Luksus przejęty przez Niemców i luminarzy PRL

Jerzy S. Majewski
17.09.2010 aktualizacja: 2010-09-16 17:19
A A A Drukuj
Karykatura Tygodnik Ilustrowany 1927
Kamienica Franciszka Nowickiego mogła uchodzić za synonim wytwornego życia w przedwojennej Warszawie. W czasie okupacji zamieszkali tu Niemcy, a po wojnie ludzie związani z nową władzą.
Do dziś istnieje i zachwyca kamiennymi elewacjami. Gdy powstała w 1937 r., zachwycała też nowoczesnością, znakomitą architekturą i starannym wykończeniem każdego szczegółu.

Prace budowlane prowadziło Przedsiębiorstwo "Zjednoczeni Inżynierowie" z biurem przy Uniwersyteckiej 4 na Ochocie. Dom zaprojektował Bohdan Pniewski, który miał własną willę zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej, w alei Na Skarpie. Idealnie gładka fasada została lekko podcięta w przyziemiu i zwieńczona cienkim, żelbetowym daszkiem nad cofniętą, najwyższą kondygnacją. Podobne rozwiązanie autor zastosował też nad swoją willą i może ono uchodzić za rodzaj ówczesnego podpisu architekta.

Zmarły przed kilkunastoma laty historyk sztuki prof. Tadeusz Jaroszewski zwrócił uwagę, że architektura kamienicy zdradza powiązania twórcy ze współczesną mu architekturą włoską. Kamienną elewację, oblicowaną w dolnej partii piaskowcem szydłowieckim, w górnej zaś budzanowskim, uzupełniały wystylizowane, ręcznie kute kraty okien. "Zdecydowanie dynamiczniej ukształtowana została łukowato wygięta elewacja oficyny, gdzie architekt zastosował długie betonowe balkony" - pisze Marek Czapelski w fundamentalnej książce o Bohdanie Pniewskim.

Równie elegancko wykończone zostały wnętrza holu i klatek schodowych. I tu widać kute balustrady, piaskowiec, granit i alabaster na ścianach, wytwornie wykończone, fornirowane drzwi wejściowe do mieszkań.

Karykaturzysta marszałka

Kamienica należała do Franciszka Nowickiego, dyrektora firmy Roman Groniowski SA, czyli późniejszej Warszawskiej Fabryki Dźwigów produkującej windy.

Lokatorem jednego z luksusowych mieszkań był Zdzisław Czermański. Wybitny grafik i karykaturzysta, dziś już nieco zapomniany, a w latach międzywojennych wychwalany przez krytykę i dobrze znany w środowiskach elit II RP. Wystarczy wspomnieć, że wykonany przez niego cykl 13 karykatur Józefa Piłsudskiego marszałek sam kazał porozwieszać w Belwederze, a Rydz-Śmigły przekonywał, że rysunki Czermańskiego dają jedną z najostrzejszych charakterystyk naczelnika.

Zresztą młody wówczas artysta (urodzony w 1900) miał za sobą epizod kombatancki. Jako 14-latek wstąpił do Legionów (walczył w 5. Pułku Piechoty), a mundur w stopniu kapitana zdjął dopiero w 1928 r. Rysunku uczył się we Lwowie u Kazimierza Sichulskiego. Debiutancką wystawę urządził w 1926 r. w Zakopanem. Rok później krytyk i znawca sztuki Witold Husarski zdumiewał się postępami, jakich Czermański dokonał w swym rozwoju artystycznym w ciągu zaledwie kilkunastu miesięcy, kiedy to dwa cykle jego prac "Warszawa w karykaturze" i "Liga Narodów" wystawione zostały w warszawskiej Zachęcie. "W swych ostatnich pracach wznosi się Czermański w karykaturze portretowej na poziom, który zdołało osiągnąć niewielu współczesnych artystów europejskich" - oceniał i wyliczał zalety artystyczne kompozycji artysty: "Ścisłość linii, bryły, poczucie barwy, dekoracyjność układu".

Przed 1930 r. wyjechał na studia do Paryża, gdzie stykał się m.in. z Fernandem Légerem, potem mieszkał w Anglii, by wreszcie w 1931 r. znaleźć się w Stanach Zjednoczonych. Przez trzy lata rysował tam dla "Fortune Magazine". Do Polski wrócił w 1935 r. Współpracował m.in. z "Wiadomościami Literackimi", a tuż przed wojną organizował w Instytucie Popierania Sztuki przy Królewskiej listę 100 wielkich Polaków.

W kamienicy przy Konopnickiej artysta mieszkał być może od chwili jej powstania w 1937 r. Tutaj też zapewne tworzył. Swój warszawski dom już na zawsze opuścił 7 września 1939 r. Ruszył na wschód i dotarł do Wilna. Stąd przez Kowno, Sztokholm, Amsterdam jechał do Paryża. Po upadku Francji przedzierał się do Lizbony, stąd płynął do Rio de Janeiro, w końcu osiadł w Nowym Jorku. Wspólnie z Janem Lechoniem pracował dla pism emigracyjnych. Podjął też współpracę z tak prestiżowymi czasopismami jak " Look", "Life", "Fortune Magazine". " Zmarł 27 stycznia 1970 r. w swym niewielkim mieszkanku przy 436 East 77 Street. Pozostawił żonę Janinę, która przekazała Instytutowi Piłsudskiego ponad 200 znakomitych rysunków swego męża" - pisał Janusz Cisek na łamach "Rzeczpospolitej".

Mieszkania dla najeźdźców

Już późną jesienią 1939 r. do eleganckich domów w rejonie Konopnickiej, Frascati i Wiejskiej zaczęli się wprowadzać Niemcy. Zmienili też nazwę ul. Konopnickiej na Friedenstrasse ("ul. Pokoju"). Zajmowali opuszczone lokale. Z innych mieszkań nakazywali wyprowadzać się zarówno bogatym Żydom, jak i Polakom, często grabiąc pozostawione przez nich mienie.

W książce telefonicznej z czasów okupacji wśród nowych mieszkańców kamienicy figurują m.in. nazwiska majora Hansa Olafa von Essen, attaché wojskowego Finlandii oraz przedsiębiorcy Heinricha Brockschmidta (Baustoffe Tiefbau Transportre, biuro przy pl. Napoleona 9 - teraz Postplatz 9 i garaż na Nalewkach 2).

Brockschmidt przejął mieszkanie pięciopokojowe. Bez wątpienia z grabieży pochodziły wypełniające go meble. Zarówno bardzo nowoczesne, projektowane indywidualnie, jak i antyki. Kto wie, może część z nich to dawna własność Zdzisława Czermańskiego. Pracę w charakterze gospodyni prowadzącej dom podjęła u Niemca matka Yechuda Nira, żydowskiego chłopca ze Lwowa, który od 1943 r. ukrywał się w Warszawie, przeżył Powstanie Warszawskie, a po o wojnie trafił do Stanów Zjednoczonych. Miała "aryjskie" rysy, przed wojną jej mąż był właścicielem fabryki kilimów i teraz w oczach Niemca uchodziła za ukrywającą się polską arystokratkę.

Orgie bon vivanta

"Herr Heinrich Brockschmidt był cywilem, właścicielem dużego przedsiębiorstwa transportu samochodami ciężarowymi z siedzibą w Warszawie. Firma jego dokonywała zaopatrzenia armii niemieckiej na wschodnim froncie. Żona i dwoje dzieci przebywali w posiadłości niedaleko Berlina" - czytamy we wspomnieniach Nira opublikowanych przed pięciu laty przez wydawnictwo Nowy Świat.

Niemiec był trzydziestokilkulatkiem i z uwagi na charakter swej pracy miał zwolnienie z wojska. "Uprzejmy, wysoki, przystojny, typowy bon vivant i playboy. Maniery miał nienaganne. W szafie wisiało ok. 40 szytych na miarę garniturów i spoczywał stos ponad stu koszul. Pracował niewiele, a biuro prowadzone było przez jego wuja Polaka. Większość czasu spędzał pośród licznego i ciągle rozrastającego się grona młodych polskich dziewcząt".

Armia niemiecka ponosiła klęski i by zachować swą uprzywilejowaną pozycję cywila, Brockschmidt musiał okazywać "wyjątkową życzliwość" wszystkim prominentnym funkcjonariuszom władz okupacyjnych w Warszawie. Zapraszał ich do swego ogromnego mieszkania na rozpustne uczty przeistaczające się w orgie.

Wuj Brockschmidta oficjalnie gardził zachowaniem siostrzeńca, nazywając mieszkanie przy ul. Konopnickiej „nazistowskim domem schadzek”. Zaprzestał narzekań, gdy wprowadził się do jednego z pokojów w tym eleganckim lokalu. „Choć nie uczestniczył w seksualnych ekstrawagancjach, stał się koneserem wytworów kuchni mamy, a nawet wysokogatunkowych wódek z jej nielimitowanego zaopatrzenia. (...) Przekroczywszy 60. rok życia, ze swymi siwymi włosami ostrzyżonymi na jeża i łagodnymi niebieskimi oczyma ubierał się równie gustownie jak jego bratanek. Mieli tego samego krawca Żyda, którego gestapo trzymało w głównej kwaterze na Szucha z nakazem szycia mundurów dla oficerów wyższej rangi i garniturów dla ich przyjaciół. Jako Polak wujek czuł wyrzuty, pracując dla swego niemieckiego kuzyna. Jednak nie zdołał oprzeć się pokusie luksusowego życia w Warszawie” - czytamy u Nira. Swoją żonę zostawił w małym miasteczku, gdzie pracował jako drobny urzędnik na kolei. Teraz w Warszawie zgrywał ziemianina. „Miał 18 dzieci i twierdził, iż jego żona była 28 razy w ciąży. »Raczej nie tęskni za mną i może wreszcie trochę odpocząć « - ironizował w rozmowie z moją mamą” - wspominał Yehuda Nir.

Radość z klęski

Żona Brockschmidta Berta przyjeżdżała do męża rzadko. Służba zobowiązana była do zachowania milczenia na temat orgii urządzanych w domu.

Po raz ostatni przybyła do Warszawy późną wiosną 1944 r. Pomagała mężowi w pakowaniu się, gdy niemieccy cywile w panice wyjeżdżali na zachód, uciekając przed Armią Czerwoną. Rozkazem niemieckiego dowództwa zabroniono używania ciężarówek do przewożenia prywatnego dobytku do Niemiec i Brockschmidt pozostawił wszystkie meble na miejscu, darując je matce Nira z oświadczeniem „w dowód wdzięczności za twoje oddanie”. „Miałem uczucie, że koło się obróciło” - pisał Nir. W 1941 r. wyposażenie lwowskiego mieszkania jego rodziców „pożyczył” sobie niejaki major Kevdes. Jak wspominał, żona Brockschmidta była jedyną spotkaną przez niego Niemką cieszącą się z klęski Hitlera. „Przyznała się mojej mamie, że teraz, kiedy wojna zbliża się do zakończenia, odzyska wreszcie swojego męża. Doskonale wiedziała o jego seksualnych ekscesach w Warszawie, lecz nie była temu w stanie zapobiec. »Teraz jest już koniec der Grosse Herr i przemiana znowu w małego Hansi « - oznajmiła z mściwym błyskiem w oku”.

Przez Pruszków do Niemiec

Wybuch Powstania Warszawskiego zastał matkę Nira w domu przy Konopnickiej. 1 lub 2 sierpnia udało mu się z nią porozumieć przez telefon. Mówiła, że cała ulica jest opanowana przez Niemców i odcięta od Śródmieścia, a w oknach pobliskiego gmachu YMCA aż roi się od luf karabinów maszynowych. Na jezdni ul. Prusa leżały trupy powstańców usiłujących go zdobyć.

Jej syn Yehuda walczył w Powstaniu jako Jurek Heybowicz z legitymacją nr 7868. Uczestniczył m.in. w atakach na YMCA. Ostatecznie z matką spotkał się przed końcem Powstania. Razem też na początku października opuszczali Warszawę, maszerując do Pruszkowa. Ona szła w palcie zimowym Berty Brockschmidt z kołnierzem ze srebrnego lisa i w kapeluszu Brockschmidta na głowie. Stamtąd w pełnym ludzi bydlęcym wagonie wywiezieni zostali do obozu w Wilhelmshagen.

Sama kamienica przetrwała Powstanie bez większych uszkodzeń, podobnie jak większość domów z lat 30. pomiędzy ul. Konopnickiej, Frascati i Wiejską.

Do mieszkań, często z wyposażeniem pozostawionym przez uciekających Niemców, wprowadzili się teraz nowi mieszkańcy, nierzadko związani z nową władzą.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy