Bezdomni z Warszawy pojechali pomagać powodzianom

Grzegorz Miecznikowski
26.06.2010 aktualizacja: 2010-06-25 18:19
A A A Drukuj
O godz. 14 bezdomni zbierają się przed plebanią - jedzą obiad przy stole pingpongowym fot. Piotr Michalski
13 bezdomnych z Warszawy pojechało sprzątać Wilków po powodzi. Skuwają tynki, zrywają podłogi, sprzątają obejścia. Andrzej: - Wiem, co znaczy znaczy stracić dom i nie mieć nic. Nikogo nie powinno to spotkać.
- Powodzianom potrzebni są do pomocy ludzie. W Wilkowie brakowało kogoś, kto zająłby się wydawaniem darów, pomógłby biedniejszym mieszkańcom parafii w usuwaniu skutków powodzi. Woda wdarła się też na półtora metra do kościoła, całkowicie zalało kaplicę cmentarną. Tylko kilka domów ocalało. Reszta albo do generalnego remontu, albo do rozbiórki - opowiada brat Piotr z Jadłodajni przy ul. Miodowej przy klasztorze Braci Mniejszych Kapucynów.

W Wilkowie był po przejściu pierwszej fali powodziowej. Wtedy postanowił zmontować ekipę bezdomnych, która pomoże mieszkańcom wsi. Jego 13 podopiecznych w zalanym dwa razy Wilkowie spędziło tydzień. Na wyprawę potrzebowali wyżywienia, gumowców, rękawic, ubrań roboczych, środków higienicznych, śpiworów, karimat. Zbiórkę pieniędzy zorganizowano m.in. w czasie charytatywnego przedstawienia w Teatrze Kamienica. A no i jeszcze papierosy - tanie, mocne i dużo, czyli 100 paczek.

Kartka z Wilkowa
Droga do Wilkowa od strony Kazimierza jest zamknięta. Ok. 2 km trzeba przejść pieszo. Mija się zatopione uprawy chmielu, zszarzałe drzewa, na których wiszą przyniesione przez wodę ubrania i zabawki. Trudno oddychać, bo wszędze zapach zgnilizny.
W jednym ze zniszczonych domów ktoś wyrył na ścianie: "25.05. 15:30". Wtedy druga fala zalała wieś. Na kaplicy pogrzebowej wciąż wisi informacja, że 26.05 o godz. 13 odbędzie się pogrzeb. Nie odbył się, bo woda zalała cmentarz. Część mieszkańców nie ma jeszcze odwagi odwiedzić rodzinnych grobów.



Andrzej ma 68 lat. Jest najstarszym uczestnikiem wyprawy do Wilkowa. Kiedy brat Piotr zaproponował bezdomnym, żeby pomóc mieszkańcom wsi, nie wahał się ani chwili. - Wiem, co znaczy bezdomność, co znaczy stracić dom i nie mieć nic. Nikogo nie powinno to spotkać - mówi.

Od kilku lat uczestniczy w zajęciach terapeutycznych u kapucynów, bezdomny jest od kilkunastu. Mieszka na Dworcu Centralnym.

Jest rosłym, zadbanym mężczyzną. Kiedy się spotykamy w Wilkowie, myje kościelne ławki. Po skończonym zadaniu grzebykiem przeczesuje siwą brodę. Wygląda jak święty Mikołaj. - Jesteśmy tu, żeby dawać. Nie tylko pracujemy fizycznie, ale też rozmawiamy z ludźmi. Tu mieszka dużo osób samotnych - opowiada Andrzej. - Jeden pan nie chciał na początku pomocy. Następnego dnia z nim porozmawialiśmy, wyżalił się. Pomogliśmy uprzątnąć teren, spakować rzeczy. Dziś zrywamy u niego tynki.

Andrzej z wykształcenia jest inżynierem ze specjalizacją wodociągi, ale budownictwo na studiach też miał. Trzy semestry.

Miał też dwie żony. Pierwsza odeszła, druga się z nim rozwiodła. Przez gorzałę. Bo do kapucynów wszyscy trafiają przez gorzałę. Ma mieszkanie na Kabatach, ale nie chce do niego wracać. Mieszka tam jego była żona z córką i zięciem. I wnuki. To przed nimi Andrzej się ukrywa. Chciałby, żeby były z niego dumne, a z kogo tu być dumnym?

Uśmiecha się smutno i wraca do skuwania tynków: - Chcę pomóc jak największej liczbie osób. Trzeba się spieszyć.

<p class="txt_upl"> <b>Kartka z Wilkowa</b><br>Lokalny sklep Euro też zalała woda. Na podłodze walają się sery, mleko, napoje, chipsy, batony. Gniją, tak jak mięso w chłodni. Smród. Nie przeszkadza to jednak jednemu z powodziowych turystwów, który robi sobie zdjęcie komórką na tle zniszczonego sklepu. Na płocie stojącego obok domu wisi gitara. Na parapecie suszy się popiersie papieża Jana Pawła II. </p>

Bogdan ma 44 lata. Chodzi na zajęcia psychologiczne prowadzone przez kapucynów. Mężczyzna średniego wzrostu, z wąsem, pewnie opiera się o poręcz schodów w jednym z zalanych domów. Od kilku lat jest bezrobotny. Dorabia na czarno: a to pomaga montować stoiska na Rynku Starego Miasta, a to na budowie. - Mogło być nas tu więcej, ale nie byłoby jak zabrać aż tylu chłopa. Bo ze 30 chciało jechać - mówi.

Twierdzi, że gdy "umarła mu kobieta", zaczął pić. Znajomy polecił mu wtedy grupę wsparcia. - Jak człowiek nie ma celu w życiu, robi się z niego dętka - podkreśla. - Mam znajomego, który w życiu przepracował może z półtora roku. Rodzice go utrzymują. Dostanie na piwo, pójdzie, przepije i tyle. Ja tak nie chcę.

Dzięki pracy w Wilkowie czuje się potrzebny. Ludzie nie szczędzą mu dobrych słów. A Bogdan wtedy rośnie. W środę pomagał porządkować dom starszej pani. Jej dzieci wyjechały do Warszawy i Lublina za pracą i została sama. Nawet do kogo ust otworzyć nie ma. A Bogdan, zanim zaczął sprzątać podwórko, pogadał, pocieszył, poklepał po ramieniu.

Bogdan: - Mówią, że jesteśmy im potrzebni, ale chyba jest odwrotnie. Dzięki tym ludziom mam teraz jakiś cel. To pomoc wzajemna.

Dwie godziny później spotykamy się na papierosie przy remontowanym domu. Bogdan jest zdenerwowany: - Ubezpieczyciel zabronił zrywać podłogi i tynki, bo inaczej rodzina może nie dostać odszkodowania. To chore. Oni chcieliby zacząć normalnie żyć, a tu taki "zonk". Nie rozumiem tej biurokracji. To przecież ludzie są najważniejsi.

Kartka z Wilkowa
W Wilkowie od pierwszej fali powodziowej nie ma wody ani prądu. Przy kościele stoi zbiornik wody, kilka wiader i toi-toi. O 15 przyjedzie woda pitna, bo ta z kranów się nie nadaje. Ludzie, którzy wrócili do domów, ustawią się po nią w kolejce.
Na płocie przy plebanii schną zabytkowe ornaty. Przed kościół wystawiono figury świętych. W chrzcielnicach wciąż jest muł.



Darek siedzi pod plebanią. Ma 52 lata, choć na nie wygląda. Z innym bezdomnym ustalają harmonogram prac w domu przy przydrożnej kapliczce. - Wyryto tam na ścianie podziękowanie do Boga. I cud, że tyle tu ocalało - mówi. - Ale podłość ludzka nie zna granic. Przyjechał tu jakiś koleś, który reklamował usługi swojej ekipy remontowej. Zero wyczucia.

Nie pierwszy raz się zdenerwował: - Był tu taki pan w garniturku i kazał sobie robić zdjęcia na tle zniszczonych domów. Wrzuciłbym go do kałuży.

Darek prawie osiem lat spędził na "wczasach" w więzieniu w Białołęce za przekręty i wymuszenia. Właśnie tam zetknął się z grupą wsparcia prowadzoną przez kapucynów. Zaprzyjaźnione z zakonem siostry przygotowywały paczki dla więźniów. Darek uczestniczył w spotkaniach ewangelizacyjnych. - Ci ludzie bardzo mi pomogli. Chyba jako jedyni dali mi szansę - mówi.

Dzięki pomocy kapucynów Darek mógł pracować przy remontach. Zatrudnił się nawet w firmie, która restaurowała kościoły i kaplice. - Ale wszystko na zlecenie - wdycha. - Nikt mnie nie chce na etat. Za stary jestem. Ale marzę o pracy stałej. Bo jak coś się stanie, to nie mam na lekarza. I choć wiem, że brat Piotr pomoże, chcę być bardziej samodzielny.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy