UNBA na półmetku Sahel i UKS Probasket gromią liderów

Marcin Krysiak
09.11.2010 aktualizacja: 2010-11-09 11:49
A A A Drukuj
Mecz VI kolejki II ligi UNBA - Nola Team vs Gazeta.pl Zuza Kuczbajska
  • Mecz VI kolejki II ligi UNBA - Nola Team vs Gazeta.pl
  • Mecz VI kolejki II ligi UNBA - Nola Team vs Gazeta.pl
  • Mecz VI kolejki II ligi UNBA - Nola Team vs Gazeta.pl
  • Mecz VI kolejki II ligi UNBA - Nola Team vs Gazeta.pl
Choć trzecioligowcy zrobili to już dwa tygodnie temu, to można powiedzieć, że ogólnie właśnie teraz rozgrywki Ligi UNBA znalazły się na półmetku. Sam weekend zdecydowanie najbardziej interesująco wypadł w drugiej lidze. W pierwszej w zasadzie nic się nie działo. W trzeciej poza dwoma, czy trzema spotkaniami obyło się bez większych emocji.
W I lidze wszystko po staremu

Rozgrywki pierwszoligowe były w ostatni weekend zdecydowanie najbardziej monotonne ze wszystkich. Prócz jednego meczu nie było spotkania, o którym można by powiedzieć, że coś się w nim działo. Tradycyjnie słabo wypadli Lekarze i Ostap Rusztowania. Obie drużyny borykają się najwyraźniej z poważnymi problemami kadrowymi i jest to po prostu bardzo widoczne w ich grze i wynikach. Tym razem byli dostarczycielami łatwych punktów odpowiednio dla wicemistrzów Ligi Unimedu i NWW.

Regres po kilku udanych (choć przegranych) spotkaniach zanotowali TNT. W starciu z Polibudą 2013 nie mieli wiele do powiedzenia. Na "zwycięską ścieżkę" wkroczyli znowu SMS76550GORTATUNBA. Niestety ciężko im będzie zaliczyć ten mecz do udanych. Ich rywalom z Jednostki ostatnio i tak się nie wiodło, a tym razem grali jeszcze w okrojonym składzie. Mimo to SMS zaliczyli w meczu jedynie 39 punktów. Spotkanie stało na dość przeciętnym poziomie. Na uwagę zasługiwała w zasadzie tylko jedna akcja w wykonaniu Piotrka Brusta, który dał popis "pakując" piłkę do kosza nad jednym z rywali.

Słabo w weekend zaprezentowali się również panowie z Dental Club'u. Patologia nie powinni w tym meczu zaistnieć jednak mistrzom ligi nie szczególnie chciało się z początku angażować w obronę. Dopiero w trzeciej kwarcie pokazali swoją siłę w tym elemencie ograniczając zdobycz rywali do 2 "oczek". Jedna dobra kwarta wystarczyła na odniesienie bardzo skromnego zwycięstwa.

Rodzynkiem w ogólnej nieciekawej masie okazało się starcie TC Team z OBP Incentive & Sport Travel. OBP zaczęli to spotkanie bardzo mocno skoncentrowani. Już na starcie wyszli na 6-punktowe prowadzenie (6:0) i przez długi czas udawało im się utrzymać taką przewagę. Niestety bardzo słaba w ich wykonaniu okazała się druga kwarta. Co prawda na jej początku udało im się zdobyć 5 punktów i powiększyć swoje prowadzenie do 10 "oczek" (17:7). To co miało miejsce później będzie im się jednak śnić po nocach, jako najgorszy koszmar. Wystarczyło ledwie dziesięć minut i zamiast 10 punktów przewagi nad rywalem mieli do nich 13-punktową stratę (19:32)! Kilka minut po rozpoczęciu trzeciej kwarty OBP rozpoczęli dramatyczną pogoń za rywalami. Już pod koniec tej części meczu było naprawdę nieźle. Prowadzenie TC Team zmalało wtedy do 8 punktów (38:30). Co prawda później OBP mieli mały kryzys, ale na kilka minut przed końcem zbliżyli się najpierw na 7, a następnie nawet na 6 punktów (42:48). Na więcej niestety nie starczyło czasu. Na przestrzeni całego meczu OBP wcale nie grali tak źle. Oczywiście o drugiej kwarcie będą chcieli jak najszybciej zapomnieć, ale i wcześniej i później mecz był bardzo wyrównany, a co ważniejsze ciekawy. Totalnie zatrzymany został ich najlepiej do tej pory punktujący zawodnik Michał Majak, który mecz zakończył z zerowym dorobkiem. Mimo to okazało się, że w OBP jest co najmniej kilka osób mogących go pod tym względem zastąpić.

CMP Centrum Medyczne upokorzeni w szlagierze kolejki

To, co zrobili panowie z Sahela z dotychczasowym liderem ich grupy, CMP Centrum Medyczne jest ciężkie do opisania. CMP nie mieli w tym meczu dosłownie nic do powiedzenia. Wystarczy powiedzieć, że w trzeciej kwarcie, kiedy Sahel mieli na koncie 44 punkty CMP uciułali ich makabrycznie mało, bo ledwie 12! Potencjalny szlagier kolejki, a może i całego drugoligowego sezonu skończył się zanim tak naprawdę się rozpoczął. I w zasadzie nie ma co się o tym meczu rozpisywać, bo to w innych spotkaniach były emocje, ciekawe końcówki i dogrywki. W tym meczu zdecydowanie nic się nie działo.

Z ciekawszych konfrontacji mieliśmy starcie Kanibali PLNY Textylia ze Specjal. Chłopaki mieli sobie trochę do wyjaśnienia. Do ostatniej "wymiany ciosów" między tymi drużynami doszło w półfinale trzecioligowych play off. Wtedy minimalnie lepsi byli Kanibale i to oni, po łatwej przeprawie z Siostrami Spinningowymi, wygrali później trzecią ligę. Specjal, by awansować musieli przejść jeszcze przez baraże i dopiero w wyniku udanej konfrontacji z jednym z drugoligowców awansowali do wyższej klasy rozgrywek. Obie ekipy podeszły do meczu bardzo skoncentrowane. Byliśmy świadkami dwóch bardzo równych kwart, w których podstawą była walka i zaangażowanie. W połowie spotkania na minimalnym prowadzeniu byli Kanibale (18:16). Trzecia odsłona należała jednak zdecydowanie do ich przeciwników. Specjal zaprezentowali doskonałą skuteczność zza łuku trafiając w dziesięć minut aż pięć "trójek". Kanibale stracili kontrolę nad wydarzeniami na boisku i na ostatnią kwartę wychodzili tracąc do rywali 9 punktów (30:39). Nie pozostawało im nic innego, jak zabrać się ostro do pracy i dobrze wykorzystać ostatnie dziesięć minut meczu. Z początku szło im słabo, wręcz tragicznie. W pewnym momencie przegrywali już nawet 10 punktami (34:44). W tym momencie stało się coś, w co nikt poza Kanibalami już chyba nie wierzył. Na pewno nie wierzyli w to panowie ze Specjal, bo totalnie przespali tych kilka minut, w których Kanibale zbliżyli się do nich na ledwie 3 punkty (41:44). Do końca regulaminowego czasu pozostało już tylko kilkadziesiąt sekund. Specjal wciąż byli na w miarę bezpiecznym prowadzeniu. Mieli aż cztery szanse na zwiększenie przewagi nad rywalami, ponieważ dwukrotnie na linii wolnych stawał Marcin Wasiuk. Presja jednak go przerosła. Jego rzuty dały Specjal tylko 1 punkt. Tymczasem po drugiej stronie na wyżyny umiejętności wspiął się cały zespół, ale udaną egzekucją popisał się Sebastian Stępień. Zaliczył dwa jakże istotne trafienia doprowadzając do remisu (44:44) i możliwość rozstrzygnięcia losów meczu w dogrywce. Ta część spotkania okazała się bardzo jednostronna. Kryzys Specjal trwał w najlepsze, a Kanibale nie mogli zmarnować takiej okazji. Dodatkowe trzy minuty wygrali 5:1 i tym samym popsuli rewanżowe plany rywali.

W sobotni wieczór warto było obejrzeć zawody, jakie rozegrali między sobą panowie z Art Promotion Group oraz Wiewiórki Prezesa. Nie był to może basket na najwyższym poziomie. Drużyny miały mocno przeciętną skuteczność i popełniały stosunkowo dużo błędów. Szybkie tempo gry i spora dawka emocji sprawiły, że na nudę mimo wszystko nie narzekaliśmy. Spotkanie od mocnego uderzenia rozpoczęli APG. Po sześciu minutach prowadzili 7 punktami (9:2). Dobra obrona dawała im okazję do gry kontrą jednocześnie mocno utrudniając rywalom zdobywanie punktów. Wiewiórki z letargu przebudzili się dopiero na początku drugiej kwarty, ale kiedy już to zrobili, to w doskonałym stylu. 8-punktowe prowadzenie rywali (16:8) bardzo szybko zamienili w ich 6-punktową stratę (18:24). APG dopiero w tym momencie zaczęli bardziej regularnie odpowiadać na trafienie Wiewiórek, co zaowocowało ciekawą i wyrównaną końcówką drugiej odsłony. Po zmianie stron wszystko pozostało po staremu. Drużyny zaczęły walczyć punkt za punkt. Dopiero na początku czwartej kwarty, po "trójce" Michała Kurka Wiewiórkom udało się osiągnąć pierwsze znaczące prowadzenie (43:38). Jak się okazało był to dla tej drużyny moment przełomowy. Kilka minut później prowadzili już 7 "oczkami". (49:42). Czas biegł nieubłaganie i APG podjęli rozpaczliwe próby ratowania sytuacji. Najpierw był celny rzut za 3 punkty, potem dwukrotnie trafienia z bliższej odległości. Niestety w zasadzie każdorazowo mieliśmy ripostę ze strony przeciwników. W ostatniej minucie o losach meczu przesadził Paweł Kurek. Jego dwa punkty dały Wiewiórkom 6-punktową zaliczkę (55:49) i pozwoliły spokojnie dowieźć zwycięstwo do syreny kończącej zawody.

Szansę na kolejne zwycięstwo, a wcale nie mają ich zbyt wiele, zaprzepaścili panowie z DNA. Szansa była, bo ich rywalem byli tym razem panowie z Pogoni, którzy - delikatnie mówiąc - w tym sezonie nie błyszczą. Niestety, o ile pierwsza połowa meczu była całkiem wyrównana, to poczynając od trzeciej kwarty można było mieć wrażenie, że DNA stracili koncepcję na granie i w ataku potwornie się męczyli (w trzeciej kwarcie zaliczyli tylko 3 punkty). Jeżeli dodamy do tego fakt, że do tuzów obrony nigdy nie należeli, to efekt mógł być tylko jeden. Minutę po rozpoczęciu czwartej kwarty na ich koncie wciąż próżno było szukać 20 punktów. Rywale odjechali im w tym momencie już na 11 "oczek" (30:19). Dopiero 3-punktowe trafienie Andrzeja Bobińskiego przełamało ich niemoc. Od tego momentu na ich grę naprawdę aż miło było popatrzeć. Były i kolejne "trójki" i udane kontry, a co najważniejsze całkiem niezła obrona. Co oczywiste byli i tacy, którym ten obraz zupełnie nie odpowiadał. Zaliczali się do nich przede wszystkim zawodnicy Pogoni. Ich sytuacja była coraz mniej komfortowa, a jedynym ich sprzymierzeńcem był upływający czas. Na szczęście płynął wystarczająco szybko. Kiedy na kilkadziesiąt sekund przed końcem różnica pomiędzy drużynami zmalała do ledwie 4 punktów (40:36) DNA zaczęli faulować taktycznie. Strategia mogłaby przynieść im sukces, bo zawodnicy Pogoni trafiali regularnie tylko jeden z dwóch rzutów. Niestety panom z DNA przestało dopisywać szczęście. Dopiero w ostatnich sekundach trafili za 2 punkty, ale ten rzut pozwolił im jedynie zmniejszyć rozmiary porażki.



Iniemamocni wciąż nie dość mocni, zabiegani Dream Team

Trzecioligowcy z grupy A patrząc na tabelę swojej grupy nie zobaczyli po szóstej kolejce wiele zmian. Czołówka tabeli solidarnie wygrała. W grupie B zmian w ustawieniu co prawda również nie było, ale spektakularną wpadkę zaliczyli niepokonani dotychczas Dream Team.

Ciężkie chwile przeżywają Iniemamocni. Jako spadkowicz z drugiej ligi byli przed sezonem widziani w gronie faworytów. Stawka okazała się dla nich jednak za mocna. Po pięciu spotkaniach mieli na koncie ledwie dwa zwycięstwa i kilka naprawdę wstydliwych porażek. Najbardziej kompromitujące były przegrane z Przyjaciółmi Królika oraz Piwo Wino Wódka Spać. Oczywiście jestem jak najdalszy od niedoceniania tych ekip, jednak obie były nie tylko w zasięgu Iniemamocnych, ale "na papierze" prezentowały się zdecydowanie gorzej. W szóstej kolejce zadanie Iniemamocnych było podwójnie trudne. Po pierwsze na ich drodze stanęli jak do tej pory niepokonani Still Got In. Po drugie nie mogli skorzystać z usług zawieszonego na jeden mecz Dawida Wawrzyniaka. Iniemamocni mimo wszystko walczyli dzielnie. W połowie trzeciej kwarty tracili do rywali już 12 punktów (32:20). Nie załamało ich to jednak. Rzucili się do odrabiania strat. Jeszcze w trzeciej odsłonie zrobiło się blisko. Still Got It wychodząc na parkiet przed ostatnią odsłoną dysponowali już tylko 4-punktową zaliczką (36:32). Potem było jeszcze ciekawiej. Dwie kolejne "trójki" dały Iniemamocnym upragniony remis (40:40). Niestety, końcówka meczu należała ponownie do ich rywali. Trzy kolejne trafienia przy minimalnej odpowiedzi Iniemamocnych pozwoliły Still Got It wygrać szósty mecz z rzędu.

Ciekawe zakończenie miał pojedynek Sióstr Spinningowych z Bezradnymi. Z początku wydawało się, że Siostry zmierzają do szczęśliwego zakończenia w postaci piątego zwycięstwa w sezonie. W końcówce spotkania przy dość bezpiecznym prowadzeniu Sióstr Spiningowych (43:37) z nie do końca zrozumiałych powodów nerwy puściły Darkowi Chróścielewskiemu. Najpierw miał małe spięcie z rywalem, po którym został ukarany przewinieniem niegodnym sportowca. Chwilę później otrzymał jedno, a zaraz później drugie przewinienie techniczne, na koniec został ukarany dyskwalifikacją. W tym samym czasie przewinienie techniczne otrzymała ławka rezerwowych Bezradnych. Zajście skończyło się tak, że Bezradni mieli do wykonania sześć rzutów osobistych. Gdyby wykorzystali wszystkie doprowadziliby do remisu. Trafili jednak tylko trzy "wolne". Niespodziewane wydarzenie pozostało bez konsekwencji dla Sióstr. W ostatnich sekundach Bezradnym nie udało się już zagrozić koszowi rywali.

Słabą postawę w starciu z UKS Probasket Mińsk Mazowiecki zaprezentowali liderzy grupy B Dream Team. W starciu czołowych drużyn grupy wygrała młodość, żywiołowość i entuzjazm. Doświadczenie i cwaniactwo boiskowe przegrały z kretesem. W zasadzie o meczu należy wspomnieć jedynie ze względu na fakt starcia czołówki grupy B. Od początku do końca warunki dyktowali tu chłopaki z UKS Probasket. Dream Team tylko w pierwszej kwarcie byli w stanie wytrzymać tempo rywali i przegrywali w tym momencie 1 punktem (10:11). W drugiej totalnie "odpadli" dając rzucić rywalom aż 11 punktów więcej niż sami byli w stanie zdobyć. W trzeciej, choć złapali drugi oddech i próbowali odmienić losy meczu, na nic się to zdało. UKS tylko przez chwilę się pogubili, a i nawet wtedy prowadzili różnicą co najmniej 5 punktów (34:29). Kiedy odnaleźli właściwy rytm z Dream Team nie było co zbierać. Cztery minuty przed końcem UKS prowadzili znowu bardzo wysoko (41:29) i spokojnie dowieźli zwycięstwo do mety.

Więcej informacji, tabele terminarz rozgrywek, statystyki spotkań na www.unba.pl

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy