Pani na swoim. Nie odbiera po 18, nie pracuje w weekendy

Wojciech Karpieszuk
15.09.2010 aktualizacja: 2010-09-15 10:26
A A A Drukuj
Artykuł sfinansowany w ramach konkursu dotacji organizowanego przez Ministerstwo Rozwoju Regionalnego, współfinansowanego ze środków rozwoju Unii Europejskiej w ramach Programu Operacyjnego Pomoc Techniczna Fundusze europejskie dziś i jutro
  • Monika Czachorowska na rozruch swojej firmy dostała bezzwrotną dotację z Unii Europejskiej
- Były pracodawca mówił mi, że własny biznes to praca 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Myślę jednak, że to zależy od człowieka i jego priorytetów. Mam postanowienia: nie odbieram telefonów po 18 i nie pracuję w weekendy - mówi Monika Czachorowska, która dostała dotację unijną na uruchomienie własnej firmy.
ZOBACZ TAKŻE
Monika Czachorowska ma 24 lata. Niedawno obroniła pracę magisterską na architekturze krajobrazu w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. I założyła własną firmę - VovoniART. Jak mówi, jest już na swoim, w dodatku robi to, co lubi. Na rozruch firmy wystarała się o 40 tys. bezzwrotnej dotacji z Unii Europejskiej. Ściślej z Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki, działanie 6.2, czyli "Wsparcie oraz promocja przedsiębiorczości i samozatrudnienia". - Najważniejsze to dobry pomysł - przekonuje.

Za te pieniądze kupiła sprzęt potrzebny do pracy - ploter do wydruków wielkoformatowych (bo czasem drukuje nawet kilkumetrowe mapy) i urządzenie wielofunkcyjne: skaner, faks, drukarka.

Monika zajmuje się projektowaniem terenów zielonych, np. ogrodów, projektowaniem fontann, kaskad, ławek, altan. Zna się też na pielęgnacji zieleni we wnętrzach, choćby w dużych centrach handlowych. Aby to robić, kończyła specjalne kursy.

Mimo że dopiero zaczęła działalność, ma już pierwszych klientów. - Bez dotacji nie pozwoliłabym sobie na sprzęt takiej generacji - mówi. - A tak nabrałam wiatru w skrzydła. Znajomi dopytują teraz: Gdzie? Jak to załatwiłaś? Warto spróbować. Nie uda się raz, to może za drugim razem. Mnie udało się za trzecim. Byłam zdeterminowana, że zakładam firmę - zachęca.

Oni na imprezy, ja na szkolenia

- Jestem samodzielna, zawsze chciałam pracować dla siebie i na swoim. Wspierał mnie tata, który też ma swój biznes - mówi Monika.

Jeszcze na studiach zaczęła pracować w międzynarodowej korporacji zajmującej się pielęgnacją i projektowaniem terenów zielonych. Zgłosiła się na praktyki i po nich dostała etat. I tak przez dwa lata łączyła studia i pracę. - Ciężko było, ale się dało. Plan był taki: przez dwa, trzy lata zdobędę doświadczenie i idę na swoje. Chodziłam na różne konferencje, kursy. Znajomi się dziwili, że biegałam na szkolenia, kiedy oni imprezowali. Na studiach uczyłam się teorii, wiedzę praktyczną zdobyłam w pracy. Bardzo dużo się nauczyłam, bo architekt krajobrazu po studiach ma tylko teorię. A ja pracowałam w terenie, wiem, jak wjechać kosiarką, jak przyciąć. Dzięki temu łatwiej mi jest zaprojektować ogród - mówi.

Zanim zdecydowała się rzucić etat i przejść na swój rachunek, wielokrotnie analizowała plusy i minusy decyzji. - Wiadomo: etat jest bezpieczniejszy, stała pensja, wracam do domu i nie myślę o pracy, odcinam się i zajmuję się prywatnymi sprawami. Za to we własnej firmie jestem - jak to się mówi - panem i władcą - wylicza. - Z drugiej strony trzeba się samemu starać o klientów, jest mnóstwo papierologii, księgowość.

Klamka zapadła rok temu w lipcu. Monika zwolniła się z pracy i zajęła się rozkręcaniem własnego biznesu. - Były pracodawca chciał mnie zatrzymać i odradzał, że to praca 24 godziny na dobę, siedem dni w tygodniu. Myślę sobie, że to jednak w dużej mierze zależy od człowieka i jego priorytetów. Mam pewne postanowienia: nie odbieram telefonów po 18 i nie pracuję w weekendy. Na pewno zdarzą się wyjątki. Będę jednak starać się trzymać tych zasad.

Dawka wiedzy, na koniec biznesplan

Ktoś Monice powiedział o dotacjach z Unii Europejskiej dla tych, którzy startują z własnym biznesem. Zainteresowała się tematem i dowiedziała się o konkursach organizowanych przez Mazowiecką Jednostkę Wdrażania Programów Unijnych. - Były rozreklamowane, ogłoszenia były w prasie, w telewizji. Zgłosiło się kilka tysięcy chętnych, dotację dostawało kilkudziesięciu. Małe szanse - wspomina. Dwa razy się nie udało. W końcu trafiła na projekt "Wsparcie oraz promocja przedsiębiorczości i samozatrudnienia" Fundacji Małych i Średnich Przedsiębiorstw. - Przeczytałam warunki udziału. Można było starać się o pieniądze na otwarcie działalności gospodarczej, zarówno produkcyjnej, jak i usługowej. Promowani byli zwłaszcza młodzi do 25 lat. Jeszcze się załapałam - śmieje się.

Na początku złożyła kwestionariusz osobowy: kilka słów o sobie, o doświadczeniu, o studiach, o planach zawodowych. - Bardzo ogólnie opisałam mój pomysł na biznes - opowiada Monika. Już później dowiedziała się, że do projektu zgłosiło się ok. 400 chętnych. Z tej grupy 15 osób zaproszono na szkolenia. Trwały przez 15 weekendów. - To było takie kompendium wiedzy: księgowość, rachunkowość, różne formy opodatkowania, prawo pracy. Bardzo pomocne dla kogoś, kto właśnie zakłada własną firmę. Na studiach nie miałam takich zajęć - mówi.

Dodaje: - To nie była tylko teoria. Wszystko robiliśmy na przykładach. Na zajęciach z księgowości wypełnialiśmy bilanse, rachunki zysków i strat. Były zagadnienia dotyczące zatrudniania osób niepełnosprawnych czy dalszych możliwości pozyskiwania dotacji z funduszy unijnych. Zasady PR i zarządzania ludźmi.

A na sam koniec lekcje z pisania biznesplanu. Najpierw wszyscy pisali jeden wspólny dla wymyślonej firmy. Następnie każdy musiał napisać biznesplan dla siebie. - Dopiero komisja ekspertów, analizując te plany i postawę w trakcie szkoleń, wybrała z piętnastki pięć osób, które dostały dofinansowanie. I udało się - wspomina Monika.

Po chwili stwierdza: - Nawet gdybym nie dostała dotacji, to i tak było warto. Te szkolenia to porządna dawka wiedzy, która przyda się na starcie każdemu przedsiębiorcy.

Chce się! To moja praca

Wspomina swoich kolegów i koleżanki ze szkoleniowej grupy: młody architekt, który chciał założyć własną pracownię projektową, fachowiec od kładzenia podłóg, pewna kobieta chciała otworzyć firmę eventową: wesela, komunie, imprezy okolicznościowe, inna - firmę odzieżową.

- Wiedzieliśmy od początku, że tylko pięć osób dostanie po 40 tys. Mimo to nie było żadnej niezdrowej rywalizacji. Po zajęciach chodziliśmy nawet razem na imprezy integracyjne. Jak na studiach! Prowadzący nie kryli zdziwienia, że trafili im się wyjątkowo przyjaźni ludzie - śmieje się Monika.

