Kajet kolekcjonera: Jak hartują się ceny

Włodzimierz Kalicki
10.09.2010 aktualizacja: 2010-09-09 18:51
A A A Drukuj
Jan Cybis Rempex
Dlaczego obrazy drożeją? Choćby z powodu inflacji. Dlatego, że sztuka wybitna jest bezpieczną lokatą kapitału w niepewnych czasach. Dlatego, że kolekcjonerzy odkrywają dla siebie nowe style, nowe nazwiska. A także i dlatego, że nowe nazwiska są usilnie promowane przez marszandów - pojawia się na nie moda, ceny idą w górę.
Czasem obrazy drożeją pod młotkiem z miesiąca na miesiąc, z roku na rok. Choć przecież każdy obraz jest inny, i inaczej musi być wyceniany, doświadczeni kolekcjonerzy wyczuwają, czyja twórczość jest w hossie.

Czasem jednak dzieła jednego twórcy wyceniane są przez dłuższy czas na zbliżonym poziomie; wystarczy rzut oka do katalogu, by trafnie przewidzieć finał licytacji. Bywa, że prace innych malarzy z tego samego okresu, pokrewne artystycznie, rosną w cenę - a tego jednego akurat nie. I nagle, pozornie bez powodu, na którejś z aukcji jego płótno, bardzo dobre, ale przecież nie wyraźnie lepsze od sprzedawanych wcześniej, drożeje pod młotkiem o kilkadziesiąt procent, czasem nawet dwukrotnie.

Takie zwyżki nie biorą się z powietrza, prowokują je albo marszandzi, albo sprzedający, którzy za proponowane do sprzedaży płótna coraz częściej żądają w domach aukcyjnych cen bardzo wysokich albo wręcz nieprzyzwoicie wysokich.

Bywa, że taka próba podwyżki trafi na zauroczonego obrazem kolekcjonera i pada cenowy rekord. Później często ceny pod młotkiem wracają do normy. Bywa wszakże, że ta jedna, rekordowa wycena obrazu zmienia nastawienie całego rynku: sprzedający nie akceptują już poprzednich, niższych wycen i kupujący albo muszą zrezygnować z poszerzenia kolekcji, albo płacić więcej.

Na ostatniej aukcji sztuki współczesnej domu Rempex przepiękna "Martwa natura ze szklanką" Jana Cybisa (65 x 81 cm) wystawiona została z ceną wyw. 170 tys. To zaskakująco drogo.

Na rynku aukcyjnym twórczość Cybisa od początku zajęła miejsce należne malarstwu artysty tej rangi. Cybis wszak to wielki pan naszego współczesnego malarstwa. Określenie to o tyle przewrotne, że urodził się i wychował w rodzinie chłopa, polskiego Ślązaka na niemieckim - bo w XIX w. innego nie było - Śląsku. Cybis był bardzo porządnie wykształcony - ze świetnymi lokatami skończył doskonale niemieckie gimnazjum klasyczne w Głogowie. Gdy hr. Czartoryski z Gołuchowa zwrócił się do dyrekcji gimnazjum z prośbą o polecenie ucznia, który mógłby uczyć jego dzieci języka niemieckiego, do tej zaszczytnej wakacyjnej misji gimnazjum wytypowało Jana Cybisa. Od dzieciństwa zdradzający wybitny talent plastyczny, studia artystyczne rozpoczął Cybis na akademii we Wrocławiu, w pracowni Otto Müllera, skądinąd malarza grupy Die Brücke. Na szczęście (na pewno dla polskiego malarstwa) po III powstaniu śląskim i plebiscycie Jan Cybis przeprowadził się do Polski, do Krakowa. Trafił na profesora Józefa Pankiewicza, który lata wojny światowej spędził w Hiszpanii i we Francji, po powrocie do Krakowa zaś stał się apostołem malarskich odkryć Paula Cezanne'a i nabisty Pierre Bonnarda. "Kto nie stykał się z Pankiewiczem, nie wie, jaki urok mogą mieć rozmowy o sztuce" - wspominał Cybis. Z inspiracji Pankiewicza grupa utalentowanych studentów skupiła się na barwie, analizie kolorystycznych harmonii, budowaniu faktury obrazu, spychając na bok narrację, tradycyjny rysunek. Po całonocnym pijaństwie w "Pugetówce" w Krakowie skacowani młodzi artyści, wśród nich i Cybis, wpadli na pomysł wspólnego wyjazdu do Paryża. Zorganizowali się w tzw. Komitecie Paryskim, od skrótu nazwy którego później nazwano całą ich formację kapistami, i ruszyli na parę miesięcy do Paryża. Zostali tam na wiele lat.

Łączyła ich wiara w nadrzędną, zdolną kreować dzieło sztuki, wartość koloru, interakcji barw uniezależniających się na płótnie od zarysów formy.

Przed wojną, po powrocie do kraju, doceniany przez krytykę i niezrozumiany przez szerszą publiczność. Po wojnie, gdy nie poddał się rygorom socrealizmu, pozbawiony w roku 1951 katedry malarstwa na ASP - jednak zawsze tworzył po swojemu.

Jego obrazy, w istocie trudne, wymagające od odbiorcy skupienia, lecz zarazem niebywale dekoracyjne, od pierwszych aukcji przed dwudziestu laty wyceniane były wysoko. W grudniu 1990 roku w Rempexie pierwszy sprzedany pod młotkiem olej Cybisa, "Pejzaż miejski" (39,5 x 49) osiągnął cenę 1,2 tys., ale już rok później w domu Polswiss Art. "Ulica" (65 x 81) osiągnęła 5,5 tys. To aż połowa ówczesnych cen zbliżonych rozmiarami obrazów późniejszej megagwiazdy (finansowo rzecz biorąc) naszych aukcji Władysława Czachórskiego. Na przełomie XX i XXI wieku ceny olejnych obrazów Cybisa ukształtowały się na wysokim poziomie 20-30 tys. Pod koniec lat 90. zdarzyły się, co prawda, dwie licytacje do 40 tys., ale bez dalszych cenowych konsekwencji pod młotkiem. Dopiero w roku 2004 pojawiła się próba podniesienia wycen malarstwa Jana Cybisa na jakościowo nowy poziom. W maju 2004 roku w domu Sztuka wystawiono fantastyczny pejzaż "Motyw ze Starego Sącza 1970" (54 x 73) ze zbiorów dr. Siudy za 68 tys. "Motyw" spadł spod młotka, ale zaczęło się. Rok później w Rempexie "Chińska figurka" (71 x 90) wystawiona została za wyw. 65 tys., i choć ona także spadła spod młotka, ustanowiła nowy standard cenowy dla lepszej klasy obrazów Cybisa: 50-80 tys. (skądinąd "Chińska figurka" stała się odtąd bywalczynią aukcji; pojawiła się na nich jeszcze pięć razy).

Rynek z trudem akceptował ten poziom cen, obrazy kupowano rzadko. Mimo to w kwietniu 2008 roku Rempex spróbował podnieść sufit z cenami Cybisa - piękna "Martwa natura I" (81 x 100,5) pojawiła się pod młotkiem z ceną wyw. 137 tys. I spadła. Spadła także na aukcji w grudniu ub.r.

Wyw. 170 tys. za "Martwą naturę ze szklanką" przed dwoma tygodniami także nie zostało zaakceptowane przez kupujących. Ale pewnie z takimi cenami kolekcjonerzy będą się musieli w nieodległej przyszłości pogodzić.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy