Zabytkowi z podwarszawskiej miejscowości grozi rozbiórka

Jerzy S. Majewski
15.10.2010 aktualizacja: 2010-10-14 18:32
A A A Drukuj
Willa ZE ZBIORÓW TOMASZA SIWCA
"Niespodziankę" w Grodzisku budowano solidnie. Czuwały nad tym znane warszawskie firmy. Dziś to jeden z najcenniejszych zabytków podwarszawskiej miejscowości. Niestety, grozi mu rozbiórka
Architekt Tomasz Siwiec otwiera teczkę w marmurkowej okładce. W środku prawdziwy skarb. Są tu projekty willi Niespodzianka przy ul. Kościuszki 12 (dawnej Ogrodowej) w Grodzisku Maz. Część z nich na delikatnej kalce z jedwabiu. Inne na niebieskich ozalidach. Są rachunki, listy inwestora do firm budowlanych i cała masa innych dokumentów.

- Wszystko zebrał architekt Józef Łodzia Moszyński, brat mojej prababki Konstancji Chmielewskiej. Teczka ocalała cudem. W czasie wojny rodzina prała projekty Józefa Moszyńskiego, aby odzyskać czysty jedwab, ale te związane z domem w Grodzisku zostały zachowane - opowiada Tomasz Siwiec.

Krowa na kalce

Willi Niespodzianka w Grodzisku Maz. trudno nie zauważyć. To zgrabny, eklektyczny budyneczek z secesyjnym detalem przy ul. Kościuszki na wprost Spółdzielczej. W części parterowy, w części piętrowy ma okrągłą wieżyczkę zwieńczoną iglicowym dachem wspartym na ozdobnych konsolkach. Sprawia wrażenie skrzyżowania tradycyjnej willi włoskiej z romantycznym pałacykiem z wieżą. Nie zabrakło motywów modnej secesji.

Pojawiły się m.in. na fantazyjnie powyginanych balustradach. W wieży znalazł się spory zbiornik z wodą uzupełniany każdego ranka przez dozorcę. Stąd woda grawitacyjnie spływała do kranów.

Obok willi powstała oficyna z lokalami na wynajem i komórki. Całość otoczyło starannie zaprojektowane ogrodzenie z neogotycką bramą (dziś już nie istniejące). Dokładnie rozrysowane detale architektoniczne oglądamy na zachowanych projektach. Ich autorem był sam właściciel - Józef Moszyński.

- Urodził się w 1860 r. Miał kilka lat, gdy jego ojciec, z zawodu także architekt (kończył szkołę architektoniczną w Petersburgu), przepadł z domu. Poniosło go daleko, bo aż na Ural. Zmarł w 1870 r. w Ufie. Matka Józefa została sama z dziećmi. Byli tak biedni, że Józef już jako uczeń liceum realnego barwił pastą sznurek, który miał udawać sznurowadła - przypomina Tomasz Siwiec. Józef Moszyński zdołał jednak dostać się na studia, i to w samej stolicy imperium - Petersburgu. Tam uczył się w Instytucie Inżynierów Cywilnych. Szło mu znakomicie. Szkołę kończył ze srebrnym medalem. W Petersburgu pozostał już na zawsze. Robił karierę jako urzędnik i architekt zarazem. Początkowo pełnił funkcję szefa technicznego w departamencie spraw religijnych. W 1890 r. mianowano go kierownikiem budowy gmachu departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Potem jako młodszy architekt pracował w petersburskim oddziale budowlanym. "Zyskał sobie przychylność dworu carskiego, awansował, kilkakrotnie otrzymując wreszcie tytuł tajnego radcy dworu" - czytamy w książce Marka Cabanowskiego "Domy i ludzie". W Petersburgu związany był ze środowiskami Polonii, którą wspierał materialnie i której był aktywnym działaczem.

- Jeszcze przed karierą petersburską miał epizod zawiązany z kolejami na terenie Królestwa Polskiego. Ponoć miał odbyć praktykę u Lindleya w Warszawie, ale ostatecznie otrzymał ją na budowie kolei w Zagłębiu Dąbrowskim. Z tego czasu zachował się u nas jego rysunek przepustu kolejowego. Ten projekt jest niesamowity. Moszyński oddał na nim ziarenka żwirku i nawet krowę pasącą się na przyległej łące - mówi Tomasz Siwiec.

Kredens ocalał

- Brat prababki Niespodziankę w Grodzisku budował nie dla siebie, ale dla rodziny. Dla swojej matki, siostry, jej męża i dzieci, wśród których była moja babcia. Sam mieszkał w Petersburgu. Własnej rodziny nie założył. Zarabiał tak świetnie, że utrzymywał wszystkich bliskich. Żyli na wysokim poziomie, no i mieli w wille w Grodzisku, który w 1903 r. mógł stać się nowym Milanówkiem czy Konstancinem. Nic z tego nie wyszło, bo w miasteczku zaczęto budować fabryki - twierdzi nasz rozmówca.

Pięterko zarezerwował Moszyński dla siebie. Miał tam stylowo umeblowany gabinet i sypialnię. Zajmował ten apartamencik w czasie przyjazdów do Warszawy. - Przynajmniej niektóre meble projektował sam - mówi Tomasz Siwiec. Na potwierdzenie pokazuje przekrój budynku z wrysowanym kredensem. - To konkretny projekt. Kredens przetrwał wszelkie zawieruchy i stoi dziś w moim domu - opowiada.

Ponownie zaglądamy do teczki w marmurowych okładkach. Niezwykle ciekawy jest ozalidowy rysunek sztukaterii. I tu wyraźnie widać motywy secesyjne nałożone na formy historyczne. Na odwrocie kartki czytamy nadruk po rosyjsku: "Aleksander Kulikowski, Ryga, ul. Tkacza". Z tego rysunku łatwo się przekonać, że zarówno sztukaterie we wnętrzach willi czy kamienic, piece, drzwi jak i rozmaite detale mieszkań często nie były dziełem projektantów budynków. Zamawiano je w wyspecjalizowanych firmach sztukatorskich, w sklepach z piecami i galanterią metalową.

Dywany od cara

W willi Niespodzianka Moszyński nie bawił się w projektowanie posadzek czy sztukaterii. Zwracał się do specjalistów. W teczce się aż roi od korespondencji z wykonawcami i dostawcami. Wyglądają niezwykle, pisane pismem kaligraficznym na firmowych blankietach.

"Niniejszym zawiadamiam, W.P., że żelastwo na kucie szlifowane wyceniam za cenę rubli 85" - pisał do Moszyńskiego Adolf Hensel, właściciel warszawskiej Fabryki pieców żelaznych, kuchen, drzwiczek hermetycznych i kominów. Inny rachunek dostarczony przez biuro elektrotechniczne Konstanty Czaban i S-ka z Marszałkowskiej 99 opiewa na prace elektryczne i piorunochron zakończony platynowym kapturkiem. Kręcone metalowe schody w wieży zamontowała znana warszawska firma Drzewiecki i Jeziorański, posadzki z terakoty Dziewulski i Lange z Opoczna, zaś studnie głębinową wiercił "Rychłowski, Wehr i S-ka." Całość prac budowlanych prowadziła inna renomowana spółka warszawska: "Rogóyski Horn i Rupiewicz". Gdy dochodziło do opóźnień w budowie, Moszyński pisał do wykonawców: "Proszę o natychmiastowe przystąpienie do robót. Pozostaję z głębokim szacunkiem".

Realizacja ukończona została jeszcze przed końcem 1903 r. Architekt cieszył się podwarszawską willą przez całą dekadę. W początku 1914 r. rozchorował się na żołądek. Z Petersburga przyjechał do Warszawy, szukając pomocy u lekarzy w Grodzisku. Nie pomogli mu. Zmarł w lipcu dosłownie w przededniu wybuchu pierwszej wojny światowej.

Pochowano go z wielką pompą. Jak głosi wieść rodzinna, drogę od kościoła do cmentarza car Mikołaj II kazał wyłożyć dywanami.

Zbieranie sprzętów

Formalnie właścicielką willi była siostra Moszyńskiego Konstancja. - Gdy architekt umarł, jego szwagier, a mój pradziadek Antoni Wieniawa Chmielewski wpadł w panikę. Był skromnym urzędnikiem kolejowym i nie miał pojęcia, z czego utrzyma dom i liczną rodzinę - mówi Tomasz Siwiec. Ta rozterka długo nie trwała. Niebawem wojsko niemieckie podeszło aż pod Pruszków. - Nasza rodzina zostawiła dom i w 1915 r. ewakuowała się w głąb Rosji. Tam mieli przyjaciół i znajomych. Pierwsza wojna to jednak tułaczka po rozległym terenie imperium. Moja babcia Anna, siostrzenica Moszyńskiego, w trakcie tułaczki pisała nawet pamiętnik, ale niewiele z niego ocalało - żałuje Tomasz Siwiec.

Opuszczoną willę w trakcie bitwy pod Warszawą zajęli Niemcy. - Musieli palić w środku jakieś ogniska, bo na kredensie widać ślady ognia - przekonuje Siwiec. Potem pusty dom został rozszabrowany. Gdy po wojnie do Polski wróciła Konstancja Chmielewska wraz z córkami, zaczęła od zbierania rozszabrowanego wyposażenia. Odnajdywała je w okolicznych domach. - Niektórzy sami przynosili rozmaite rzeczy. Wiele z nich udało się w ten sposób odzyskać - relacjonuje Tomasz Siwiec. Niebawem jego babka wyszła za mąż za Jana Siwca, przedwojennego posła na Sejm, w latach 30. działacza propiłsudczykowskiego Bezpartyjnego Bloku Współpracy z Rządem, samorządowca. Z kolei jedna z jej sióstr została żoną profesora chemii na Uniwersytecie Warszawskim Bolesława Moroza.

Zdążyć przed barbarzyństwem

Z czasem dom w Grodzisku zaczął stanowić obciążenie. Tym bardziej że na jego budowę zaciągnięto honorową pożyczkę u kuzyna architekta Stefana Praskowskiego. Budynek był wynajmowany, m.in. grodziskiemu lekarzowi dr. Bogdanowi Królewskiemu. Ostatecznie rodzina sprzedała willę w 1932 r., przenosząc się do sąsiedniej oficyny. Niespodziankę kupił felczer Maurycy Freidlich, ławnik zarządu miasta, a po 1937 r. działacz prawicowego Obozu Zjednoczenia Narodowego (OZN).

Z córką Freidlicha żonaty był Roman Wykusz. W czasie okupacji niemieckiej mieszkał tu z żoną i rodziną. Pod pseudonimem "Gustaw" był dowódcą 38. Plutonu Ośrodka AK "Gąbka". "Po wojnie, aby uchronić się przed prześladowaniami ze strony bezpieki, wstąpił do Milicji Obywatelskiej. Szybko jednak zorientowano się w intrydze i AK-owców usunięto z milicji" - pisze Marek Cabanowski.

Sam dom wyszedł z drugiej wojny światowej bez większych uszkodzeń. - We wrześniu 1939 r. nasza rodzina wywiozła z oficyny w Grodzisku znaczną część najcenniejszych przedmiotów do Warszawy na ul. Oboźną. Uważano, że tam będzie bezpieczniej. Ale na dom przy Oboźnej spadła bomba i wszystko spłonęło. Pięć lat później 15 stycznia 1945 r. podczas sowieckiego bombardowania Grodziska bomba lotnicza spadła tuż obok willi Niespodzianka. Otarła się o wieżę, a ślad na gzymsie można było oglądać jeszcze przez lata. Na szczęście bomba zaryła w ziemi i nie wybuchła. Gdyby eksplodowała, z domu nic by nie ocalało - relacjonuje Tomasz Siwiec.

Aż do końca XX w. willa należała do spadkobierców Maurycego Freidlicha. Znalazła się też w ewidencji zabytków. Nie wiadomo jednak, czy uchroni ją to przed zagładą. Nowa właścicielka budynku Anna Lasocka, prymitywnie pojmując prawo własności, chce go po prostu zburzyć. W lipcu w zabytkowej oficynie wybuchł pożar. Na szczęście dzięki sąsiadom udało się go ugasić. - Zapewne do zaprószenia ognia nie doszło przypadkiem - sugeruje Tomasz Siwiec.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy