Co kobiety pcha na tory? Poznaj warszawskie tramwajarki

Wysłuchała Agnieszka Wądołowska
11.09.2010 aktualizacja: 2010-09-10 19:53
A A A Drukuj
Od lewej: Beata Kosińska, Danuta Bar, Kinga Szpygiel, - motornicze w Tramwajach Warszawskich. W tym przedsiębiorstwie pracuje 3660 osób, z czego 781 kobiet. Co druga jest motorniczą. Według
okresowych ocen pracowniczych wypadają lepiej niż mężczyźni. Spokojniej i bezpiecznej prowadzą pojazdy. Po raz pierwszy kobiety zatrudniono w Tramwajach Warszawskich w roli konduktorek w 1942 r., gdy mężczyzn wywieziono na roboty. Pierwszy kurs na motorniczą tramwaju zorganizowano wiosną 1949 Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
  • Danuta Bar, motornicza w Tramwajach Warszawskich
  • Kinga Szpygiel, motornicza w Tramwajach Warszawskich
  • Beata Kosińska, motornicza w Tramwajach Warszawskich
Kinga, Danka, Beata. Różne staże, doświadczenia, charaktery. Wszystkie codziennie siadają za sterami tramwaju
Trzy warszawskie motornicze opowiadają o swojej pracy - wstawaniu o 2 w nocy, niedomykających się drzwiach, o pretensjach i uprzejmościach pasażerów, a także o tym, jak humor w tramwaju pomaga.

O złych i dobrych pasażerach

Danka: - W różnych miejscach pracowałam, ale to właśnie zawód dla mnie. Umiem sobie z pasażerami radzić. Wczoraj do drzwi w trzynastce trzeba było biegać, żeby się zamykały. Zorganizowałam pasażerów, żeby mi pomagali. I cały kawał świetnie nam się jechało. Jeden pan akurat wysiadał, to przyszedł i powiedział mi, że on już kończy dyżur. To zaraz następny się znalazł.

Raz jeden pan mi pomógł, jak się drzwi zacięły, i tak wyszło, że zamknął dopiero z zewnątrz. A ja przez megafon: "Temu panu już podziękujemy!". Wagon w śmiech. "Nie, no dobra, zabierzemy!". I ja tak właśnie sobie radzę. Z humorem.

Beata: - Zdarza się też tak, że ktoś nas zbluzga. Wrzeszczą, że nogi ucinamy, że jeździmy tylko po to, żeby im torby przycinać. Jak ktoś ma zły dzień, to i się wyżyje. W nowych tramwajach jest monitoring, to chuligani są mniej bezkarni. Jest też odsłuch w kabinie. Ale wiadomo, czasem kobiecie może być nieprzyjemnie. Zwłaszcza nocą. Niby jest ochrona. Ale kiedyś przecież strzelano w tramwaj w Warszawie.

Danka: - Bywa, że trzeba siły użyć, trzeba kijem postukać. Kiedyś tak walę, a jakaś babka do mnie: "O, głupia, myśli, że jak postuka, to pojedzie!".

Beata: - Ludzie czasem nie patrzą, w co wsiadają, a potem z pretensjami: "Gdzie pani jedzie?!", albo w czasie jazdy taki pyta: "A dokąd? A jak? A którędy?". To strasznie rozprasza.

Danka: - A mnie się wczoraj trafiła taka staruszka, jak zjeżdżałam po dziesięciu godzinach, taka wymalowana, szminką nawet na zębach. I do mnie: "Dziękuję, pani kochana", i buzi, buzi, buzi. To ja jej też, a co. O i to jest w tej pracy satysfakcjonujące. Wdzięczność. Te złe chwile zaraz się zapomina, jedzie się dalej, następny przystanek, następni ludzie.

Danka: - W kabinie niby można mieć coś swojego, ale nie ma gdzie tego postawić. Choć ja to i tak sobie lustereczko stawiam. Sprawdzam co przystanek, czy coś się nie zmieniło. A czasem to tacy przedwojenni panowie pukają do drzwi tych nowych tramwajów. Jaki ładny tramwaj i jaka ładna pani prowadzi, mówią.

Kinga: - U nas aż sześć małżeństw powstało na zakładzie. Fakt, że rozwody też są. Raz jakiś pan się tak zapatrzył na mnie na przejściu, że mało go tramwaj z drugiej strony nie przejechał. A jak wracałam, to tam nadal czekał. To poszłam z nim na kawę.

Danka: - Niektórzy nieśmiali wrzucają kartki z numerami telefonów i dopiskiem: "Zadzwoń".

O dzieciach i świętach

Beata: - Nie jest tak łatwo, jak się jest samotną matką, jak mam na rano, muszę być o trzeciej na zakładzie. Ktoś nocuje wtedy z dzieciakami, żeby zaprowadzić je rano do szkoły. A jak mam na wieczór, to z kolei ktoś je odbiera. Siostra, mama albo brat - wszyscy pomagają. Najpóźniejsze kursy mają zjazdy nawet do pierwszej. Przez dwa lata potem jeździłam autobusem, na trzecią byłam w domu.

Danka: - Jakie my jesteśmy dzielne, nie?

Beata: - Ciężko jest wyjeździć te 10 godzin. Jeszcze jak kocioł na mieście, a tylko dwie przerwy po 10-20 minut. Jak jest opóźnienie, to i w kółko się jeździ ze dwa kursy.

Danka: - Te poranne godziny są akurat najprzyjemniejsze. Pusto wszędzie. Ale ja to mam starsze dzieci, one sobie już same radzą. Choć i tak przychodzę z pracy, to zaraz mi jedna przez drugą opowiadają, bo nigdy nie mają tej mamy dosyć. Często jeżdżę na dodatkach, czyli jak jest największy ruch, to mam trochę czasu w ciągu dnia. I odpoczywam wtedy - znaczy sprzątam w domu, gotuję obiad. Moje dzieci są dumne, że mama jeździ tramwajem.

Kinga: - Zawsze w święta jeden dzień się pracuje. Przygotowania trzeba jakoś pogodzić z pracą. A czasem wypadnie akurat w Wigilię wieczorem kurs i trzeba wozić tych, co wracają od rodziny. Ja nie jestem z Warszawy, to nawet jak Wigilię mam wolną, a w pierwszy dzień świąt będę jeździć od rana, to nie ma co jechać. Szuka się na zakładzie innych takich i razem coś się organizuje.

Beata: - Tramwaje na szczęście pomagają mamom, jak chorują moje bliźniaki, to nigdy nie robią problemów, a ja to dwa razy w sezonie muszę z moimi zostawać.

Kinga: - Jak jest małżeństwo, to się dopasowuje grafiki, wymieniają godzinami. Motorniczy na rano, motornicza - wieczorem.

Danka: - Widują się tylko w weekendy.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy