Przedwojenna specjalność przy Wilczej: Kule i rogaliki
01.10.2010
aktualizacja: 2010-09-30 23:12
Przed wojną wpadały tu dziewczęta ze szkoły pielęgniarek, wojskowi i profesorowie Politechniki. W czasie okupacji na zapleczu mieścił się konspiracyjny lokal AK.
ZOBACZ TAKŻE
- Niemcy zrobili pomnik bez zadęcia - ze starej furtki (04-10-10, 07:00)
- Romans w domu bankowców. Jak powstał Park Kultury? (29-10-10, 15:00)
- Zabytkowi z podwarszawskiej miejscowości grozi rozbiórka (15-10-10, 15:00)
- Grób Nieznanego Żołnierza zaświecił na nowo po remoncie (14-10-10, 08:00)
- Kasyno przy V Poprzecznej: Tu biło życie Anina (08-10-10, 15:00)
- Odsłonili pierwszy pomnik knajpy w Warszawie (27-09-10, 13:10)
- Parafialne ratowanie cmentarza ewangelicko-augsburskiego (27-09-10, 06:00)
- Zobacz najbardziej tajemnicze miejsce w mieście [foto] (26-09-10, 15:00)
Dochodziła dziewiętnasta, gdy do cukierni Wojciecha Herbaczyńskiego przy Wilczej wszedł pewien mężczyzna. Siadł przy stoliku. Zamówił kawę. Kilka chwil później dzwoneczek w drzwiach ponownie zadzwonił. Kelnerka zobaczyła parę. Młodego mężczyznę z elegancko ubraną kobietą. Szli w kierunku zajętego stolika. Kobieta z przodu. Nagle stanęła z boku. Mężczyzna podążający za nią wyciągnął pistolet i oddał pięć strzałów do siedzącego. Zaskoczenie było zupełne. Postrzelony nie zdążył wyciągnąć broni. Ręka mu zawisła, opadł na ziemię i wyzionął ducha.
Wszystko wydarzyło się 28 stycznia 1944 r. Zastrzelonym był konfident gestapo Freindl. Zamachowcami - żołnierze podziemia z grupy bojowej "Rafała", czyli Kazimierza Moczarskiego, autora "Rozmów z katem". Od stycznia 1944 r. kierował działem dochodzeniowo-śledczym w Okręgowym Kierownictwie Walki Podziemnej Warszawy. Jednym z pierwszych dochodzeń prowadzonych pod jego kierunkiem była sprawa Freindla. Równocześnie Moczarski, używając pseudonimu "Maurycy", był od stycznia 1944 r. zastępcą kierownika wydziału dywersji osobowej w Okręgowym Kierownictwie Walki Podziemnej AK.
Zapas zielonego ziarna
Jaka była okupacyjna kawa, której nie dopił Freindl, pisał sam właściciel kawiarni Wojciech Herbaczyński. Ta u niego to wcale nie zbożówka. Na początku okupacji ktoś zaproponował mu dostawę kawy zielonej. "Ziarno było ładne, transakcja na spłaty korzystna, dostawa dyskretna. Załatwiliśmy wszystko gładko. Wiedziałem, jak palić ziarno na blasze w piecu cukierniczym, aby zielone zmieniło się w ciemne, aromatyczne. Jak bardzo przydała mi się ta kawa później! Kilkakrotnie służyła jako łapówka. Żaden towar nie był dla Niemców tak frapujący jak kawa, zwłaszcza kiedy w Reichu stała się nieosiągalną" - czytamy w książce "W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich".
Przydziały cukru były małe. Kawę trzeba było słodzić sacharyną. Za to cukru nadal używano do wyrobu ciastek. Wyroby deserowe wyparły drożdżowe, do których łatwiej było zdobyć składniki. Na krótko przed Powstaniem Warszawskim Herbaczyński wprowadził też kruche herbatniki, do których ciasto przekręcano przez maszynkę. „Z niedoborami cukru, mąki i węgla radziłem sobie wcale nieźle. Dopomagało w tym usytuowanie cukierni. Duże podwórko służyło furmanom za miejsce do zrzucania różnych towarów »prawych « i »lewych «” - wspominał.
Dom pełen Rosjan
Herbaczyński otworzył swoją cukiernię w roku 1938. Powstała w kamienicy, która w tym czasie miała już kilkadziesiąt lat. Był to budynek niezwykle charakterystyczny, usytuowany w załamaniu pierzei ulicy. Tam, gdzie Wilcza wpada w Koszykową.
Kamienica powstała u schyłku XIX w. Miała dziesięcioosiową fasadę załamaną w połowie szerokości pod kątem i ozdobioną eklektycznym wystrojem architektonicznym. Okna pierwszego piętra wieńczyły naczółki trójkątne, a drugiego sfalowane. Parter był boniowany i w pierwszych latach istnienia budynku być może przeznaczony na mieszkania. Całość nad drugim piętrem wieńczył wydatny gzyms. Z czasem kamienica została nadbudowana o nowe piętro i łamany dach mansardowy. Nastąpiło to już jednak prawdopodobnie w latach międzywojennych, a architektura nadbudowy nie była porywająca.
Budynek przez kilkadziesiąt lat należał do Rosjan - rodziny Morozowów. Po drugiej stronie Koszykowej rozciągał się ogromny teren rosyjskiego Instytutu Politechnicznego im. Mikołaja II (dziś Politechnika Warszawska) i być może mieszkania wynajmowali tu wykładowcy tej uczelni. W tym miejscu mogli też mieszkać rosyjscy wojskowi. W pobliżu po obu stronach Koszykowej w stronę Filtrów rozciągały się bowiem koszary jerozolimskie, w których stacjonowała Trzecia Artyleryjska Brygada Lejbgwardii. Dodajmy, że budynek z lewej strony sąsiadował z trzypiętrową kamienicą czynszową pod nr. 76, z prawej zaś z dużym, niezabudowanym placem. Był to już bowiem koniec ulicy i dalej w kierunku stacji Filtrów przed 1914 r. zabudowa stawała się coraz mniej gęsta. Dopiero w latach międzywojennych wyrosły tu nowe monumentalne gmachy.
Kłopotliwe drzwi
W latach 30. kamienica Morozowów była już nadbudowana. Miała też witrynę sklepową na parterze. Herbaczyński kupił tu lokal w końcu 1937 r. Prace przy przebudowie trwały szybko i z początkiem następnego roku cukiernia już działała. Szybko też zyskała na popularności. Dlaczego? Pisał o tym sam właściciel. "Każda ekspedientka, kelnerka, kasjerka przyjemnym uśmiechem, miłym sposobem bycia i grzecznym odezwaniem stwarzały przyjazny klimat. Wiedziałem, że taki klimat udziela się innym i zawsze dbałem o to, żeby nie zakłócały go troski ani kłopoty, które sami przeżywaliśmy. Kto chce z cukiernictwa lekko żyć, najpierw musi ciężko pracować" - czytamy.
Jak wyglądała cukiernia? Do wejścia zapraszała duża trzymetrowa witryna wypełniona cukierniczymi majstersztykami Herbaczyńskiego. Cień dawała zawieszona nad nią markiza. Z boku znajdowały się drzwi do cukierni wiodące z ulicy. Za nimi w środku przeszklony tambor z drzwiami obrotowymi. Choć modne i efektowne, szybko jednak okazały się niewygodne. Zacinały się i w końcu zostały usunięte.
Wnętrze cukierni to duży oszklony bufet, kasa i kilka stolików. Stare drewniane stoliki, pozostałość po wcześniejszej cukierni, zostały zastąpione nowymi o trzech nóżkach z brązu i okrągłym blacie pokrytym sześciomilimetrową szybą i otoczonym z boku metalową taśmą. Herbaczyński wspominał, że z tych stolików był szczególnie dumny. "Takie same mieli wtedy tylko Lardelli i Pomianowski. Wykonał je ten sam majster" - czytamy. Wokół stolików stały thonetowskie foteliki (z giętego bukowego drewna). Ściany od góry przykrywała jasna tapeta, niżej zaś boazeria robiona na mahoń i ujęta w listwy. Wnętrze powiększały optycznie lustra, na podłodze zaś leżało modne wówczas linoleum.
Zazdrosne spojrzenia
Przed wojną cena ciastka była wysoka. U Herbaczyńskiego kosztowało 20 groszy. Dla porównania - jak podaje - za jajko płaciło się groszy sześć. Kawę kupował wprost z palarni Tarasiewiczów Pluton. Samochód firmowy podrzucał ją codziennie. Jeszcze ciepłą. Co było specjalnością zakładu? Zdaniem Herbaczyńskiego niezrównane były u niego drożdżowe rogaliki z nadzieniem.
"Jako świeżo upieczony właściciel cukierni nie tylko cieszyłem się każdym krokiem, ale i robiłem... sztuczny tłok. (...) Prosiłem rodzinę i znajomych, żeby przychodzili zaraz po otwarciu cukierni, zajmowali miejsca przy stolikach i udawali gości. Ten chwyt zdał egzamin - prawdziwych klientów wciąż przybywało" - wspominał.
Chętnie wpadały dziewczęta z pomaturalnej szkoły pielęgniarskiej mieszczącej się w ogromnym gmachu wzniesionym w latach 1927-28 na rogu Chałubińskiego i Koszykowej. W przerwach kupowały lody, kawę, ciastka. Zdarzało się, że któraś z dziewczyn z koleżankami obchodziła imieniny. „Czasem odbywały się tu randki, na co patrzyłem niekiedy z zazdrością. (...) Czasem, zwłaszcza gdy w lokalu nie było osób starszych Kazimierza Moczarskiego dziewczęta nuciły przy stolikach »Tango milonga «” - pisał Herbaczyński.
Wspominał zakochaną parkę, którą często widywał w kawiarni. To u niego się zaręczyli. W czasie okupacji spotykał już samą dziewczynę. Siadała przy stoliku i pisała listy. Gdy zaczęli rozmawiać, dowiedział się, że jej narzeczony trafił do oflagu. Potem i ona znikła. Ponoć szukali jej Niemcy i wyjechała z Warszawy.
Inną kategorię gości stanowili wykładowcy Politechniki mieszkający naprzeciwko w tzw. domu profesorskim obok gmachu kreślarni, m.in. Janusz Gąsecki, wykładowca zasad księgowości, prof. Püpreck, germanista. Bywali też dyrektorzy Związku Spółdzielni Mleczarskich i Jajczarskich istniejącej do dziś przy Hożej, dyrektor zakładów akumulatorowych Tudor czy Feliks Fryde - fabrykant opakowań tekturowych do leków z apteki Klawego. Ten ostatni zaczął też dostarczać kartony z firmowym nadrukiem do cukierni Herbaczyńskiego. Wreszcie chętnie przychodzili tu wojskowi z ogromnego gmachu mieszkalnego na rogu al. Niepodległości i Koszykowej.
Rozstrzelany przez czołg
25 września 1939 r. w pobliżu budynku spadła niemiecka bomba. Wyrwała witrynę, potłukła szyby i zdewastowała część wyposażenia. Jednak, jak pisał Herbaczyński, straty nie były wielkie i już w listopadzie cukiernia działała ponownie. Zmieniła się klientela. Zupełnie znikli dawni wojskowi z domu przy Koszykowej. Jedni trafili do niewoli, inni przedarli się przez granicę i wyjechali na Zachód. Jeszcze inni polegli. Zostały ich żony i dzieci. "Często przybiegały do cukierni na ciastka dzieci zapraszane przez moją żonę, a matki przychodziły podziękować za ten oczywisty, ludzki gest" - czytamy.
Labirynt klatek schodowych, piwnic i tajemniczych przejść na tyłach kawiarni sprawił, że płk Kazimierz Pluta-Czachowski, szef V Oddziału Sztabu Komendy Głównej AK, wybrał lokal Herbaczyńskiego na lokal konspiracyjny przeznaczony do spotkań. Został on wyposażony w sygnalizację. Herbaczyński wspomina, że bywali tam zarówno Stefan Rowecki "Grot", jak i Antoni Chruściel "Monter", a także Kazimierz Moczarski.
Spotkania ludzi z konspiracji nie zmieniły prawie normalnego trybu pracy cukierni: ciasta czy ciastek nigdy nie brakowało, ekspedientki były w ciągłym ruchu, kelnerki podawały do stolików, a przecież było dosyć powodów do denerwowania się. Jeden z nich to np. łapanki. W trakcie jednej z nich w cukierni ukryło się dwóch łączników mających przy sobie instrukcje radiotelegraficzne. Obsługa szybko przebrała ich w fartuchy cukiernicze i zaczęli wyrabiać ciasto. Ścigających ich Niemców udało się skierować na fałszywy ślad. Innym razem podczas kontroli w kawiarni jakaś kobieta siedząca przy stoliku doznała szoku. Zaczęła strasznie krzyczeć i spazmować. Wściekły Niemiec otworzył drzwi i dosłownie wykopał ją na ulicę. "Wiele lat później opowiadał mi Kazimierz Moczarski, że miała przy sobie materiały obciążające i pozorowany atak histerii uratował jej życie" - pisał Herbaczyński.
Codziennie wieczorem do kawiarni przychodziła jedna z dwóch młodych uciekinierek z getta. Ukrywała się dwa domy dalej w sklepie z papierosami Zielińskiego. Wieczorem przed godziną policyjną u Herbaczyńskiego kobieta kupowała ciastka i jednocześnie dostawała przygotowany dla niej chleb i masło. Wraz ze swoją towarzyszką przetrwała wojnę.
Cukiernia dotrwała do Powstania Warszawskiego. Niemcy nie zamknęli jej po zamachu na konfidenta Freindla. Kres nadszedł w sierpniu 1944 r. Budynek stanowił powstańczą pozycję obronną. Sąsiedni gmach dawnej szkoły pielęgniarek zajmowali Niemcy. Już 1 sierpnia przypuścili atak na bronioną kamienicę. Bez powodzenia. Jednak następnego dnia mieli wsparcie broni pancernej. Czołg czy też działo samobieżne zaczęło strzelać w odsłoniętą ścianę szczytową kamienicy, celując ciągle w to samo miejsce. "Najpierw powstała w ścianie dziura. Po godzinie działowe ściany zaczęły pękać i walić się. Wówczas Niemcy opuścili samochody pancerne, wtargnęli na podwórko, nalali do piwnic benzol i podpalili. Szczęście, że były przebite już przejścia w piwnicach, którymi można było uciekać. Najpierw wyszły kobiety z dziećmi i ludność cywilna. Za nimi żołnierze. Dom spłonął doszczętnie. Trud tyluletniej pracy poszedł z dymem. Było południe 2 sierpnia" - wspominał Herbaczyński.
Po wojnie kamienicy już nie odbudowano. W jej miejscu stanął nowy budynek mieszczący przychodnię wojskową. Sam Herbaczyński założył w 1945 r. nową cukiernię wraz z Janem Gajewskim. Działała w różnych miejscach, najbardziej znany był tzw. bunkier przy Marszałkowskiej róg Wspólnej.
Artykuł powstał na podstawie książki Wojciecha Herbaczyńskiego "W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich", wyd. Veda, Warszawa 2005
Wszystko wydarzyło się 28 stycznia 1944 r. Zastrzelonym był konfident gestapo Freindl. Zamachowcami - żołnierze podziemia z grupy bojowej "Rafała", czyli Kazimierza Moczarskiego, autora "Rozmów z katem". Od stycznia 1944 r. kierował działem dochodzeniowo-śledczym w Okręgowym Kierownictwie Walki Podziemnej Warszawy. Jednym z pierwszych dochodzeń prowadzonych pod jego kierunkiem była sprawa Freindla. Równocześnie Moczarski, używając pseudonimu "Maurycy", był od stycznia 1944 r. zastępcą kierownika wydziału dywersji osobowej w Okręgowym Kierownictwie Walki Podziemnej AK.
Zapas zielonego ziarna
Jaka była okupacyjna kawa, której nie dopił Freindl, pisał sam właściciel kawiarni Wojciech Herbaczyński. Ta u niego to wcale nie zbożówka. Na początku okupacji ktoś zaproponował mu dostawę kawy zielonej. "Ziarno było ładne, transakcja na spłaty korzystna, dostawa dyskretna. Załatwiliśmy wszystko gładko. Wiedziałem, jak palić ziarno na blasze w piecu cukierniczym, aby zielone zmieniło się w ciemne, aromatyczne. Jak bardzo przydała mi się ta kawa później! Kilkakrotnie służyła jako łapówka. Żaden towar nie był dla Niemców tak frapujący jak kawa, zwłaszcza kiedy w Reichu stała się nieosiągalną" - czytamy w książce "W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich".
Przydziały cukru były małe. Kawę trzeba było słodzić sacharyną. Za to cukru nadal używano do wyrobu ciastek. Wyroby deserowe wyparły drożdżowe, do których łatwiej było zdobyć składniki. Na krótko przed Powstaniem Warszawskim Herbaczyński wprowadził też kruche herbatniki, do których ciasto przekręcano przez maszynkę. „Z niedoborami cukru, mąki i węgla radziłem sobie wcale nieźle. Dopomagało w tym usytuowanie cukierni. Duże podwórko służyło furmanom za miejsce do zrzucania różnych towarów »prawych « i »lewych «” - wspominał.
Dom pełen Rosjan
Herbaczyński otworzył swoją cukiernię w roku 1938. Powstała w kamienicy, która w tym czasie miała już kilkadziesiąt lat. Był to budynek niezwykle charakterystyczny, usytuowany w załamaniu pierzei ulicy. Tam, gdzie Wilcza wpada w Koszykową.
Kamienica powstała u schyłku XIX w. Miała dziesięcioosiową fasadę załamaną w połowie szerokości pod kątem i ozdobioną eklektycznym wystrojem architektonicznym. Okna pierwszego piętra wieńczyły naczółki trójkątne, a drugiego sfalowane. Parter był boniowany i w pierwszych latach istnienia budynku być może przeznaczony na mieszkania. Całość nad drugim piętrem wieńczył wydatny gzyms. Z czasem kamienica została nadbudowana o nowe piętro i łamany dach mansardowy. Nastąpiło to już jednak prawdopodobnie w latach międzywojennych, a architektura nadbudowy nie była porywająca.
Budynek przez kilkadziesiąt lat należał do Rosjan - rodziny Morozowów. Po drugiej stronie Koszykowej rozciągał się ogromny teren rosyjskiego Instytutu Politechnicznego im. Mikołaja II (dziś Politechnika Warszawska) i być może mieszkania wynajmowali tu wykładowcy tej uczelni. W tym miejscu mogli też mieszkać rosyjscy wojskowi. W pobliżu po obu stronach Koszykowej w stronę Filtrów rozciągały się bowiem koszary jerozolimskie, w których stacjonowała Trzecia Artyleryjska Brygada Lejbgwardii. Dodajmy, że budynek z lewej strony sąsiadował z trzypiętrową kamienicą czynszową pod nr. 76, z prawej zaś z dużym, niezabudowanym placem. Był to już bowiem koniec ulicy i dalej w kierunku stacji Filtrów przed 1914 r. zabudowa stawała się coraz mniej gęsta. Dopiero w latach międzywojennych wyrosły tu nowe monumentalne gmachy.
Kłopotliwe drzwi
W latach 30. kamienica Morozowów była już nadbudowana. Miała też witrynę sklepową na parterze. Herbaczyński kupił tu lokal w końcu 1937 r. Prace przy przebudowie trwały szybko i z początkiem następnego roku cukiernia już działała. Szybko też zyskała na popularności. Dlaczego? Pisał o tym sam właściciel. "Każda ekspedientka, kelnerka, kasjerka przyjemnym uśmiechem, miłym sposobem bycia i grzecznym odezwaniem stwarzały przyjazny klimat. Wiedziałem, że taki klimat udziela się innym i zawsze dbałem o to, żeby nie zakłócały go troski ani kłopoty, które sami przeżywaliśmy. Kto chce z cukiernictwa lekko żyć, najpierw musi ciężko pracować" - czytamy.
Jak wyglądała cukiernia? Do wejścia zapraszała duża trzymetrowa witryna wypełniona cukierniczymi majstersztykami Herbaczyńskiego. Cień dawała zawieszona nad nią markiza. Z boku znajdowały się drzwi do cukierni wiodące z ulicy. Za nimi w środku przeszklony tambor z drzwiami obrotowymi. Choć modne i efektowne, szybko jednak okazały się niewygodne. Zacinały się i w końcu zostały usunięte.
Wnętrze cukierni to duży oszklony bufet, kasa i kilka stolików. Stare drewniane stoliki, pozostałość po wcześniejszej cukierni, zostały zastąpione nowymi o trzech nóżkach z brązu i okrągłym blacie pokrytym sześciomilimetrową szybą i otoczonym z boku metalową taśmą. Herbaczyński wspominał, że z tych stolików był szczególnie dumny. "Takie same mieli wtedy tylko Lardelli i Pomianowski. Wykonał je ten sam majster" - czytamy. Wokół stolików stały thonetowskie foteliki (z giętego bukowego drewna). Ściany od góry przykrywała jasna tapeta, niżej zaś boazeria robiona na mahoń i ujęta w listwy. Wnętrze powiększały optycznie lustra, na podłodze zaś leżało modne wówczas linoleum.
Zazdrosne spojrzenia
Przed wojną cena ciastka była wysoka. U Herbaczyńskiego kosztowało 20 groszy. Dla porównania - jak podaje - za jajko płaciło się groszy sześć. Kawę kupował wprost z palarni Tarasiewiczów Pluton. Samochód firmowy podrzucał ją codziennie. Jeszcze ciepłą. Co było specjalnością zakładu? Zdaniem Herbaczyńskiego niezrównane były u niego drożdżowe rogaliki z nadzieniem.
"Jako świeżo upieczony właściciel cukierni nie tylko cieszyłem się każdym krokiem, ale i robiłem... sztuczny tłok. (...) Prosiłem rodzinę i znajomych, żeby przychodzili zaraz po otwarciu cukierni, zajmowali miejsca przy stolikach i udawali gości. Ten chwyt zdał egzamin - prawdziwych klientów wciąż przybywało" - wspominał.
Chętnie wpadały dziewczęta z pomaturalnej szkoły pielęgniarskiej mieszczącej się w ogromnym gmachu wzniesionym w latach 1927-28 na rogu Chałubińskiego i Koszykowej. W przerwach kupowały lody, kawę, ciastka. Zdarzało się, że któraś z dziewczyn z koleżankami obchodziła imieniny. „Czasem odbywały się tu randki, na co patrzyłem niekiedy z zazdrością. (...) Czasem, zwłaszcza gdy w lokalu nie było osób starszych Kazimierza Moczarskiego dziewczęta nuciły przy stolikach »Tango milonga «” - pisał Herbaczyński.
Wspominał zakochaną parkę, którą często widywał w kawiarni. To u niego się zaręczyli. W czasie okupacji spotykał już samą dziewczynę. Siadała przy stoliku i pisała listy. Gdy zaczęli rozmawiać, dowiedział się, że jej narzeczony trafił do oflagu. Potem i ona znikła. Ponoć szukali jej Niemcy i wyjechała z Warszawy.
Inną kategorię gości stanowili wykładowcy Politechniki mieszkający naprzeciwko w tzw. domu profesorskim obok gmachu kreślarni, m.in. Janusz Gąsecki, wykładowca zasad księgowości, prof. Püpreck, germanista. Bywali też dyrektorzy Związku Spółdzielni Mleczarskich i Jajczarskich istniejącej do dziś przy Hożej, dyrektor zakładów akumulatorowych Tudor czy Feliks Fryde - fabrykant opakowań tekturowych do leków z apteki Klawego. Ten ostatni zaczął też dostarczać kartony z firmowym nadrukiem do cukierni Herbaczyńskiego. Wreszcie chętnie przychodzili tu wojskowi z ogromnego gmachu mieszkalnego na rogu al. Niepodległości i Koszykowej.
Rozstrzelany przez czołg
25 września 1939 r. w pobliżu budynku spadła niemiecka bomba. Wyrwała witrynę, potłukła szyby i zdewastowała część wyposażenia. Jednak, jak pisał Herbaczyński, straty nie były wielkie i już w listopadzie cukiernia działała ponownie. Zmieniła się klientela. Zupełnie znikli dawni wojskowi z domu przy Koszykowej. Jedni trafili do niewoli, inni przedarli się przez granicę i wyjechali na Zachód. Jeszcze inni polegli. Zostały ich żony i dzieci. "Często przybiegały do cukierni na ciastka dzieci zapraszane przez moją żonę, a matki przychodziły podziękować za ten oczywisty, ludzki gest" - czytamy.
Labirynt klatek schodowych, piwnic i tajemniczych przejść na tyłach kawiarni sprawił, że płk Kazimierz Pluta-Czachowski, szef V Oddziału Sztabu Komendy Głównej AK, wybrał lokal Herbaczyńskiego na lokal konspiracyjny przeznaczony do spotkań. Został on wyposażony w sygnalizację. Herbaczyński wspomina, że bywali tam zarówno Stefan Rowecki "Grot", jak i Antoni Chruściel "Monter", a także Kazimierz Moczarski.
Spotkania ludzi z konspiracji nie zmieniły prawie normalnego trybu pracy cukierni: ciasta czy ciastek nigdy nie brakowało, ekspedientki były w ciągłym ruchu, kelnerki podawały do stolików, a przecież było dosyć powodów do denerwowania się. Jeden z nich to np. łapanki. W trakcie jednej z nich w cukierni ukryło się dwóch łączników mających przy sobie instrukcje radiotelegraficzne. Obsługa szybko przebrała ich w fartuchy cukiernicze i zaczęli wyrabiać ciasto. Ścigających ich Niemców udało się skierować na fałszywy ślad. Innym razem podczas kontroli w kawiarni jakaś kobieta siedząca przy stoliku doznała szoku. Zaczęła strasznie krzyczeć i spazmować. Wściekły Niemiec otworzył drzwi i dosłownie wykopał ją na ulicę. "Wiele lat później opowiadał mi Kazimierz Moczarski, że miała przy sobie materiały obciążające i pozorowany atak histerii uratował jej życie" - pisał Herbaczyński.
Codziennie wieczorem do kawiarni przychodziła jedna z dwóch młodych uciekinierek z getta. Ukrywała się dwa domy dalej w sklepie z papierosami Zielińskiego. Wieczorem przed godziną policyjną u Herbaczyńskiego kobieta kupowała ciastka i jednocześnie dostawała przygotowany dla niej chleb i masło. Wraz ze swoją towarzyszką przetrwała wojnę.
Cukiernia dotrwała do Powstania Warszawskiego. Niemcy nie zamknęli jej po zamachu na konfidenta Freindla. Kres nadszedł w sierpniu 1944 r. Budynek stanowił powstańczą pozycję obronną. Sąsiedni gmach dawnej szkoły pielęgniarek zajmowali Niemcy. Już 1 sierpnia przypuścili atak na bronioną kamienicę. Bez powodzenia. Jednak następnego dnia mieli wsparcie broni pancernej. Czołg czy też działo samobieżne zaczęło strzelać w odsłoniętą ścianę szczytową kamienicy, celując ciągle w to samo miejsce. "Najpierw powstała w ścianie dziura. Po godzinie działowe ściany zaczęły pękać i walić się. Wówczas Niemcy opuścili samochody pancerne, wtargnęli na podwórko, nalali do piwnic benzol i podpalili. Szczęście, że były przebite już przejścia w piwnicach, którymi można było uciekać. Najpierw wyszły kobiety z dziećmi i ludność cywilna. Za nimi żołnierze. Dom spłonął doszczętnie. Trud tyluletniej pracy poszedł z dymem. Było południe 2 sierpnia" - wspominał Herbaczyński.
Po wojnie kamienicy już nie odbudowano. W jej miejscu stanął nowy budynek mieszczący przychodnię wojskową. Sam Herbaczyński założył w 1945 r. nową cukiernię wraz z Janem Gajewskim. Działała w różnych miejscach, najbardziej znany był tzw. bunkier przy Marszałkowskiej róg Wspólnej.
Artykuł powstał na podstawie książki Wojciecha Herbaczyńskiego "W dawnych cukierniach i kawiarniach warszawskich", wyd. Veda, Warszawa 2005
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]




