Magiczny świat sreberek do cukierków na Mokotowie
10.12.2010
aktualizacja: 2010-12-09 19:04
fot. WYDAWNICTWO VEDA
Dzieciarnia w kinie Rozkosz nie chciała oglądać ckliwych romansów. Przybytek X Muzy padł, a w jego miejsce wprowadziła się fabryka srebrnej folii do cukierków - kolejny odcinek cyklu Warszawa Nieodbudowana
ZOBACZ TAKŻE
- Znaleźli fosę Reduty Ordona. Na Ochocie, a nie na Woli (10-12-10, 14:56)
- Przyjdźcie zrobić komuś prezent. Mikołaje czekają (11-12-10, 20:15)
- Los warszawskiej rodziny: od medalików do luksusowych aut (11-02-11, 14:00)
- Wojsko zajmowało ruiny, a na Pradze toczyło się życie (17-01-11, 17:05)
- Egipski wystrój w warszawskich wnętrzach (14-01-11, 15:00)
- Tajemnice z krypty: tu leży elita polityczna Polski (20-12-10, 10:00)
- Śródmiejska kamienica z balkonami ze złota (16-12-10, 17:06)
- Wigilia na pl. Teatralnym: bigos, pierogi i koncerty (10-12-10, 13:01)
- Sybaryta sprzed stu lat na fotelu w złote smoki (03-12-10, 15:00)
- Warszawa nieodbudowana: Jak piekarz został senatorem (26-11-10, 15:00)
- Skończył sto lat i promuje książkę o Warszawie (19-11-10, 15:00)
- Dom bankowy: szpital i bastion powstańców (12-11-10, 15:00)
- Warszawa nieodbudowana: Morderca w skórze Adonisa (04-11-10, 17:36)
Najpierw był tu magiel. Duży, a nawet zbyt duży jak na potrzeby okolicznych mieszkańców. Zamieniał się w klub, z którego na całą Belgijską rozchodziły się plotki o mieszkańcach. Potem magiel przeprowadził się do mniejszego lokalu. Parterowy aneks przylegający do załomu ściany szczytowej kamienicy pod nr. 12 rozbudowano. Nowe wejście wiodło do otwartego właśnie kina Rozkosz. Inicjatorem przedsięwzięcia był pan Rubin. Biznesmen sentymentalny, wielbiciel obrazów o miłości.
Gaguś się nudzi
Otwarciu towarzyszyła reklama. W sam raz na miarę kina z prześcieradłem zamiast ekranu i twardymi krzesłami zamiast foteli. Nie było ogłoszeń w prasie, plakatów na słupach ogłoszeniowych i informacji na falach radiowych. Wszystko to zastępowały ulotki rozdawane w sklepach takich jak spożywczak Pawlickiego przy Belgijskiej 11, gdzie w latach kryzysu cała ulica kupowała na kredyt. Pawlicki wręczał kartki z naiwnym wierszykiem: "Dwie godziny rozkoszy za jedne 50 groszy".
"Pan Rubin, chociaż starozakonny, nie miał rozeznania terenu. Zawiódł go przysłowiowy nos" - wspominał Teodor Niewiadomski, znawca przedwojennych kin i ich operator. Ulica Belgijska zamieszkana ówcześnie w dużym stopniu przez biedaków z klasy robotniczej (był tu też dom oficerski pod nr. 3) wychowywana była na filmach z Iluzjonu - kina wojskowego przy Rakowieckiej, gdzie grano niemal filmy kowbojskie.
„Tutejszych widzów nie interesowały ckliwe romanse, banalna tragedia. Żądni byli walki, strzelaniny. Popularne korkowe straszaki nie leżały bezczynnie w kieszeniach, towarzyszyły strzelaninie, która w Iluzjonie była stałym elementem niemych filmów i odbywała się jednocześnie na widowni” - wspominał Niewiadomski. Przypominał sobie, że stałym bywalcem kina na Belgijskiej był miejscowy zabijaka niejaki Gaguś. „Ten zwolennik mocnej akcji na ekranie z dezaprobatą krzywił się na dziwy rozgrywające się na białym prześcieradle. Od czasu do czasu jego zachowanie sprawdzał jego tatuś. W sali rozlegał się okrzyk: »Gaguś, jesteś? «. »Jestem, papo «. »Jak ci się podoba film? «. »Do dupy, papo «. Gagusiowy ojczulek interweniuje u pana Rubina, a na widowni zaczynają rozlegać się wybuchy tekturowych skrętów faszerowanych prochem strzelniczym, czyli popularnych żabek. Film nie został zaaprobowany przez ulicę Belgijska, zszedł z ekranu, a wnet i Rozkosz zamknęła swoje podwoje” - pisał Niewiadomski.
Hol kina na mieszkanie
Kamienica przy Belgijskiej 12, do której przylegał aneks mieszczący kino, należała na przełomie 20. i 30. XX w. do Stefana Barana. Gdy kino zamknięto, parterowy aneks zamieniony został w halę produkcyjną fabryki staniolu. Dawne wejście do kina przez kamienicę teraz stało się dwuizbowym mieszkaniem, do którego wprowadził się z rodzicami kilkuletni wówczas Jan Moczydłowski. Mieszkał tu do 1932 r.
Sama kamienica miała cztery piętra i dość efektowne elewacje ożywione różnymi fakturami tynków - prążkowanych, gładkich i groszkowanych. Przyziemie było boniowane, a na osi budynku na parterze znalazła się brama wiodąca na podwórko.
Dekoracyjność fasady nie zmieniała tego, że w kamienicy, żyło się w warunkach dość prymitywnych niewiele różniących się od tych w wielopiętrowych czynszówkach w antycznym Rzymie. Dom nie był skanalizowany. Za potrzebą wychodziło się z kluczem w ręku do cuchnących drewnianych wygódek na podwórku. Woda była tylko w kranach na korytarzu, co i tak można było uznać za luksus. W wielu kamienicach na Mirowie, Woli czy Dolnym Mokotowie wody bieżącej nie było wcale i z wiadrami oraz kilkoma groszami na opłatę trzeba było iść do kiosku, w którym znajdował się kran.
Większość mieszkań przy Belgijskiej 12 nie mała też elektryczności. W nocy w oknach migotały słabe światła świec i lamp naftowych.
Mikrokosmos w odbiciu folii
„Warunki nie do pozazdroszczenia, ale nam, dzieciom, z tego domu nie wydawało się to tak dokuczliwe jak dorosłym. Tym bardziej że było w tym domu coś, czego zazdrościły nam nawet dzieci z pięknych domów na ulicy Szustra [dziś Jarosława Dąbrowskiego] czy Madalińskiego”. Tą wyjątkową atrakcją była wspomniana już fabryka sreberek do cukierków, chałwy i czekolady pod zagadkowo brzmiącą nazwą „Pierwsza w Polsce fabryka Stanjolu »Stanjofol «”. Taki też napis widniał na fasadzie kamienicy. Staniol to właśnie owa folia.
Zdaniem Moczydłowskiego wyroby fabryki tylko w małej części pozostawały srebrne. Resztę zadrukowywano wzorami w kwiatki, prążki, gwiazdki czy zwierzątka - na złoto, czerwono, zielono i w inne kolory. Ścinki folii i całe, choć pogniecione arkusze były dla dzieci prawdziwym przedmiotem pożądania. Wyrzucał je robotnik fabryczny do dużej drewnianej skrzyni śmietnika na środku podwórka. Skrzynia była zbyt wielka, aby dzieci potrafiły wyciągnąć sreberka z jej dna. Stawało się to możliwe tylko wtedy, kiedy skrzynia była już przepełniona.
"Oczywiście prościej upilnować moment wynoszenia ścinków i brać sobie ich do woli. Ale na to znów nie zgadzał się dozorca pan Prokopczyk. (...) Czasami udało się uprosić pracowników fabryki o kilka nieskazitelnie gładkich arkusików" - czytamy we wspomnieniach. Do czego dzieci wykorzystywały sreberka? Po pierwsze, do kolekcjonowania. "Zdobyte w ciągu dnia skarby ściągało się do mieszkania i dopiero wieczorem, po kolacji, zaczynało się oglądanie, wygładzanie i segregowanie arkusików. Padające na ścinki staniolu żółte światło lampy naftowej odbijało się mnóstwem skrzących się migotliwie srebrzysto-kolorowych ogników. W klejących się do snu oczach jak w kalejdoskopie przybierały one rozmaite kształty. Powoli gasły przykryte ciężkimi ze zmęczenia i senności powiekami" - opisuje Moczydłowski, a jego opowieść w dobie komputerów i bombardowania dziecięcej świadomości milionami obrazów wygląda jak egzotyczna relacja z innego świata.
Ozdoby na odpust
Cięte w paski ścinki staniolu dzieci z Belgijskiej wykorzystywały też do zabawy. Na przykład przywiązywane były do patyka, który w ten sposób zamieniał się w buńczuk. Z nim to dzieciarnia biegała z furkotem po ulicy. W święta Bożego Narodzenia ze sreberek powstawały ozdoby choinkowe, łańcuchy, zabawki. Wykorzystywali je też dorośli. Produkcją zabawek choinkowych na sprzedaż trudniła się trzypokoleniowa rodzina Wyszogrodzkich. Zajmowali jednoizbowe mieszkanie na parterze. Co wyprodukowali, sprzedawali przed Bożym Narodzeniem na Puławskiej przed pobliskim kościołem św. Michała. Wytwarzali też akcesoria na odpusty, święta kościelne i państwowe. "Największą okazją był doroczny odpust w dniu patrona kościoła, którego część targowo-rozrywkowa odbywała się na pustym wówczas placu, gdzie później założono park Dreszera. Instalowały się tam na ten czas karuzele i huśtawki, zjeżdżali kramarze, przekupnie, kuglarze".
Dodajmy jeszcze, że staniol dla dzieci z Mokotowa stanowił prawdziwą walutę wymienną. Można było wymieniać się nie tylko na inne paski staniolu, ale też kolekcje obrazków wkładanych przez producentów do czekolady czy na ścinki taśmy filmowej. Ta ostatnia cięta po pięć klatek zbierana była przez dzieci z wielką pasją.
Fabryka Stanjofol działała na Belgijskiej do 1932 r. Potem wyprowadziła się na Łucką 11. Nie była jednak jedynym warsztatem w robotniczej kamienicy przy Belgijskiej. Jak wspominał Moczydłowski, przez jakiś czas istniała tu wytwórnia wody sodowej i niewielka odlewnia świętych figur.
Kamienica została zdewastowana w czasie Powstania Warszawskiego. Jerzy Sienkiewicz "Rudy" walczący m.in. w rejonie Belgijskiej wspomina, jak między 5 a 6 sierpnia widział ulicę zasłaną lekko nadpalonymi zwłokami jej cywilnych mieszkańców. Nieco wcześniej powstańcy wyparli z niej Niemców, którzy zamordowali tu prawie 200 osób. - Mniej więcej na wysokości kamienicy pod nr. 12 pamiętam martwą kobietę z dwójką małych trzy-, czteroletnich dzieci - opowiada i dodaje, że to wtedy po raz pierwszy spotkał się ze zbrodniami dokonywanymi przez Niemców na cywilach.
Spalona kamienica po wojnie została odbudowana. Właściwie była to kompletna przebudowa. Nie ma już dawnych oficyn ani aneksu mieszczącego kino. Całkowicie zmieniły się też elewacje. Kiedy patrzy się teraz na ocieplone ściany w kolorze kanarkowym, trudno uwierzyć, że w budynku tkwią jeszcze przedwojenne mury.
Gaguś się nudzi
Otwarciu towarzyszyła reklama. W sam raz na miarę kina z prześcieradłem zamiast ekranu i twardymi krzesłami zamiast foteli. Nie było ogłoszeń w prasie, plakatów na słupach ogłoszeniowych i informacji na falach radiowych. Wszystko to zastępowały ulotki rozdawane w sklepach takich jak spożywczak Pawlickiego przy Belgijskiej 11, gdzie w latach kryzysu cała ulica kupowała na kredyt. Pawlicki wręczał kartki z naiwnym wierszykiem: "Dwie godziny rozkoszy za jedne 50 groszy".
"Pan Rubin, chociaż starozakonny, nie miał rozeznania terenu. Zawiódł go przysłowiowy nos" - wspominał Teodor Niewiadomski, znawca przedwojennych kin i ich operator. Ulica Belgijska zamieszkana ówcześnie w dużym stopniu przez biedaków z klasy robotniczej (był tu też dom oficerski pod nr. 3) wychowywana była na filmach z Iluzjonu - kina wojskowego przy Rakowieckiej, gdzie grano niemal filmy kowbojskie.
„Tutejszych widzów nie interesowały ckliwe romanse, banalna tragedia. Żądni byli walki, strzelaniny. Popularne korkowe straszaki nie leżały bezczynnie w kieszeniach, towarzyszyły strzelaninie, która w Iluzjonie była stałym elementem niemych filmów i odbywała się jednocześnie na widowni” - wspominał Niewiadomski. Przypominał sobie, że stałym bywalcem kina na Belgijskiej był miejscowy zabijaka niejaki Gaguś. „Ten zwolennik mocnej akcji na ekranie z dezaprobatą krzywił się na dziwy rozgrywające się na białym prześcieradle. Od czasu do czasu jego zachowanie sprawdzał jego tatuś. W sali rozlegał się okrzyk: »Gaguś, jesteś? «. »Jestem, papo «. »Jak ci się podoba film? «. »Do dupy, papo «. Gagusiowy ojczulek interweniuje u pana Rubina, a na widowni zaczynają rozlegać się wybuchy tekturowych skrętów faszerowanych prochem strzelniczym, czyli popularnych żabek. Film nie został zaaprobowany przez ulicę Belgijska, zszedł z ekranu, a wnet i Rozkosz zamknęła swoje podwoje” - pisał Niewiadomski.
Hol kina na mieszkanie
Kamienica przy Belgijskiej 12, do której przylegał aneks mieszczący kino, należała na przełomie 20. i 30. XX w. do Stefana Barana. Gdy kino zamknięto, parterowy aneks zamieniony został w halę produkcyjną fabryki staniolu. Dawne wejście do kina przez kamienicę teraz stało się dwuizbowym mieszkaniem, do którego wprowadził się z rodzicami kilkuletni wówczas Jan Moczydłowski. Mieszkał tu do 1932 r.
Sama kamienica miała cztery piętra i dość efektowne elewacje ożywione różnymi fakturami tynków - prążkowanych, gładkich i groszkowanych. Przyziemie było boniowane, a na osi budynku na parterze znalazła się brama wiodąca na podwórko.
Dekoracyjność fasady nie zmieniała tego, że w kamienicy, żyło się w warunkach dość prymitywnych niewiele różniących się od tych w wielopiętrowych czynszówkach w antycznym Rzymie. Dom nie był skanalizowany. Za potrzebą wychodziło się z kluczem w ręku do cuchnących drewnianych wygódek na podwórku. Woda była tylko w kranach na korytarzu, co i tak można było uznać za luksus. W wielu kamienicach na Mirowie, Woli czy Dolnym Mokotowie wody bieżącej nie było wcale i z wiadrami oraz kilkoma groszami na opłatę trzeba było iść do kiosku, w którym znajdował się kran.
Większość mieszkań przy Belgijskiej 12 nie mała też elektryczności. W nocy w oknach migotały słabe światła świec i lamp naftowych.
Mikrokosmos w odbiciu folii
„Warunki nie do pozazdroszczenia, ale nam, dzieciom, z tego domu nie wydawało się to tak dokuczliwe jak dorosłym. Tym bardziej że było w tym domu coś, czego zazdrościły nam nawet dzieci z pięknych domów na ulicy Szustra [dziś Jarosława Dąbrowskiego] czy Madalińskiego”. Tą wyjątkową atrakcją była wspomniana już fabryka sreberek do cukierków, chałwy i czekolady pod zagadkowo brzmiącą nazwą „Pierwsza w Polsce fabryka Stanjolu »Stanjofol «”. Taki też napis widniał na fasadzie kamienicy. Staniol to właśnie owa folia.
Zdaniem Moczydłowskiego wyroby fabryki tylko w małej części pozostawały srebrne. Resztę zadrukowywano wzorami w kwiatki, prążki, gwiazdki czy zwierzątka - na złoto, czerwono, zielono i w inne kolory. Ścinki folii i całe, choć pogniecione arkusze były dla dzieci prawdziwym przedmiotem pożądania. Wyrzucał je robotnik fabryczny do dużej drewnianej skrzyni śmietnika na środku podwórka. Skrzynia była zbyt wielka, aby dzieci potrafiły wyciągnąć sreberka z jej dna. Stawało się to możliwe tylko wtedy, kiedy skrzynia była już przepełniona.
"Oczywiście prościej upilnować moment wynoszenia ścinków i brać sobie ich do woli. Ale na to znów nie zgadzał się dozorca pan Prokopczyk. (...) Czasami udało się uprosić pracowników fabryki o kilka nieskazitelnie gładkich arkusików" - czytamy we wspomnieniach. Do czego dzieci wykorzystywały sreberka? Po pierwsze, do kolekcjonowania. "Zdobyte w ciągu dnia skarby ściągało się do mieszkania i dopiero wieczorem, po kolacji, zaczynało się oglądanie, wygładzanie i segregowanie arkusików. Padające na ścinki staniolu żółte światło lampy naftowej odbijało się mnóstwem skrzących się migotliwie srebrzysto-kolorowych ogników. W klejących się do snu oczach jak w kalejdoskopie przybierały one rozmaite kształty. Powoli gasły przykryte ciężkimi ze zmęczenia i senności powiekami" - opisuje Moczydłowski, a jego opowieść w dobie komputerów i bombardowania dziecięcej świadomości milionami obrazów wygląda jak egzotyczna relacja z innego świata.
Ozdoby na odpust
Cięte w paski ścinki staniolu dzieci z Belgijskiej wykorzystywały też do zabawy. Na przykład przywiązywane były do patyka, który w ten sposób zamieniał się w buńczuk. Z nim to dzieciarnia biegała z furkotem po ulicy. W święta Bożego Narodzenia ze sreberek powstawały ozdoby choinkowe, łańcuchy, zabawki. Wykorzystywali je też dorośli. Produkcją zabawek choinkowych na sprzedaż trudniła się trzypokoleniowa rodzina Wyszogrodzkich. Zajmowali jednoizbowe mieszkanie na parterze. Co wyprodukowali, sprzedawali przed Bożym Narodzeniem na Puławskiej przed pobliskim kościołem św. Michała. Wytwarzali też akcesoria na odpusty, święta kościelne i państwowe. "Największą okazją był doroczny odpust w dniu patrona kościoła, którego część targowo-rozrywkowa odbywała się na pustym wówczas placu, gdzie później założono park Dreszera. Instalowały się tam na ten czas karuzele i huśtawki, zjeżdżali kramarze, przekupnie, kuglarze".
Dodajmy jeszcze, że staniol dla dzieci z Mokotowa stanowił prawdziwą walutę wymienną. Można było wymieniać się nie tylko na inne paski staniolu, ale też kolekcje obrazków wkładanych przez producentów do czekolady czy na ścinki taśmy filmowej. Ta ostatnia cięta po pięć klatek zbierana była przez dzieci z wielką pasją.
Fabryka Stanjofol działała na Belgijskiej do 1932 r. Potem wyprowadziła się na Łucką 11. Nie była jednak jedynym warsztatem w robotniczej kamienicy przy Belgijskiej. Jak wspominał Moczydłowski, przez jakiś czas istniała tu wytwórnia wody sodowej i niewielka odlewnia świętych figur.
Kamienica została zdewastowana w czasie Powstania Warszawskiego. Jerzy Sienkiewicz "Rudy" walczący m.in. w rejonie Belgijskiej wspomina, jak między 5 a 6 sierpnia widział ulicę zasłaną lekko nadpalonymi zwłokami jej cywilnych mieszkańców. Nieco wcześniej powstańcy wyparli z niej Niemców, którzy zamordowali tu prawie 200 osób. - Mniej więcej na wysokości kamienicy pod nr. 12 pamiętam martwą kobietę z dwójką małych trzy-, czteroletnich dzieci - opowiada i dodaje, że to wtedy po raz pierwszy spotkał się ze zbrodniami dokonywanymi przez Niemców na cywilach.
Spalona kamienica po wojnie została odbudowana. Właściwie była to kompletna przebudowa. Nie ma już dawnych oficyn ani aneksu mieszczącego kino. Całkowicie zmieniły się też elewacje. Kiedy patrzy się teraz na ocieplone ściany w kolorze kanarkowym, trudno uwierzyć, że w budynku tkwią jeszcze przedwojenne mury.
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]



