Plebiscyt "Polska je je je": Flaki z piwem u Flisa
10.08.2010
aktualizacja: 2010-08-09 21:45
Fot. Wojciech Surdziel / Agencja Gazeta
Trwa nasz kulinarny plebiscyt na potrawę i produkt regionu.
Czytelnicy mają w nim wyłonić potrawę i produkt, które są kulinarnymi symbolami stolicy.
Zgłosiliście już państwo cynaderki cielęce z kaszą gryczaną, szare pyzy z bazaru Różyckiego czy warszawskie słodkości - wuzetkę i pańską skórkę.
Dziś flaki od Flisa.
Szanowni Państwo,
w latach 60. tym symbolem były dla nas, studentów (i nie tylko), z pewnością flaki i Flis na MDM-ie. Młodszym pokoleniom przypominam: był to długi na pół kilometra hol z wysokimi stołami barowymi wzdłuż okien. W okresie świetności podawano tam dwa rodzaje flaków - wołowe i cielęce. Porcje były duże, flaki soczyste, gotowane prawie al dente, sos gęsty - chyba na rosole, na stołach w szklanych podstawkach od gomułkowskiego U-Lunga pieprz ziołowy, papryka, no i tarty żółty ser, czyli polski parmezan. Ten ostatni został po paru latach wycofany. Cięto koszty, wprowadzano ersatze: marchewkę kandyzowaną, artykuły czekoladopodobne... A tu nasza grupa wchłaniała te "darmowe" dodatki, jakby przyszła z własnym odkurzaczem. Co więcej, do flaków można i trzeba było zamówić sobie duży kufel jasnego królewskiego warszawskiego. Było z beczki, więc zawsze zimne i z pianą. Dowoziła je para perszeronów z Grzybowskiej, od Haberbuscha i Schielego.
Jest niewiele wspomnień, z którymi można umierać. Flaki z piwem u Flisa to jedno z nich.
W knajpce, której nazwy nie pomnę, tam, gdzie kończył się plac Trzech Krzyży, a jeszcze nie zaczęła się Mokotowska, do której wchodziło się po kilku schodkach, podawano ogromny bryzol koński z pieczarkami i pacyną nieśmiertelnego purée. Tam kończył się nasz szlak od Gamzy u Fukiera do tejże koniny. Z wieloma przystankami, kiedy to - tu i tam - spuszczaliśmy przez kilka pierwszych dni każdego miesiąca moje stypendium naukowe.
Był to prawdziwy bryzol, nie taki, przez który można było czytać tytuły w "Trybunie Ludu", na pół talerza, delikatny jak ze źrebaka, a nie z perszerona, który dowoził piwo do Flisa. Tu pito też kuflowe warszawskie królewskie. Niestety, ciepłe i do tego setę - chyba jeszcze cieplejszą... Do tych, jakże wzruszających wspomnień przeciska się jednak pamięć o zatruwającym wszystkie smaki, nisko wiszącym dymie po sportach, mazurach i extra mocnych (bez filtra).
Krzysztof Komornicki
Jaka jest naprawdę nasza kuchnia regionalna? Prześlijcie swoje propozycje, zaproponujcie produkt czy potrawę, jakie waszym zdaniem są symbolem Warszawy. Opiszcie też wspomnienie kulinarne, podajcie przepis na ulubione danie z dzieciństwa, podzielcie się anegdotą. Czekamy na kulinarne listy: stoleczna@agora.pl
Zgłosiliście już państwo cynaderki cielęce z kaszą gryczaną, szare pyzy z bazaru Różyckiego czy warszawskie słodkości - wuzetkę i pańską skórkę.
Dziś flaki od Flisa.
Tekst w ramce
Szanowni Państwo,
w latach 60. tym symbolem były dla nas, studentów (i nie tylko), z pewnością flaki i Flis na MDM-ie. Młodszym pokoleniom przypominam: był to długi na pół kilometra hol z wysokimi stołami barowymi wzdłuż okien. W okresie świetności podawano tam dwa rodzaje flaków - wołowe i cielęce. Porcje były duże, flaki soczyste, gotowane prawie al dente, sos gęsty - chyba na rosole, na stołach w szklanych podstawkach od gomułkowskiego U-Lunga pieprz ziołowy, papryka, no i tarty żółty ser, czyli polski parmezan. Ten ostatni został po paru latach wycofany. Cięto koszty, wprowadzano ersatze: marchewkę kandyzowaną, artykuły czekoladopodobne... A tu nasza grupa wchłaniała te "darmowe" dodatki, jakby przyszła z własnym odkurzaczem. Co więcej, do flaków można i trzeba było zamówić sobie duży kufel jasnego królewskiego warszawskiego. Było z beczki, więc zawsze zimne i z pianą. Dowoziła je para perszeronów z Grzybowskiej, od Haberbuscha i Schielego.
Jest niewiele wspomnień, z którymi można umierać. Flaki z piwem u Flisa to jedno z nich.
W knajpce, której nazwy nie pomnę, tam, gdzie kończył się plac Trzech Krzyży, a jeszcze nie zaczęła się Mokotowska, do której wchodziło się po kilku schodkach, podawano ogromny bryzol koński z pieczarkami i pacyną nieśmiertelnego purée. Tam kończył się nasz szlak od Gamzy u Fukiera do tejże koniny. Z wieloma przystankami, kiedy to - tu i tam - spuszczaliśmy przez kilka pierwszych dni każdego miesiąca moje stypendium naukowe.
Był to prawdziwy bryzol, nie taki, przez który można było czytać tytuły w "Trybunie Ludu", na pół talerza, delikatny jak ze źrebaka, a nie z perszerona, który dowoził piwo do Flisa. Tu pito też kuflowe warszawskie królewskie. Niestety, ciepłe i do tego setę - chyba jeszcze cieplejszą... Do tych, jakże wzruszających wspomnień przeciska się jednak pamięć o zatruwającym wszystkie smaki, nisko wiszącym dymie po sportach, mazurach i extra mocnych (bez filtra).
Krzysztof Komornicki
Jaka jest naprawdę nasza kuchnia regionalna? Prześlijcie swoje propozycje, zaproponujcie produkt czy potrawę, jakie waszym zdaniem są symbolem Warszawy. Opiszcie też wspomnienie kulinarne, podajcie przepis na ulubione danie z dzieciństwa, podzielcie się anegdotą. Czekamy na kulinarne listy: stoleczna@agora.pl
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


