UNBA: Grania było mniej, ale za to bardzo ciekawie

Marcin Krysiak
18.11.2010 aktualizacja: 2010-11-18 08:54
A A A Drukuj
Mecze VIII kolejki ligi UNBA Marcin Krysiak
  • Mecze VIII kolejki ligi UNBA
  • Mecze VIII kolejki ligi UNBA
  • Mecze VIII kolejki ligi UNBA
  • Mecze VIII kolejki ligi UNBA
W ostatni weekend Liga UNBA grała tylko w niedzielę. Wszystkie rozegrane mecze (i jeden nierozegrany, ponieważ mieliśmy walkower) miały się odbyć 27 listopada. Na ten dzień zostały jednak zaplanowane obchody XX-lecia szkoły przy ul. Hirszfelda 11, gdzie Liga rozgrywa większość spotkań. Stad powstał ten zastępczy termin. Grali głównie II-ligowcy z grupy A oraz III-ligowcy grupy A. Dzień obfitował w sensacyjne rozstrzygnięcia i niecodzienne sytuacje.
Nola jak zwykle, Aleksiej na tarczy

Wypada gorąco pogratulować zawodnikom Nola. Po tym weekendzie okraszonym zwycięstwem nad jPalio pozostali jedyną drużyną w skali całej Ligi, która w obecnej edycji nie ma na koncie jeszcze żadnej porażki. Do niedawna partnerowały im jeszcze dwie drużyny, ale w ten weekend nie dały rady rywalom...

To miał być mecz, jak wiele innych. Balet Aleksieja po sześciu kolejkach mieli na koncie komplet zwycięstw i ogromne szanse na następny sukces. Lucky Losers to co prawda spadkowicze z pierwszej ligi, ale po okresie wakacyjnym zdecydowanie nie mogli dojść do siebie. Do tej pory wygrali ledwie trzykrotnie i to raczej z ekipami z niższych pięter tabeli. W zasadzie należałoby powiedzieć, że do starcia z "baletami" przystępowali z nożem na gardle. Czwarta porażka oznaczała w ich przypadku duże prawdopodobieństwo nie zakwalifikowania się do rundy play off. Wspomniany nóż podziałał na nich doskonale, choć trzeba przyznać, że panowie z Baletu Aleksieja zrobili co mogli, żeby ułatwić przeciwnikom życie. Wystarczy popatrzeć na statystyki meczowe. Po pierwsze zdobycze punktowe w pierwszych trzech kwartach. Odpowiednio 0 punktów (!!!), 11 i 6. Razem 17 punktów po trzydziestu minutach gry! Baletom prawdopodobnie jeszcze nigdy nie udało się aż tak zawalić pierwszej dziesięciominutówki. Po drugie mieliśmy fatalną skuteczność rzutowa oscylująca w okolicach 25 proc. (oczywiście w pierwszej kwarcie 0 proc.). Po trzecie zdobycz punktowa w całych zawodach, marne 30 punktów. Na koniec wyraźnie przegrana "deska" (24:30) i dopełniający ogrom nieszczęść totalny brak gry zespołowej (2 asysty w skali całej drużyny!). Lucky Losers nie mogli nie wykorzystać takiego "prezentu". Mimo, ze w ostatniej odsłonie dostosowali się poziomem do rywali, to przegrać zwyczajnie nie dali rady.

Ciekawe zawody rozegrali między sobą DNA i Kumple Fryzjera. Dla obu ekip mających na koncie ledwie dwa zwycięstwa starcie było dużą szansą odbicia się od tabelowego dna i strefy spadkowej. Pierwsza kwarta było dość wyrównana. Na prowadzeniu byli DNA, ale "fryzjerzy" deptali im po piętach. Kolejne minuty stały pod znakiem spektakularnej ucieczki DNA, która przeciągnęła się do połowy trzeciej kwarty. Wtedy, po dwóch "trójkach" Marcina Kosierba (8 pkt, 3 zb), przewaga jego drużyny wynosiła już 14 punktów (34:20). Taki obrót spraw mocno rozzłościł Kumpli Fryzjera. Do pracy zabrali się Karol Denysenko (17 pkt, 7 zb, 1 bl, 2 prz) i Bartosz Brzeziński (11 pkt, 11 zb, 1 bl). Zrobili to na tyle skutecznie, że w połowie czwartej kwarty w szeregach DNA zrobiło się dosyć nerwowo. Nic dziwnego, od czasu wspomnianych "trójek" prócz indywidualnych wyczynów Aleksa Drzewieckiego (13 pkt, 1 zb, 2 prz) niemal nikt z jego kolegów nie zagroził punktowo rywalom, a przewaga DNA stopniała do ledwie 6 "oczek" (48:42). Dwie minuty później zrobiło im się jeszcze cieplej. Kolejne dwie akcje Karola Denysenko spowodowały, że "fryzjerzy" tracili do przeciwników już tylko 2 punkty (48:50). Na szczęście dla DNA w kolejnych minutach szczęście było po ich stronie. Dwa celne "osobiste" pozwoliły im powiększyć przewagę do bezpiecznej wartości (52:48). "Trójka" rywali w ostatnich sekundach pozwoliła im jedynie zmniejszyć rozmiary porażki.

Dogrywką zakończył się pojedynek So Fresh So Clean z Wolfensteinem. W zasadzie sprawy mogłyby wyglądać zupełnie inaczej, gdyby nie fatalna postawa tych pierwszych w ostatnich dziesięciu minutach regulaminowego czasu. So Fresh So Clean przez trzydzieści minut byli na placu stroną zdecydowanie dominującą. Pod koniec tego okresu prowadzili 8 punktami (31:23). Wolfenstein, choć robili co mogli, to dość słabo radzili sobie z obroną strefową rywali. Najprostszy rzut stawał się dla nich prawdziwym wyzwaniem. Ich skuteczność w tym elemencie utrzymywała się na poziomie 10 procent! Z początkiem czwartej kwarty coś się ruszyło. Inna sprawa, że So Fresh So Clean zaczęli grać jak "ociemniali". Na przestrzeni ostatnich dziesięciu minut popełnili aż 7 strat! Wszystko sprowadzało się do słabej koncentracji. Wolfensteinom udało się tymczasem wreszcie kilka razy trafić do kosza, w tym dwukrotnie za 3 punkty. Celny rzut zza łuku autorstwa Adama Morki (12 pkt, 2 zb, 1 prz) oddany na kilkadziesiąt sekund przed końcem regulaminowego czasu pozwolił zbliżyć się jego drużynie do rywali na 2 punkty (35:37). Zaczęły się nerwy. Kolejne faule Wolfensteina nakazywały ich przeciwnikom oddawanie rzutów z linii rzutów wolnych. Panowie z So Fresh So Clean nadal nie chcieli chyba wygrać tego meczu, bo z czterech rzutów trafili ledwie jeden. Po drugiej stronie barykady na rzut ostatniej szansy kilkanaście sekund przed końcem zdobył się zawodzący do tej pory na całej linii Andrzej Jankowski (6 pkt, 6 zb, 1 bl). To musiało być dla niego naprawdę spore wyzwanie, ponieważ wcześniej pudłował w tym meczu wszystko co się dało, razem aż dwanaście rzutów! Tym razem trafił i to od razu "trójkę" dając swojej drużynie remis (38:38). So Fresh So Clean zostało jeszcze kilkanaście sekund i mieli zamiar dobrze je wykorzystać. Po małym zamieszaniu piłka trafiła do Marcina Kozakowskiego (17 pkt, 8 zb, 2 bl, 2 as). Ten miał szansę, by dać swojej drużynie zwycięstwo. Jego rzut był jednak minimalnie spóźniony. Zabrzmiał sygnał kończący kwartę i choć padły punkty sędziowie orzekli o rozegraniu dogrywki. W dodatkowych trzech minutach panowie z Wolfensteina nie stanęli na wysokości zadania. Wręcz przeciwnie, stanęli całkowicie. Znowu mieliśmy żenującą skuteczność z gry. Zawodnicy beniaminka nie trafił do kosza ani razu. Trzy punkty zdobyte przez So Fresh So Clean wystarczyły im do odniesienia zwycięstwa.

Na koniec drugoligowego sprawozdania ciekawostka. Do historii ligi przeszli Evil Apes. Po pierwsze należy powiedzieć, że w konfrontacji z Wiewiórkami Prezesa wypadli naprawdę dobrze. Jeszcze w połowie czwartej kwarty prowadzili różnicą 10 punktów (45:35) i sprawa wygranej była raczej przesądzona. Niestety od tego momentu zaczęli "padać jak muchy". Za pięć przewinień najpierw opuścił plac pierwszy z nich. Evil Apes do meczu przystępowali w pięciu i schodzącego na ławkę zawodnika nie miał kto zastąpić. Grali teraz w czterech przeciw pięciu... niezbyt długo. Chwilę po pierwszym w jego ślady poszedł drugi, a następnie trzeci zawodnik reprezentujący barwy beniaminka. Grając w pięciu przeciwko ledwie dwóm rywalom Wiewiórki Prezesa szybko odrobiły straty. Jednak nie dość szybko, żeby wygrać spotkanie w regulaminowym czasie. Właśnie w dogrywce nastąpił wspomniany moment historyczny. W dogrywce piąte przewinienie zanotował czwarty z "evilsów". Na placu pozostał tylko jeden reprezentant tej drużyny. Zgodnie z przepisami nie można było dalej kontynuować zawodów. Mecz Wiewiórki Prezesa vs. Evil Apes został przegrany przez tych drugich z powodu braku zawodników mogących kontynuować grę. Niezależnie od swoich dalszych poczynań Evil Apes przeszli do historii Ligi UNBA. Jest to pierwszy tego typu przypadek w naszej historii i ogólnie w sumie dość nietypowe wydarzenie.

Still Got It nie dali rady Literom

Stało się. Rewelacyjnie spisujący się do tej pory debiutanci ze Still Got It po serii sześciu zwycięstw zaznali wreszcie goryczy porażki. Co ciekawe stało się to nie w starciu z trzecioligowymi potentatami jak Siostry Spinningowe czy Kabaret Starszych Panów, ale w pojedynku z wydawałoby się skazanymi na "pożarcie" Literami. Litery starcie rozpoczęli koncertowo. Po czterech minutach prowadzili już 9 punktami (9:0) i jak się miało okazać nie było to ich ostatnie słowo. Pod tablicą rywali dobrą partię rozgrywał Tomek Tarnowski (10 pkt, 7 zb) zdobywając w pierwszej odsłonie 6 punktów. Choć Still Got It robili co mogli, żeby przywrócić normalny dla nich bieg wydarzeń, udało im się to jedynie częściowo. W połowie drugiej kwarty powiększyli swoje konto o 7 punktów z rzędu i zbliżyli się do rywali na 2 "oczka" (19:21). W krytycznym momencie w szeregach Literów na wysokości zadania stanął Tomek Rzeszotek (14 pkt, 4 zb, 3 prz, 1 as). Jego celna "trójka" zapoczątkowała okres dobrej gry Literów. W połowie trzeciej odsłony ponownie uciekli przeciwnikom na dosyć bezpieczną odległość (35:26). Still Got It imponowali w tym czasie głównie własną... nieporadnością. Seryjnie pudłowali spod kosza, niewykorzystywani rzutów osobistych, ani nawet prostych kontr "sam na sam z koszem". Ostatni gwóźdź do trumny liderów grupy A przybił na początku czwartej kwarty Wawer Kostrzewski (10 pkt, 9 zb, 1 prz, 2 as). Dwie akcje z rzędu zakończył tak charakterystycznymi dla siebie rzutami "półhakiem" o tablicę. To po nich Litery wyszli na 15-punktowe prowadzenie (46:31), którego nie oddali już do końca spotkania.

"Zapytaj mnie za trzy dni, to może ci odpowiem" - takiej odpowiedzi udzielił Marcin Arent na pytanie, co się stało z jego drużyną w ostatnich pięciu minutach przegranego starcia z Grupą NeoArt. Trzeba przyznać, że trafił w sedno sprawy, bo taktyka jego drużyny w ostatnich pięciu minutach tego meczu była cokolwiek zastanawiająca. Zacznę jednak od początku. Mecz bardzo dobrze rozpoczęli Siostry. Po pierwszej kwarcie prowadzili różnicą 5 punktów (20:15) całkowicie dominując w strefie podkoszowej. Nic dziwnego. Grając w "pomalowanym" dwoma chłopami o wzroście "dwa metry plus" dysponowali sporą przewagą szczególnie na tablicach. NeoArt nie poddawali się jednak. Postawili na ambitną obronę i zacieśnianie szeregów przy wysokich przeciwnikach. Zadanie mieli ułatwione, bo obwód Sióstr zwyczajnie nie istniał. Taktyka zdała egzamin i po trzech kwartach panowie z Grupy NeoArt wyszli na kilkupunktowe prowadzenie (35:32). Na początku ostatniej odsłony powiększyli je do 4 "oczek" (36:32), ale już kilka minut później zaczęły się dla nich problemy. Od jakiegoś czasu Siostry konsekwentnie podawali piłkę pod kosz do swojego centra Marcina Wojciechowskiego (13 pkt, 17 zb, 1 bl). Prócz punktów akcje te dawały często efekt dodany w postaci kolejnych fauli rywali. Po kolejnym z nich boisko z kompletem przewinień musiał opuścić Konrad Chryścienko (6 pkt, 10 zb, 1 prz). NeoArt stracili swojego podstawowego zawodnika podkoszowego. Co gorsze nie miał go kto zastąpić. Ławka NeoArt była w tym spotkaniu najkrótsza z możliwych, czyli... wcale jej nie było. Sprawa wydawał się przesądzona. Siostrom wystarczało konsekwentnie robić to co dotychczas. Tam dla Marcina Wojciechowskiego naprawdę nie było przeciwnika. Niestety właśnie konsekwencji Siostrom zabrakło. Z nieznanych powodów opanował ich "szał rzutów za 3 punkty". Swoich sił próbowali na zmianę Rafał Głowacki i Marcin Arent, ale efekt tego działania był dosłownie zerowy. Na przestrzeni ponad pięciu minut podczas akcji Sióstr piłka trafiła pod kosz bodaj raz. Tymczasem nieudanych "trójek" było w tym czasie aż 6! Do tego doszło kilka rzutów z półdystansu. NeoArt nie mogli nie wykorzystać takiego prezentu. Na wysokości zadania stanął Grzesiek Popis (21 pkt, 6 zb, 3 prz, 2 as). W zasadzie w pojedynkę rozbijał, a w zasadzie mijał slalomem strefę Sióstr Spinningowych. W końcówce dał swojej drużynie 4 bardzo ważne punkty. Strata Sióstr zamiast maleć jeszcze urosła (40:33), a mecz zakończył się zwycięstwem Grupy NeoArt.

Więcej informacji, tabele terminarz rozgrywek, statystyki spotkań na www.unba.pl

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy