać, zostali wywiezieni do Kłodzka. Straciliśmy dzień, by ich wyciągnąć - opowiada.
Zhou obiecuje, że przyjedzie do Warszawy z Poznania za dwa dni, by przywieźć rodakom spod ambasady pieniądze na jedzenie i powrót. Sami zainteresowani mówią, że pozostaje im tylko wierzyć w tę obietnicę. - Może polskie władze nam jakoś pomogą - dodaje Tang.
Robotnicy wciąż liczą na pomoc ambasady. Wygląda jednak na to, że jej nie otrzymają. - Pod naszym budynkiem nie ma i nie było żadnych koczujących ludzi - upierała się pracownica ambasady.
W lipcu ubiegłego roku pod ambasadą ChRL przez dwa tygodnie koczowała podobna grupa. Wówczas chińscy robotnicy nie dostali pełnej zapłaty za pracę na budowie. Po rozmowach z polskim pracodawcą i chińskim pośrednikiem zawarli ugodę: dostali połowę żądanych pieniędzy i bilet do Chin.
Tang mówi, że przyjechali do Polski w lipcu ubiegłego roku. Są robotnikami budowlanymi z prowincji Szantung. Za bilet w jedną stronę i opłatę dla pośrednika wyłożyli po 80 tys. juanów (ok 39 tys. złotych), na które składały się rodziny. Obiecanej pracy jednak nie dostali, dlatego próbowali szukać jej sami. Nie udało się, pieniądze się skończyły. I teraz nie mają nawet na jedzenie.
Z dokumentów, które przedstawiają, wyłania się jednak nieco inna historia. Wynika z nich, że Chińczycy przyjechali do Polski jeszcze w 2008 roku. Zatrudniła ich stołeczna firma TD Development. - Pracowali dla nas w Warszawie na budowie Wola Tower, a także w Łodzi i Oławie - przyznaje prezes Tomasz Dąbrowski. - Potem mieli wrócić do Chin, ale wyglądało na to, że nie mają na to ochoty. Informowałem o tym polskie służby, ale mnie zbyto, tłumacząc, że brak podstaw do deportacji.
Dąbrowski dodaje, że nie był z Chińczyków zadowolony, bo wcale nie mieli tak dobrych kwalifikacji, jak wynikało z ich papierów. Tłumaczy, że chińscy pośrednicy pobierają zwykle od swoich rodaków ogromne opłaty. Robotnicy słyszą o Europie bajki, a potem przekonują się, że najniższa stawka w Polsce - tyle zwykle dostają - ledwo wystarcza, by odpracować opłatę dla pośrednika,. Dlatego Chińczycy próbują przedłużać pobyt, a nawet myślą o podróży do bogatszych krajów Unii. W Niemczech czy we Włoszech chińska diaspora jest większa, łatwiej o pracę, także nielegalną.
Z paszportu Tanga wynika jednak, że przebywał on w Polsce legalnie, bo ostatnia wiza - wystawiona w Poznaniu - kończy się w maju tego roku. Drugi Chińczyk ma nawet kartę stałego pobytu. Zapytani o te dokumenty, podają numer niejakiego Zhou z Poznania, który sam też jest robotnikiem, ale reprezentuje pośrednika Zhang Guangana, który ściągnął całą grupę do Polski i przebywa teraz w Chinach. Od Zhou dostajemy numer pana Jurka, który odsłania kolejne aspekty sprawy.
- Pan Tomasz obiecał Chińczyków zatrudnić na dłużej, ale tak się nie stało. Wtedy przyjechał tu Zhang, któremu pożyczyłem pieniądze, by ich zabrał do domu. Ale Zhang zniknął z pieniędzmi, a wtedy Chińczyków przejęła masarnia z Poznania, która załatwiła im niezbędne dokumenty - twierdzi pan Jurek. - Wszystko byłoby dobrze, gdyby do akcji nie wkroczyła jednak straż graniczna, która zaczęła kontrolować Chińczyków, utrudniając życie ich pracodawcy. Ten miał dość i ich zwolnił. Tak trafili pod ambasadę.
Dąbrowski potwierdza, że część Chińczyków przestała u niego pracować przed końcem umowy, ale dodaje, że nie stawili się do pracy, znaleźli sobie inną. Przyznaje, że zatrudnianie Azjatów w Polsce nie jest łatwe. - Ci ludzie raz wyszli z budowy w Oławie bez paszportów. Zgarnęła ich straż graniczna, a że nie byli się w stanie z nią dogadać, zostali wywiezieni do Kłodzka. Straciliśmy dzień, by ich wyciągnąć - opowiada.
Zhou obiecuje, że przyjedzie do Warszawy z Poznania za dwa dni, by przywieźć rodakom spod ambasady pieniądze na jedzenie i powrót. Sami zainteresowani mówią, że pozostaje im tylko wierzyć w tę obietnicę. - Może polskie władze nam jakoś pomogą - dodaje Tang.
Robotnicy wciąż liczą na pomoc ambasady. Wygląda jednak na to, że jej nie otrzymają. - Pod naszym budynkiem nie ma i nie było żadnych koczujących ludzi - upierała się pracownica ambasady.
W lipcu ubiegłego roku pod ambasadą ChRL przez dwa tygodnie koczowała podobna grupa. Wówczas chińscy robotnicy nie dostali pełnej zapłaty za pracę na budowie. Po rozmowach z polskim pracodawcą i chińskim pośrednikiem zawarli ugodę: dostali połowę żądanych pieniędzy i bilet do Chin.
Przeczytaj także: Dlaczego zginął Nigeryjczyk? Przeczytaj jak to się stało
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Słynna praska ruina do rozbiórki. Będą apartamenty
- Ile kosztują przenosiny NFZ? Tajne. "Bo będzie afera"
- Warszawa 40 lat temu. Niby taka sama, ale... [zdjęcia]
- Dzień na Żywo - poniedziałek [13.02.2012]
- Ktoś morduje koty na Bemowie. Dlaczego?
- Most skurczył się na mrozie. Pociągi jeżdżą wolniej
- Stadion Legii nie ma nazwy? Teraz będzie się nazywał...
- "Tu kupisz papierosy, które szkodzą zdrowiu"
- Drewniane perły architektury - zobacz je, zanim spłoną
- Ryanair o lotnisku Chopina: "Shocking!" Wszystko źle
- Nowe tanie loty z Modlina. Osiem kierunków od 99 zł
- Deweloper: "oaza luksusu". Mieszkańcy idą do sądu
- Walentynki w Warszawie: Jak spędzić Dzień Zakochanych?
- Kto zarabia kokosy w Warszawie? Nie szary człowiek