- Z tego, co wiem, wszyscy pisaliśmy sami swoje biznesplany. Nikt nie poszedł do agencji - opowiada. Jej biznesplan miał 40 stron. Poświęciła na niego pięć dni.

- Jedyne, co może przerażać, to liczba załączników, które trzeba złożyć razem z nim - przyznaje.

Były potrzebne zaświadczenia o niezaleganiu z podatkiem, składkami ZUS, o tym, że w ciągu ostatnich dwóch lat nie korzystało się z takiej pomocy. Warunkiem uczestnictwa w projekcie był też zamiar otworzenia firmy na Mazowszu. A jeżeli już dostanie się dotację, firma musi działać przez co najmniej rok.

Monika: - Znajomi podpytywali mnie, czy chce mi się tak chodzić na wielotygodniowe szkolenia? Odpowiadałam: "Chce się". Ja to potraktowałam jak swoją pracę.

Ale przyznaje, że w pewnym momencie było gorąco. Kiedy była już decyzja o przyznawaniu dotacji, na założenie firmy miała tylko dziesięć dni. - To był największy problem i stres, bo tak naprawdę u nas nie funkcjonuje zasada jednego okienka - wspomina. - Jeździłam po urzędach, prosiłam, by przyspieszyli prace. Trzeba było pilnować swoich spraw, bo przez pomyłkę urzędnika mogłam stracić dotację. Żelazna zasada: dzwoniłam, dowiadywałam się o coś i za każdym razem prosiłam urzędnika o nazwisko.

Robota od A do Z

Monika, zanim odeszła z pracy i zdecydowała się otworzyć firmę, wybadała rynek. - Sprawdziłam, ile się buduje w Warszawie, ile z tego to prywatne domy, ile deweloperskie. Sprawdziłam, ile jest takich firm jak moja. Wyszło mi, że na brak zgłoszeń nie powinnam narzekać. A ja robię robotę od A do Z. Jeżdżę do klienta, do szkółek z roślinami, przygotowuję wizualizację. Mam wypracowane kontakty, niebawem będę członkiem konsorcjum: geodeta, architekt i ja. Przychodzi klient i ma trzy w jednym.

Monika ma także sposób na zdobycie i, co ważniejsze, utrzymanie klientów. - W tym biznesie wiele osób jest z polecenia. Wiadomo, że jak dobrze wykonam swoją pracę, to pójdzie to dalej. Często robię ciut więcej, niż było w umowie, i nie biorę za to pieniędzy. Deweloper za chwilę może przecież budować kolejne osiedle, będzie zadowolony i być może wróci do mnie - zdradza. Żartuje: - Jak ja to mówię: czasem trzeba zrobić coś charytatywnie, by wyjść na swoje. To się opłaca, i to chyba niezależnie od branży. Lepszej reklamy niż polecenie nie ma.

Chce się też dalej rozwijać. Zawodowo interesują ją tereny zabytkowe. Będzie starała się zrobić uprawnienia konserwatorskie, by móc wprowadzać zmiany w obiektach zabytkowych. - Na przykład teraz trwa rewitalizacja ogrodów w Wilanowie. Ktoś to wszystko musiał zaprojektować - objaśnia. A jej ulubione miejsce w okolicach Warszawy to Marysin. - Pisałam o tym pracę inżynierską: zapomniane pałacyki, obeliski. To mnie kręci.

Jej pierwsze zamówienie to inwentaryzacja dendrologiczna. Załatwia pozwolenie na wycinkę drzew, sprawdza ich stan, czy kolidują z budynkami, wycenia. Na razie nie potrzebuje jeszcze pracowników. Poszuka studentów na praktyki. - Teraz potrzebuję tylko dobrego biurka projektowego i kaloszy w teren - żartuje. I dodaje: - Trochę podziałam i na pewno spróbuję poszukać innych dotacji z UE na rozwój mojej firmy.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy