Przedsiębiorcy z Niemiec zakładali firmy w gettcie

Jerzy S. Majewski
06.12.2010 aktualizacja: 2010-12-05 18:57
A A A Drukuj
Odsłonięcie pomnika ewakuacji z getta Fot. Wojciech Olkuśnik / Agencja Gazeta
Gdy powstało warszawskie getto, swoje firmy zakładali w nim przedsiębiorcy z różnych Hamburga, Bremy, Lubeki, Gdańska
W Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie odbyła się międzynarodowa sesja naukowa "Praca w nazistowskich gettach". Przyjechali na nią badacze z Niemiec, Polski, Izraela i USA. Ważne miejsce w ich badaniach zajmuje getto warszawskie.

Co z tym filmem?

Z pracy Żydów w gettach korzystał zarówno Wehrmacht, SS, jak i niemieccy przedsiębiorcy prywatni, choć, jak wskazują naukowcy, istniał między nimi uderzający konflikt interesów.

Dr Jürgen Hensel z Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie opowiadał, że przedsiębiorcy przyjeżdżali głównie z północy. - Największymi z nich byli właściciele osławionych szopów: Fritz Schultz z Gdańska i Walter Cacper Toebbens z Bremy. Wiemy o nich bardzo niewiele - opowiadał Hensel i ubolewał, że dotąd nikt nie pokusił się o napisanie pracy naukowej o działalności Toebbensa, który m.in. na potrzeby Wehrmachtu produkował odzież, mundury i rozmaite wyposażenie. Gdańszczanin Schultz zajmował się w getcie produkcją futer, wyrobów ze skóry i obuwia dla niemieckiego wojska.

- Jak wyglądało przedsiębiorstwo Schultza, wiemy m.in. z albumu pamiątkowego, który "podarowali" mu pracownicy. Toebbens był bardziej nowoczesny, nakręcił o swojej firmie film reklamowy. Film przetrwał wojnę i potem posłużył jako dowód oskarżenia w procesie przeciwko przedsiębiorcy. Później zaginął - opowiada Hensel. Co się z nim stało? Nie wiadomo. - Pojedyncze kadry wypływają do internetu. Przypuszczam, że film może być teraz w Izraelu - mówi naukowiec.

Małe szopy (warsztaty) krawieckie Toebbensa przed latem 1942 r. zatrudniały 500 rzemieślników i mieściły się m.in. przy Prostej. Szop szewski i futrzarski Schultza przy Nowolipiu 42 zatrudniał też 500 rzemieślników.

Zwolnieni od śmierci

Nocą z 21 na 22 lipca 1942 r. na ulicach getta zawisły obwieszczenia zawiadamiające o przymusowym wysiedleniu wszystkich Żydów. Przesiedleniu nie podlegali zatrudnieni w przedsiębiorstwach produkujących wyłącznie dla Niemców i zamieszkujący na ich terenie.

Ludzie próbowali się ratować, zabiegając o zaświadczenia o zatrudnieniu. By je uzyskać, wręczali niemieckim właścicielom i pośrednikom monstrualne łapówki. Oddawali własne maszyny, wyposażenie warsztatów. Ostatecznie rękę na przedsiębiorstwach Toebbensa i Schultza położyło SS. - Pracownicy szopów nie byli przeznaczeni do szybkiej zagłady. Zamierzano wykorzystać ich pracę i na rozkaz szefa SS Heinricha Himmlera przewieziono do obozów pracy - szopy Schultza do Trawnik, a Toebbensa do Poniatowej - mówił Hensel.

- SS działało w sposób radykalnie ekonomiczny, pozostawiając przy życiu jedynie ludzi pracujących na jego rzecz. Reszta skazana była na zagładę. Takie osoby jak Toebbens pomagały w selekcji pracowników - opowiadał dr Stephan Lehnstaedt z Niemieckiego Instytutu Historycznego. A dr Peter Klein z Hamburga dodał, że zarówno w Poniatowej, jak i Trawnikach nie było masowych mordów, bo zakłócałoby to produkcję.

Dochodziło tam do niewyobrażalnej korupcji. Np. Toebbens sprzedawał żywność przyznawaną mu dla robotników, a potem dodatkowo kazał sobie za nią płacić władzom okupacyjnym.

Dodajmy, że SS oceniało Toebbensa jako stosunkowo ubogiego człowieka, który dzięki niemu zrobił zawrotną karierę i zbił ogromny majątek.

Żydzi z gett zatrudniani też byli do niewolniczej pracy w obozach pracy, na przykład obozach drogowych czy melioracyjnych. Ta ostatnia praca prowadzona była w wyjątkowo ciężkich warunkach. Żydzi umacniali m.in. brzegi Wisły w Warszawie - opowiadała dr Marta Janczewska z PAN.

Kamler pomagał

Do początku 1942 r. w getcie działo wiele przedwojennych firm, które po utworzeniu dzielnicy żydowskiej nie mogły się z niej wyprowadzić. Nie wszystkie wykorzystywały niewolniczą pracę Żydów.

- Przykładem niech będzie meblarska fabryka Kamlera przy Dzielnej znajdująca się w zabudowaniach zakładów Szczerbińskiego - przypominał prof. Wacław Długoborski, dziś kurator ds. naukowych Muzeum Auschwitz-Birkenau. - U Jerzego Kamlera, aktywnego działacza podziemia, wciąż na tych samych stanowiskach zatrudniani byli przedwojenni żydowscy pracownicy - opowiada.

Fabryka produkowała luksusowe meble na zamówienia Niemców. Ale powstawały tu też na potrzeby AK meble i małe przedmioty ze skrytkami do przewożenia meldunków, m.in. szczotki do butów, krzyżyki, ramki do obrazków.

Prof. Długoborski mówił, że jako goniec firmy Szczerbińskiego miał codzienny kontakt z pracującymi tam robotnikami żydowskimi. - Z przepustką bez problemu przekraczałem granicę getta. Ludzi wchodzących Niemcy kontrolowali liberalnie. Raczej patrzyli na wygląd. Nigdy nie zażądali ode mnie ausweisu. Czasem pożyczałem swoją przepustkę koledze, który kiedyś wszedł tam z aparatem fotograficznym, zrobił cała serię zdjęć. Niestety, wszystkie przepadły w Powstaniu Warszawskim - opowiada.

Jeszcze przed wywózkami z getta latem 1942 r. fragment Dzielnej z fabryką Szczerbińskiego znalazł się w dzielnicy aryjskiej.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy