Fundusze Europejskie: dotacja odmieniła firmę z Targówka

Wojciech Karpieszuk
25.08.2010 aktualizacja: 2010-08-25 17:31
A A A Drukuj
Artykuł sfinansowany w ramach konkursu dotacji organizowanego przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, współfinansowanego ze środków rozwoju Unii Europejskiej w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna Fundusze europejskie dziś i jutro
  • Robert Szewczyk w magazynie swojej firmy z elektronicznym czytnikiem, który pomaga błyskawicznie znaleźć towar
- To bodziec, by nie stać w miejscu, rozwijać się i starać o nowoczesne rozwiązania - zachwala unijne fundusze właściciel małej firmy sprzedającej części do samochodów. Właśnie wystarał się o pierwszą unijną dotację
Za własne pieniądze to każdy głupi potrafi dom wybudować. Chodzi o to, by zrobić to tak, by przynajmniej część pieniędzy odzyskać - żartuje Robert Szewczyk, współwłaściciel firmy Jaro-Filtr. Na pierwszy rzut oka to zwykły warsztat połączony z hurtownią części samochodowych. Mieści się na Zaciszu, na obrzeżach Targówka. Okolica nie dziwi specjalnie, bo najróżniejsze warsztaty, mechanicy, wulkanizacja, transport, spedycja graniczą tu ze sobą płot w płot. Ale Jaro-Filtr w pewien sposób się wyróżnia. Firma wystarała się o pierwsze w swojej historii pieniądze z Unii Europejskiej. Z Programu Operacyjnego "Innowacyjna gospodarka" dostała dofinansowanie na projekt o tajemniczej nazwie: "Usprawnienie współpracy firmy z partnerami w wyniku rozbudowy systemu informatycznego". Robert Szewczyk nie kryje dumy: - Słyszę od znajomych: "Taka mała firma, a wystarała się o pieniądze z Unii". Przyznam, że znajomi patrzą na nas z podziwem.

Jesteśmy innowacyjni

Firma powstała w 1993 roku, założona przez dwóch wspólników Roberta Szewczyka i Jacka Wrzoska. Wtedy byli jedynymi jej pracownikami. Na początku handlowali tylko filtrami samochodowymi. A że wtedy, jak wspomina Szewczyk, na polskich drogach ciągle dominowały polonezy, fiaty, żuki i nysy, asortyment nie był zbyt bogaty. - Ale z biegiem czasu nie dało się już robić biznesu, handlując tylko filtrami samochodowymi - opowiada. Dziś Jaro-Filtr to ogromny magazyn, warsztat i 16 pracowników. Wkatalogu sprzedażowym ponad 30 tys. różnych pozycji: klocki hamulcowe, oleje, filtry, tarcze, paski, żarówki, a nawet szyby samochodowe. Kierowcy dowożą towar do klientów czterema busami.

Towaru przybywało i coraz trudniej było zorganizować logistykę magazynu. - Sporo było błędów pracowników. Jak ktoś czegoś nie położył na miejsce, to mogło to być wszędzie. Czasem nie sposób było znaleźć odpowiedniej śrubki. Klienci zamawiali coś przez internet, widzieli to w systemie, a my nie mogliśmy tego znaleźć w magazynie. Szukaliśmy, to była strata czasu. Takich wpadek było nawet kilka tygodniowo - mówi Szewczyk. Dlatego zdecydował się na zakup systemu, który organizuje logistykę w magazynie. I opisuje jego działanie: - System prowadzi pracownika za rękę, co ma zrobić, gdzie co położyć.

Schodzimy do magazynu. Magazynierzy krzątają się ze specjalnymi czytnikami przypominającymi te z kas supermarketów. - Teraz to zupełnie inna robota - zachwalają. Każdy towar ma swoje miejsce, przyklejony jest tam kod kreskowy. Nie ma możliwości, by odłożyć coś przypadkowo. Wszystko - od najmniejszej śrubki po kilkusetlitrową beczkę oleju - można odnaleźć najwyżej w kilkanaście sekund. -Ajak klient zamawia coś przez internet, to na bank jest to w magazynie - cieszy się współwłaściciel firmy. - Towar szybciej trafia do klienta. Jego wydawanie i przyjmowanie idzie sprawniej i precyzyjniej.

I jest jeszcze coś - charakterystyczne naklejki z unijnymi emblematami. Są na sprzęcie, którego zakup dofinansowała Unia. Na stronie internetowej jest też specjalny baner Programu Operacyjnego "Innowacyjna gospodarka". I informacja o tym, że projekt Jaro-Filtr dostał ponad 85 tys. zł dofinansowania. Cały system logistyczny kosztował ponad 160 tys. zł. Takie informacje to są formalne wymogi. - Ale wzrósł też prestiż firmy. Ktoś wchodzi na stronę i widzi, że przeszliśmy przez taki program. Że jesteśmy innowacyjni - uważa Szewczyk.

O funduszach wiedział mało, ale się udało

Jeszcze niedawno o funduszach unijnych nie wiedział prawie nic. Słyszał trochę o tym od brata rolnika. Ten jeszcze przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej korzystał z programu SAPARD, którego celem było wspieranie rolnictwa krajów akcesyjnych.

- Trzeba włożyć własne pieniądze lub pożyczone z banku, napisać wniosek, dopiero po zrealizowaniu projektu otrzymuje się dofinansowanie. Tyle wiedziałem o funduszach europejskich - śmieje się Szewczyk.

Skąd u niego wziął się pomysł, by również wystartować o unijne pieniądze? - Pojechaliśmy ze wspólnikiem do zaprzyjaźnionej firmy zobaczyć, jak u nich działa ten system logistyczny. Od słowa do słowa dowiedzieliśmy się, że są na to środki z "Innowacyjnej gospodarki". I zaczęliśmy się tym interesować. Najtrudniejsze było podjęcie decyzji, że startujemy o te pieniądze.

To było późną wiosną zeszłego roku.

Dziś Szewczyk przyznaje, że mieli przy tym trochę szczęścia - plany zakupu systemu logistyczno-informatycznego zbiegły się ze zbieraniem wniosków na działanie 8.2 w ramach "Innowacyjnej gospodarki", czyli fachowo - na "wspieranie wdrażania elektronicznego biznesu typy B2B". B2B to - najkrócej opisując - relacje między firmą a jej partnerami.

Na złożenie wniosku mieli około trzech tygodni. Jak przyznaje Szewczyk - to bardzo mało. Być może dlatego od razu zdecydowali, że wniosek pomoże napisać im profesjonalna firma. - Można wydelegować pracownika, który chodzi na szkolenia, uczy się. Ale według mnie lepiej to zlecić firmie. Koszt obsługi nie jest duży -w naszym przypadku to było ok. 2,5 proc. kwoty dofinansowania.

We wniosku, jak opisuje przedsiębiorca, trzeba odpowiednio przedstawić swój projekt, tak by podczas oceny merytorycznej nikt nie miał wątpliwości, że jest innowacyjny. - Innowacja w moim przypadku polegała na tym, że jest krótszy czas wydań towaru. Napisaliśmy, że system przyczyni się do poprawy sprzedaży, bo wyeliminuje pomyłki. To z kolei wpłynie na poprawę obsługi - mówi. We wniosku napisali również, że po zmianie systemu logistycznego firma zatrudni dwóch nowych pracowników. Bo skoro ma wzrosnąć sprzedaż, to dodatkowe ręce do pracy na pewno się przydadzą. - Jak coś jest we wniosku, to później trzeba to wykazać - zaznacza przedsiębiorca.

Czy sam napisałby taki wniosek? - Nie pierwszy i na pewno nie w tak krótkim czasie - odpowiada.

Myślałem, że to strasznie skomplikowane

We wniosku trze ba też wskazać, w jakim terminie projekt będzie zrealizowany. -To ważne, bo na faktury wystawione po terminie nie dostaniemy dofinansowania - mówi Robert Szewczyk. Pieniądze w przypadku akurat tego programu były wypłacane dopiero po za kończeniu projektu i rozliczeniu się z niego. Trze ba więc wy łożyć własne środki, ewentualnie pożyczyć je z banku. Robert Szewczyk przekonuje, że z tym nie po winno być problemu, bo banki chętnie pożyczają, kiedy jest już decyzja o przyznaniu dofinansowania ze środków unijnych. To są pewne pieniądze.

Po zrealizowaniu projektu Jaro-Filtr złożył wniosek o płatność końcową. Do jednostki odpowiedzialnej za rozdysponowanie unijnych funduszy (w przypadku firmy Szewczyka była to Fundacja Małych i Średnich Przedsiębiorstw) trzeba dostarczyć poświadczone z oryginałem kopie wszystkich faktur. Dokumenty muszą być też odpowiednio opisane. Na koniec - kontrola. Najpierw dokumentacja techniczna, czyli kontrolerzy robią zdjęcia zakupionych sprzętów, później sprawdzają oryginały dokumentów. -Najważniejsze, by wszystko zgadzało się z wnioskiem. Ceny na fakturach nie mogą być wyższe, niż założyliśmy we wniosku. A jeżeli jednorazowo wydajemy ok. 50 tys. zł, muszą być trzy zapytania o cenę. Tak samo, jakbyśmy wydawali pieniądze publiczne - mówi Robert Szewczyk.

Powstaje protokół z kontroli i pieniądze spływają na konto. - Teoretycznie najpóźniej miesiąc od wydania protokołu. Ale my czekaliśmy dwa miesiące, bo było dużo wniosków - przypomina.

Już wie, że firma na jednym nie poprzestanie. Bo jak mówi, mimo że w staraniu się o unijne fundusze jest sporo biurokracji, to i tak jest to wielka szansa, zwłaszcza dla małych przedsiębiorstw. - To bodziec, by nie stać w miejscu, by się rozwijać i starać o nowoczesne rozwiązania - chwali przedsiębiorca. On był zdecydowany na zmianę systemu logistycznego w swojej firmie. Ale przyznaje, że bez unijnej dotacji zrobiłby to w okrojonej formie. - Połowę kosztów odzyskaliśmy. To nie jest mało. Gra jest warta świeczki - stwierdza bez wahania. - Jeżeli ktoś planuje w swojej firmie jakieś inwestycje, zmianę technologii, warto się rozejrzeć, czy nie ma na to unijnego programu - namawia.

- Sam jeszcze dwa, trzy lata temu nie wyobrażałem sobie, że będę starał się o unijne pieniądze. Wydawało mi się to strasznie skomplikowane. Tak samo kiedy zaczynaliśmy w biznesie, nie myślałem, że kiedyś wybudujemy ogromny magazyn, będziemy zatrudniać 16 osób - kwituje. I dodaje: - Jak ktoś choć trochę pilnuje swoich interesów, jest duża szansa, że się uda.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy