Polityk PiS chwali PRL. A jak było naprawdę?

Jerzy S. Majewski
07.12.2010 aktualizacja: 2010-12-07 22:21
A A A Drukuj
Atak zimy w Warszawie Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta
Słucham wypowiedzi byłego wojewody mazowieckiego Jacka Sasina na temat ataku zimy i przecieram uszy ze zdumienia. PiS-owski prominent chwali PRL!
Słucham wypowiedzi byłego wojewody mazowieckiego Jacka Sasina na temat ataku zimy i przecieram uszy ze zdumienia. PiS-owski prominent chwali PRL!

- Opady śniegu to wina rządu! - tak orzekli posłowie PiS-u. Zaś Jacek Sasin przekonywał, że choć w latach 80. XX wieku u schyłku PRL-u zimy były mroźnie i śnieżne, a temperatura spadała do minus 30 st. C, to komunikacja miejska i pociągi funkcjonowały. Cóż za porażająca pamięć!

A jak było? W dekadzie 1979-89 mroźne i śnieżne były cztery zimy. Pierwsza to zima stulecia: z 1978 na 1979 r. Druga - 1981/82. Po raz trzeci imadło mrozu chwyciło na początku 1985 r., zaś po raz ostatni w tamtej dekadzie na początku 1987 r. Oczywiście, krótkie ataki zimy powtarzały się niemal każdego roku, choć bywały i takie jak ta w 1988/89 r., kiedy śniegu mieliśmy tyle, co kot napłakał, a forsycje kwitły już na początku marca.

Koniec propagandy sukcesu

Wróćmy do zimy stulecia. Zaatakowała nagle jak to zima, której nigdy nikt się nie spodziewa. Tym razem na atak wybrała moment szczególny - sylwestra i Nowy Rok, kiedy mało komu w głowie było odgarnianie śniegu.

Zaczęło się wieczorem w piątek 30 grudnia 1978 r. Pamiętam, jak ok. godz. 20 szedłem ul. Madalińskiego do kolegi. Był mróz. Z nieba padał suchy śnieg, a silny wiatr zwiewał go w pryzmy. W sobotnie przedpołudnie zamieć trwała w najlepsze, a temperatura spadła do minus 21 st. C. Kilka godzin później w sylwestrowy wieczór po zasypanych szynach przestały jeździć tramwaje, zaspy zablokowały też ulice. Świtem 1 stycznia 1979 r. nie kursowały już nawet autobusy. Z Sadyby, gdzie witałem nowy rok, szedłem do Śródmieścia na piechotę. Potem już po zmroku wracałem do domu na Mokotów. Też piechotą. W poniedziałek aż do 6 stycznia zamknięto szkoły. Tak zaczęła się zima stulecia.

Atak powtórzył się w lutym. Wtedy śniegu spadło jeszcze więcej i znów nic nie jeździło. W Warszawie i tak było nieźle. Potem znajoma opowiadała mi, jak z jej rodzinnego Kętrzyna na Mazurach nie dało się dostać się do niedalekiego Reszla. Co drugie miasteczko było tam odcięte od świata.

Łapanki w stanie wojennym

Jesienią 1981 r. śnieg spadł już w listopadzie. W grudniu licencyjne jelcze-berliety nieustannie się psuły. Były mniej odporne na śnieg od starych jelczy ogórków czy nowych ikarusów. 13 grudnia 1981 r., w pierwszy dzień stanu wojennego, do domu szedłem już piechotą. W następnych dniach ośnieżone jezdnie były puste, bo prywatnym osobom właściwie nie sprzedawano benzyny. Autobusy i tramwaje zapchane były ponad wszelkie wyobrażenie.

Wtedy to na ulicach pojawiły się odwody. Władze zarekwirowały autokary należące do takich przedsiębiorstw turystycznych jak Orbis. Wycieczkowe mercedesy importowane z Iranu jeździły na liniach przyśpieszonych łączących m.in. prowizorycznie zaaranżowaną pętlę na pl. Defilad z wielkimi blokowiskami - Bemowem, Jelonkami czy Chomiczówką. Gdy w styczniu zezwolono na wznowienie zajęć na uczelniach takim właśnie autokarem, który po drodze zatrzymywał się na jednym czy może dwóch przystankach, jeździłem z Nowego Światu na pl. Komuny Paryskiej (czyli dzisiejszy pl. Wilsona).

Dodajmy jeszcze, że przed wprowadzeniem stanu wojennego Warszawa tonęła w zaspach. Po 13 grudnia do ich usuwania zmuszono żołnierzy i przechodniów zgarnianych w ulicznych łapankach. Z takiej łapanki przy dzisiejszym rondzie de Gaulle'a uciekłem. Rzuciłem drut do rozbijania śniegu w kąt i tyle mnie widzieli!

Kolejne zimy. Gdy w 1985 r. chwycił 20 - czy 30-stopniowy mróz, w całym mieście pękały rury. To była istna katastrofa żywiołowa. Gejzery jak w Islandii. Dopiero latem zabrano się za wymianę skorodowanych rur.

Wreszcie ostatnia ciężka zima PRL w 1987 r. Pamiętam 20 stopni mrozu, a ja chciałem pojechać pod Warszawę do Góry Kalwarii. Na dawnym dworcu autobusowym PKS Mokotów przy Puławskiej (u zbiegu z Ursynowską) czekałem dobre dwie godziny. Autobusy zamarzły co do jednego. Nie pomogło dolewanie płynu borygo. Wróciłem do domu. Na piechotę, bo tramwaje też stanęły. Były wojewoda z PiS tego chyba nie pamięta. Jak wiadomo, za jego rządów wszystko działało jak w zegarku.

Podziel się

  • Polityk PiS chwali PRL. A jak było naprawdę? getalife 07.12.10, 09:12

    Tu nie o to chodzi czy Sasin pamięta, czy nie pamięta, a o to, czy elektorat (zwany czasami ciemnym ludem) pamięta czy nie pamięta. Skoro wiele osób wyparło z pamięci brak towarów w »

  • Polityk PiS chwali PRL. A jak było naprawdę? 123jna 07.12.10, 10:12

    Doskonale pamietam zime stulecia w 1981/82 roku. Gdy wrocilam do domu po Sylwestrze zastalam pelno sniegu w duzym pokoju. Nieuszczelnione drzwi balkonowe wpuscily snieg.Nastepnego dnia »

Najnowsze wiadomości z Warszawy