Szukają kandydatów: w knajpie i w klubie go-go

Ewa Wołkanowska
19.11.2010 aktualizacja: 2010-11-19 14:38
A A A Drukuj
Wolontariusze Stowarzyszenia 61 Fot. Picasa 3.0
Komitet z Wesołej ma siedzibę w knajpie z jednorękimi bandytami. Kandydat z Radomia chce przedstawić swój program... po wyborach. Wolontariusze Stowarzyszenia 61 chcieli pomóc kandydatom przedstawić ich poglądy. Ale sami kandydaci wcale się z tym nie śpieszą.
Od lutego pracownicy i wolontariusze Stowarzyszenia 61 próbują zachęcić kandydatów do wypełnienia ankiety na portalu mamprawowiedziec.pl Osoby startujące w wyborach mogą dziąki temu łatwiej dotrzeć do wyborców. O ile chcą, bo nie jest to takie oczywiste.

- Często do kandydatów nie da się w ogóle otrzeć - mówi Marcin Adamski ze Stowarzyszenia. - Państwowa Komisja Wyborcza podczas rejestracji komitetu wymaga podania adresu. Teraz okazuje się, że te miejsca nie istnieją. Kolega odkrył na przykład, że pod jednym z warszawskich adresów zamiast komitetu wyborczego jest klub go-go! - opowiada.

-Pod wskazanymi adresami często ludzie otwierają drzwi, potem buzię i mówią: "Ja nie wiem, o co chodzi. Jaki komitet wyborczy?" albo "A, nie... To my tylko tak wpisaliśmy..." Dla przykładu Stowarzyszenie Sąsiedzkie Razem z Wesołej ma adres knajpy z automatami o nazwie Las Vegas, a miast komitetu Wawerskiej Inicjatywy Samorządowej znajdziemy Businessman Institute - dodaje Anna Bielecka, pracująca przy projekcie.

Nie jest to jedyna przeszkoda w dotarciu do potencjalnego radnego. Znaczna część komitetów nie ma swojej strony internetowej, a kandydaci nie korzystają z maila. Czasami barierą nie do przeskoczenia bywają same komitety, które nie podają kontaktu do kandydata, powołując się na ustawę o ochronie danych osobowych.

Innym razem sam kandydat utrudnia sprawę. - W komitecie Radomszczańskie Porozumienie Społeczne szukałam kandydata na prezydenta Radomska Jacka Cieciórę. Dostałam jego wizytówkę, więc zadzwoniłam, próbując namówić na przedstawienie swoich poglądów na naszym portalu, bo na swojej stronie miał same ogólnikowe hasła. Powiedział do mnie: "Możemy się spotkać po wyborach". Próbowałam mu tłumaczyć, że to absurd, ale on nie chciał dopuścić mnie do głosu. Powiedział, że jest w szoku z powodu długości naszej rozmowy i ją zakończył. Trwała ona 5 minut - opowiadała Joanna Bartnik, wolontariuszka.

- Wiadomo, w małych miejscowościach kampania inaczej wygląda. Tam się chodzi od drzwi do drzwi, bo tam się wszyscy znają. Ci ludzie nie muszą funkcjonować w sieci - stwierdza Adamski - W miastach natomiast jesteśmy epatowani wysokim czołem z bilbordu i mamy na tej podstawie podejmować decyzję. Politycy nie doceniają Internetu, ale przecież wielu ludzi korzysta z niego, by zebrać informacje o kandydatach.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy