Wojenne dzieje bloku pocztowców koło ZOO

Jerzy S. Majewski
20.08.2010 aktualizacja: 2010-08-19 19:48
A A A Drukuj
Dom pocztowców przy Ratuszowej Fot. Jacek Łagowski / Agencja Gazeta
  • Dom pocztowców przy Ratuszowej
  • Zniszczona tabliczka z adresem
Blok pocztowców przy Ratuszowej budowano z myślą o wojnie. Miał wzmocnione stropy i schron z dobrze zaprojektowanym systemem wentylacji. Kolejny odcinek cyklu "Warszawa nieodbudowana"
Mieszkańcy wprowadzili się tu w końcu 1938 r. Kilka miesięcy później budynek stał się redutą w drugiej linii obrony Warszawy.

Powstał w sąsiedztwie Państwowego Instytutu Telekomunikacyjnego przy Ratuszowej 11. Przetrwał wojnę i stoi do dziś. Ma trzy piętra i dwa długie skrzydła na rzucie litery L przylegające do Jagiellońskiej oraz Ratuszowej i trzecie, krótkie od wschodu.

Jest to budynek modernistyczny o długich monotonnych elewacjach ożywionych balkonami i narożnikiem o zaokrąglonym przyziemiu obłożonym klinkierem. Tu od strony Ratuszowej znalazł się sklep, a od Jagiellońskiej - urząd pocztowy. Uwagę zwraca w nim rząd kwadratowych okienek. Dalej zaprojektowano też przejazd bramny wiodący na wewnętrzny dziedziniec budynku. W 1939 r. podwórko nie było jeszcze zazielenione, a pośrodku leżały sterty prefabrykatów do układania podziemnych linii telefonicznych.

- Te prefabrykaty służyły nam do zabawy. Budowaliśmy z nich forty - opowiada pan Ryszard Nawrocki, który sprowadził się tu z rodzicami zaraz po wzniesieniu budynku, zaś od lat 60. XX w. mieszka w Ameryce. Niewielki ogródek oddzielony od ulicy modernistycznym ogrodzeniem znalazł się za to od strony Ratuszowej. Przetrwał do dziś.

Cała rodzina na poczcie

Rodzice pana Nawrockiego byli pocztowcami. Przed 1939 r. powodziło im się nieźle. - Mój ojciec Franciszek Nawrocki urodził się w Śmiecinie koło Ciechanowa. Był jednym z trzech synów chłopskich. Najstarszy z nich dziedziczył gospodarkę. Ojciec jako drugi został wysłany do Warszawy na naukę, a najmłodszy do rzemiosła. W 1920 r. zgłosił się na ochotnika do wojska. Długo nie powalczył, a po demobilizacji otrzymał pewne przywileje kombatanckie i został zatrudniony w Ministerstwie Poczt i Telegrafów. Pracował tam aż do 1939 r. jako urzędnik. Studiował prawo, ale uczelni nie ukończył, bo poznał moją matkę, zakochał się i stracił głowę do nauki - opowiada pan Ryszard.

Jego matka, Leokadia z domu Dykof (Dickhoff), była z pochodzenia Niemką. Urodziła się w Polsce. Jej rodzina przybyła ze Śląska do Tomaszowa Maz., a potem do Warszawy. Starszy brat przyrodni pracował na poczcie. Miał kierownicze stanowisko i ściągał do pracy rodzinę. Jak wspomina Ryszard Nawrocki, do domu przy Ratuszowej przeprowadzili się z Twardej. Zamieszkali na parterze, w części, gdzie były trochę większe mieszkania. Mieli trzy pokoje, kuchnię i łazienkę. W domu działało centralne ogrzewanie, ale kaflowa kuchnia wyglądała jeszcze tradycyjnie.

Jaja w koszu

- Meble mieliśmy dość typowe: fornirowane. Był kredens, oszklona biblioteka, w której ojciec trzymał mnóstwo książek - opowiada Ryszard Nawrocki. Telefon miał ten sam numer co w mieszkaniu przy Twardej. - Ojciec go przeniósł. W ministerstwie był m.in. odpowiedzialny za korektę kolejnych wydań książki telefonicznej - słyszymy.

Rodzina Nawrockich składała się z czterech osób: rodziców i dwójki dzieci. - Mieszkała też z nami służąca, czasem przyjeżdżała babcia spod Ciechanowa. Spośród naszych sąsiadów pamiętam państwa Możejków, Żarskich, panią Fijalową. Kolegowałem się z dwoma braćmi. Nie pamiętam ich imion i nazwisk. Mieszkali chyba przy tej samej klatce schodowej co my. Po kapitulacji znaleźliśmy polską szablę. Ukryliśmy ją w piwnicy za rurami. Potem okazało się, że rodzice obydwu chłopców podpisali volkslistę. Pamiętam też trzeciego chłopaka. Był z innej klatki i chciał mnie bić, ale zawsze byłem szybszy i zdążałem uciekać - wspomina.

W najbliższej okolicy stały bloki i na parterze nie było tak wielu sklepów jak w Śródmieściu. - Z mlekiem, jajami, serem przychodziły do nas wiejskie handlarki. Do szkoły chodziłem gdzieś w pobliżu, ale nie potrafię sobie przypomnieć adresu. W drodze zawsze mijałem mały żydowski sklepik. To była mydlarnia. Kupiec handlował mydłem, ale miał też zeszyt, do którego wklejone były znaczki z egzotycznych krajów. Uwielbiałem je zbierać i kupowałem u niego po 5 gr za sztukę. Tyle samo kosztowały też lody z wózka stojącego na ulicy. W parku Praskim wuj kupował mi czasem lody pingwin. Kosztowały chyba 25 gr - wylicza.

Wrześniowy ogień

Któregoś dnia Franciszek Nawrocki przyniósł z pracy maskę gazową dla każdego. Na tydzień przed wybuchem drugiej wojny światowej pan Ryszard wracał z wakacji z Juraty, mijając pociągiem Wolne Miasto Gdańsk. Za oknami powiewały flagi ze swastykami. Jego ojciec jako urzędnik pocztowy nakaz ewakuacji dostał ok. 5 września. Wyruszył do Lublina, potem dalej na wschód. Dojechał tylko do Kowla. Tam po 17 września jego pociąg ostrzelała Armia Czerwona. Zaczął wracać. Do Warszawy dotarł już po kapitulacji miasta.

Tymczasem obok ich domu przy Ratuszowej ciągnęła się wewnętrzna linia obrony stolicy. Żołnierze wykopali w poprzek Ratuszowej rów przeciwczołgowy. Służył jednocześnie jako okop. - Bezpośrednio z niego na wysokości naszych okien wiodło przejście do piwnic domu, w którym mieszkaliśmy. Stacjonowali w nim żołnierze. Na dachu założyli stanowisko obrony przeciwlotniczej. Stał tam jakiś karabin maszynowy, ale w czasie oblężenia Warszawy ostrzał budynku był tak silny, że choć nad nami przelatywały samoloty, to nasi rzadko stamtąd strzelali.

Budynek w trakcie oblężenia Warszawy stał się celem ataków artyleryjskich i bombowych. Było to związane nie tyle ze stanowiskiem przeciwlotniczym na dachu co sąsiedztwem Państwowego Instytutu Telekomunikacyjnego.

- 10 czy 14 września w naszą klatkę schodową uderzyła bomba lotnicza, która wymiotła wszystkie mieszkania ponad parterem, zabijając dwie kobiety. Nasze mieszkanie przetrwało jako jedyne na klatce. Mieliśmy ogromne szczęście. W trackie nalotów schodziliśmy z sąsiadami do schronów. Kiedy zagrożenie było mniejsze, to do piwnicy, a zwykle przebywaliśmy podczas ostrzału w korytarzu mieszkania. Jednak w momencie uderzenia bomby siedzieliśmy w kuchni i to nas uratowało. Eksplozja wyrwała bowiem drzwi wejściowe do naszego mieszkania. Podmuch rzucił nimi przez cały korytarz, zmiatając wszystko pośrodku. Na ścianie wisiał metalowy wieszak. Zostały z niego strzępy. Drzwi wejściowe zatrzymały się dopiero na drzwiach do łazienki. Gdybyśmy byli w korytarzu, nikt by nie przeżył - mówi.

Pierwsza zima

W dniu kapitulacji budynek był poważnie zniszczony. Poza bombą lotniczą uderzyło w niego co najmniej kilka sporych pocisków artyleryjskich. Na dziedzińcu straszyły leje po eksplozjach.

Pierwsza okupacyjna zima była gehenną. Na początku w mieszkaniu nie istniała ani jedna szyba. Nie było skąd ich wziąć. Okna zabito dyktą. Rury centralnego ogrzewania były tak poszatkowane, że przez całą zimę musiało być wyłączone. A zima z 1939 na 1940 r. była wyjątkowo surowa. - W ciągu dnia siedzieliśmy w zamkniętej kuchni przy rozpalonej węglowej kuchence. Pod wieczór mama szykowała nam butelki z gorącą wodą. Zabieraliśmy je do łóżek pod pierzyny. Spaliśmy w grubych czapkach narciarskich. Żadnego dodatkowego ogrzewania nie było. Za to, gdy nadeszła wiosna 1940 r., teren przed budynkiem został podzielony na małe ogródki warzywne dla mieszkańców - dziesięć na dziesięć metrów. W 1940 r. budynek musiał zostać wyremontowany. Zaczęli się do niego sprowadzać niemieccy urzędnicy pocztowi. Pocztę Polską przejęła Deutsche Post Osten.

Z ministerstwa do węgla

Gdy nastała okupacja, Franciszek Nawrocki jako urzędnik ministerialny został bez pracy. Zatrudnił się jako węglarz. Nosił węgiel do mieszkań i piwnic. Potem szwagier załatwił mu pracę na poczcie. Do 1944 r. zajmował się sortowaniem paczek. W tym czasie jego żona utrzymała swoje stanowisko. Pracowała jako księgowa w centrali poczt i telegrafów teraz zajętej przez Deutsche Post Osten. Pomogło jej panieńskie nazwisko i niemieckie korzenie.

- Bracia mamy, Stefan, Maksymilian i Karol, byli dopiero drugim pokoleniem w Polsce. Przed wojną nie istniał problem z identyfikacją narodową. Czuli się Polakami. Gdy do Polski weszli okupanci, kazano im zadeklarować się jako Reichsdeutsche. Mama się temu sprzeciwiła. Powiedziała, że ma męża Polaka i żadnej listy nie podpisze - opowiada Ryszard Nawrocki. Jej bracia przyjęli jednak listę niemiecką. Stefan nadal pracował przy Nowogrodzkiej i zajmował kierownicze stanowisko. Karol, też pocztowiec, jeszcze przed wojną zbudował dom na Boernerowie, gdzie powstało osiedle Ministerstwa Poczt i Telegrafów. - Teraz go sprzedał i oświadczył, że skoro został Niemcem, to jedzie do Rzeszy, bo nie ma odwagi patrzeć w oczy swym kolegom. Przypłacił to życiem. Wraz z synem dostali powołanie do wojska i polegli.

Po wojnie żona szukała go przez Czerwony Krzyż. Bezskutecznie.

W roku 1940 lub 1941 Niemcy przesiedlili Nawrockich do mniejszego mieszkania w tym samym budynku. Latem 1942 r. także ten lokal zajęli niemieccy pocztowcy. Po drugiej stronie Wisły akurat okrojono getto. - Wraz z częścią naszych sąsiadów musieliśmy się przeprowadzić do kamienicy, z której wyrzucono Żydów, przy Śliskiej 52 - wspomina pan Nawrocki. Tam też mieszkali do sierpnia 1944 r.

O kamienicy przy Śliskiej i powstańczych losach Ryszarda Nawrockiego napiszę w przyszłym tygodniu. Sam dom przy Ratuszowej przetrwał wojnę i do dziś niewiele się zmienił. W oknach sklepu na parterze wciąż widzimy te same opuszczane kraty co przed wojną. Z kolei w ogrodzeniu budynku od strony Ratuszowej można próbować odnaleźć ślady eksplozjach z 1939 r.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy