Kajet kolekcjonera: Tajemnica "Gniazda"
23.09.2010
aktualizacja: 2010-09-23 20:18
Rempex
Dom jest solidny, murowany, nowoczesny. Wysokie, pozbawione ślemieni, na wenecką modłę dzielone okna na piętrze rozświetlają pokoje. Ślepy otwór okienny na parterze sugeruje wnętrze przestrzenne, wymagające rozległych ścian bez okien - najpewniej sporą bibliotekę. Porządne, po kolorze sądząc, zapewne miedziane rynny poprowadzone są zgodnie z wszelkimi regułami sztuki dekarskiej. Miedziane są też okienne parapety.
To dom Ferdynanda Ruszczyca w jego ukochanym majątku rodzinnym w Bohdanowie na Wileńszczyźnie. Malarz urodził się w starym, parterowym, drewnianym dworku w Bohdanowie. Ruszczyc nieraz malował ten dworek, zarówno jego wnętrza, jak i widok od strony obrośniętego dzikim winem ganku.
Gdy na petersburskiej akademii studiował malarstwo, jego ojciec obok starego dworku zbudował nowoczesny, murowany dom. W rodzinie Ruszczyców nazywano go "Murem". Ferdynand i jako student, i jako dojrzały artysta nieustannie do Bohdanowa, do obu domów, ogrodu, okolicznych pól i wykrotów, powracał. To był jego matecznik, tam malował swe najsłynniejsze obrazy: woły i oracza przedzierających się przez ciężką, zbryloną glebę na grzbiecie pagórka, leśną strugę za dworem, pagórkowate pejzaże z chaotycznie potasowanymi brzozolaskami, łąkami, kwaterami pól, wreszcie młyn - latem i w zimie, w brzasku wschodzącego słońca i w ostatnich jego promieniach. I chmury, w jego malarstwie wszechobecne, dominujące nad materią przyziemną, komentujące jej sens, jej posłanie, jej przeznaczenie.
Ruszczyc malował namiętnie naturę, i jej cichy półsen, i jej dramatyczne grymasy. W pejzażu znajdował naturalne medium dla swej narracji o kondycji człowieka i toku spraw ziemskich. Takie rozumienie ojczystych widoków zbliżało go do innych młodopolskich wielkich - Jacka Malczewskiego, Stanisława Wyspiańskiego, Leona Wyczółkowskiego i, mimo pozornej osobności, Jana Stanisławskiego. Przez współczesnych postrzegany był już za młodu za mistrza stojącego z tymi gigantami w jednym szeregu.
Droga Ruszczyca do malarstwa była kręta jak w przypadku większości dzieci z porządnych ziemiańskich domów. Ojciec zmusił go do studiów prawniczych w Petersburgu, ale Ferdynand szybko przeskoczył do tamecznej akademii. Czas studiów - jak na młodego panicza z dworku przystało - spędził w akademickiej pracowni oraz w wielkich podróżach po całej Europie. Nikt nie odmawiał mu wielkiego talentu. Siedem lat po ukończeniu petersburskiej uczelni cesarski dwór zatwierdził go na stanowisku profesora świeżo powołanej Szkoły Sztuk Pięknych w Warszawie.
Dwa lata później zmarł Jan Stanisławski i rektor krakowskiej akademii Julian Fałat zaproponował osieroconą przez mistrza małego pejzażu katedrę Ruszczycowi. Żegnany z prawdziwym żalem przez artystyczne kręgi Warszawy przeniósł się do Krakowa. Powitano go entuzjastycznie, ale z czasem tamtejsze środowisko okazało się - w oczach prostodusznego wilniuka Ruszczyca - istnym kłębowiskiem os. Małe zawiści i wielkie intrygi, paskudne pomówienia i śmiertelne obrazy, sprawy honorowe i pojedynki nawet dla prawego, szlachetnego ziemianina, oddanego całkowicie sztalugom i urokom rodzinnego Bohdanowa, okazały się wielkim szokiem. Po roku pracy zaledwie, wiosną 1908, Ruszczyc na pozór beznamiętnie wywiązał się ze swoich obowiązków pedagogicznych, odbył ze studentami plener w Zakopanem, dokonał korekt ich prac i... zrezygnował z profesury krakowskiej akademii. Na nic zdały się perswazje Fałata - artysta wrócił do swego matecznika w Bohdanowie. A tam zasiadł przed sztalugami rozstawionymi na klombie przed "Murem", domem zbudowanym przez jego ojca obok starego, drewnianego dworku. Obraz nazwał "Gniazdo".
Dramatycznie skłębione nad pociemniałymi klombem i koronami parkowych drzew chmury przypominają dymy potężnego pożaru. Groźba żywiołów, ba, całego obcego świata zawisła nad rodzinnym gniazdem, którego mury nienaturalnie, niewzruszenie jaśnieją pod wrogim, ciemnym niebem. Tę czytelną metaforę można odnosić do przeczucia historycznej katastrofy polskich kresów, ale trudno nie zauważyć w niej przede wszystkim rozczarowania, rozgoryczenia Krakowem, jego młodopolskimi malarzami, może i malarstwem w ogóle. Doświadczenie ostatniego roku musiało być ogromną traumą - "Gniazdo" było ostatnim obrazem znakomitego malarza. W kwiecie twórczych sił, w wieku 38 lat Ruszczyc odłożył paletę. Przez następne 28 lat poświęcał się pracy społecznej dla Wilna i litewskiej ziemi; nie namalował ani jednego obrazu olejnego.
Przepiękne "Gniazdo" (99x128), intymny świadek nie do końca zrozumiałego przełomu w życiu artysty, trafiło przedwczoraj ze zbiorów rodziny Ferdynanda Ruszczyca pod młotek w domu Rempex, wycenione na wyw. 630 tys.
Czy to dużo?
Ostatnimi laty olejne pejzaże artysty wyceniane są na aukcjach wstępnie w granicach 50-100 tys. Niektóre z płócien Ruszczyca pojawiały się na aukcjach po kilka razy. Jakość prac, które trafiły pod młotek, była zróżnicowana - choć zawsze bardzo przyzwoita - a trafiały się wśród nich i nadzwyczajne perły, jak fantastyczny, przemierzający już bezdroża abstrakcji "Modrzewiowy dwór w Bohdanowie" (35,3x29,2). Jeden tylko licytowany obraz miał rangę i charakter zbliżony do "Gniazda" - wspaniały malarsko "Młyn zimą" (116x133) sprzedany w 1999 roku w domu Polswiss Art. za 330 tys. (wyw. 320 tys.).
"Gniazdo" spadło spod młotka. Może to i dobrze. Muzea zyskały czas na pochwycenie go. Tam jest bowiem "Gniazda" miejsce.
Gdy na petersburskiej akademii studiował malarstwo, jego ojciec obok starego dworku zbudował nowoczesny, murowany dom. W rodzinie Ruszczyców nazywano go "Murem". Ferdynand i jako student, i jako dojrzały artysta nieustannie do Bohdanowa, do obu domów, ogrodu, okolicznych pól i wykrotów, powracał. To był jego matecznik, tam malował swe najsłynniejsze obrazy: woły i oracza przedzierających się przez ciężką, zbryloną glebę na grzbiecie pagórka, leśną strugę za dworem, pagórkowate pejzaże z chaotycznie potasowanymi brzozolaskami, łąkami, kwaterami pól, wreszcie młyn - latem i w zimie, w brzasku wschodzącego słońca i w ostatnich jego promieniach. I chmury, w jego malarstwie wszechobecne, dominujące nad materią przyziemną, komentujące jej sens, jej posłanie, jej przeznaczenie.
Ruszczyc malował namiętnie naturę, i jej cichy półsen, i jej dramatyczne grymasy. W pejzażu znajdował naturalne medium dla swej narracji o kondycji człowieka i toku spraw ziemskich. Takie rozumienie ojczystych widoków zbliżało go do innych młodopolskich wielkich - Jacka Malczewskiego, Stanisława Wyspiańskiego, Leona Wyczółkowskiego i, mimo pozornej osobności, Jana Stanisławskiego. Przez współczesnych postrzegany był już za młodu za mistrza stojącego z tymi gigantami w jednym szeregu.
Droga Ruszczyca do malarstwa była kręta jak w przypadku większości dzieci z porządnych ziemiańskich domów. Ojciec zmusił go do studiów prawniczych w Petersburgu, ale Ferdynand szybko przeskoczył do tamecznej akademii. Czas studiów - jak na młodego panicza z dworku przystało - spędził w akademickiej pracowni oraz w wielkich podróżach po całej Europie. Nikt nie odmawiał mu wielkiego talentu. Siedem lat po ukończeniu petersburskiej uczelni cesarski dwór zatwierdził go na stanowisku profesora świeżo powołanej Szkoły Sztuk Pięknych w Warszawie.
Dwa lata później zmarł Jan Stanisławski i rektor krakowskiej akademii Julian Fałat zaproponował osieroconą przez mistrza małego pejzażu katedrę Ruszczycowi. Żegnany z prawdziwym żalem przez artystyczne kręgi Warszawy przeniósł się do Krakowa. Powitano go entuzjastycznie, ale z czasem tamtejsze środowisko okazało się - w oczach prostodusznego wilniuka Ruszczyca - istnym kłębowiskiem os. Małe zawiści i wielkie intrygi, paskudne pomówienia i śmiertelne obrazy, sprawy honorowe i pojedynki nawet dla prawego, szlachetnego ziemianina, oddanego całkowicie sztalugom i urokom rodzinnego Bohdanowa, okazały się wielkim szokiem. Po roku pracy zaledwie, wiosną 1908, Ruszczyc na pozór beznamiętnie wywiązał się ze swoich obowiązków pedagogicznych, odbył ze studentami plener w Zakopanem, dokonał korekt ich prac i... zrezygnował z profesury krakowskiej akademii. Na nic zdały się perswazje Fałata - artysta wrócił do swego matecznika w Bohdanowie. A tam zasiadł przed sztalugami rozstawionymi na klombie przed "Murem", domem zbudowanym przez jego ojca obok starego, drewnianego dworku. Obraz nazwał "Gniazdo".
Dramatycznie skłębione nad pociemniałymi klombem i koronami parkowych drzew chmury przypominają dymy potężnego pożaru. Groźba żywiołów, ba, całego obcego świata zawisła nad rodzinnym gniazdem, którego mury nienaturalnie, niewzruszenie jaśnieją pod wrogim, ciemnym niebem. Tę czytelną metaforę można odnosić do przeczucia historycznej katastrofy polskich kresów, ale trudno nie zauważyć w niej przede wszystkim rozczarowania, rozgoryczenia Krakowem, jego młodopolskimi malarzami, może i malarstwem w ogóle. Doświadczenie ostatniego roku musiało być ogromną traumą - "Gniazdo" było ostatnim obrazem znakomitego malarza. W kwiecie twórczych sił, w wieku 38 lat Ruszczyc odłożył paletę. Przez następne 28 lat poświęcał się pracy społecznej dla Wilna i litewskiej ziemi; nie namalował ani jednego obrazu olejnego.
Przepiękne "Gniazdo" (99x128), intymny świadek nie do końca zrozumiałego przełomu w życiu artysty, trafiło przedwczoraj ze zbiorów rodziny Ferdynanda Ruszczyca pod młotek w domu Rempex, wycenione na wyw. 630 tys.
Czy to dużo?
Ostatnimi laty olejne pejzaże artysty wyceniane są na aukcjach wstępnie w granicach 50-100 tys. Niektóre z płócien Ruszczyca pojawiały się na aukcjach po kilka razy. Jakość prac, które trafiły pod młotek, była zróżnicowana - choć zawsze bardzo przyzwoita - a trafiały się wśród nich i nadzwyczajne perły, jak fantastyczny, przemierzający już bezdroża abstrakcji "Modrzewiowy dwór w Bohdanowie" (35,3x29,2). Jeden tylko licytowany obraz miał rangę i charakter zbliżony do "Gniazda" - wspaniały malarsko "Młyn zimą" (116x133) sprzedany w 1999 roku w domu Polswiss Art. za 330 tys. (wyw. 320 tys.).
"Gniazdo" spadło spod młotka. Może to i dobrze. Muzea zyskały czas na pochwycenie go. Tam jest bowiem "Gniazda" miejsce.
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


