Chwiejnym krokiem szli na wigilię. Bo rybka lubi pływać
24.12.2010
aktualizacja: 2010-12-23 18:08
Po tradycyjnej "rybce" panowie szli na Wigilię. Chwiejnym krokiem, bo rybka lubiła pływać. Opowieść przedwigilijna Jerzego S. Majewskiego
Z pudełka wyjmuję kilka zapisanych po rosyjsku "otkrytek". Najpierw trzy wysłane przed pierwszą wojną światową z Kijowa do pani R., żony urzędnika Rosyjskiego Banku Państwa mieszkającego przy ul. Chopina w Lublinie. Zwykłe widoki - ławra, kolejka zębata, nabrzeże Dniepru. Te pocztówki blisko ćwierć wieku temu podarowała mi adresatka listu. Żyła samotnie w lichym domku na Służewcu. Ponad 90-letnia już się prawie nie ruszała. Pomagaliśmy jej robić zakupy, rąbaliśmy węgiel, a ona opowiadała nam o światowym życiu przed rewolucją. Nie notowałem, ale zapamiętałem strzępy jej opowieści.
Święta z legendą Napoleona
- Miałam niespełna 20 lat, gdy na ostatnie święta przed wojną mąż zabrał mnie do Warszawy. Zajmował w banku wysokie stanowisko. Miał jakieś interesy w oddziale banku przy Bielańskiej. Spędziliśmy w hotelu dobre dwa tygodnie - mówiła.
Zamieszkali w Hotelu Angielskim, który rok wcześniej został zmodernizowany na pamiątkę setnej rocznicy wizyty cesarza Napoleona w grudniu 1812 r.
Napoleon, uciekając spod Moskwy, spędził tu zaledwie kilka godzin, ale legenda pozostała. W grudniu 1912 r. znakomity artysta Karol Frycz zaprojektował nowe wyposażenie do salonów i restauracji hotelowej, meble, obicia, zasłony, a nawet żardiniery. Wszystkie były inspirowane sztuką empire czasów napoleońskich, ale jednocześnie miały w sobie charakter mebla współczesnego. "Pan Frycz zaczerpnął motywów napoleońskich, bo same dzieła nie są niewolniczym naśladowaniem tego, co było, lecz można by powiedzieć, dalszym snuciem fantazyi na przerwany przed wiekiem temat" - pisał tygodnik "Świat".
W takich właśnie wnętrzach mieszkała w grudniu 1913 r. żona bankowca. - W środku którejś nocy miałam ochotę na pieczonego kurczaka. Mąż dał znać o tym w hotelu i kilka chwil później miałam go na stoliku. Potem poprosiłam o przyniesienie owoców i też je dostałam - wspominała, a ta opowieść w ponurych latach 80. XX w. miała dla mnie szczególny czar.
Gdy przed gwiazdką jej mąż spędzał długie godziny w oddziale Banku Rosji przy Bielańskiej, ona myszkowała po warszawskich sklepach. Zachwycały ją zwłaszcza obuwnicze. Z gwiazdki 1913 r. zapamiętała jednak głównie złość. - Miało być cudownie, a skończyło się awanturą - opowiadała.
Obowiązkowa rybka
Zbliżała się wigilia, a jej mąż gdzieś się zapodział. Wrócił, gdy traciła już cierpliwość. Wesoły, podchmielony, beztroski. Wtedy wybuchła pretensjami. Minęło ponad 70 lat, a ona wciąż to pamiętała. Jej mąż padł ofiarą warszawskiej tradycji chodzenia przed wigilią "na rybkę". Zwyczaj ten ustalony jeszcze w połowie XIX w. pod nazwą "śledzika" utrzymał się zresztą do lat 90. ostatniego stulecia.
Młoda żona bankowca w 1913 r. nic o tym jednak nie wiedziała. Jej opowieść przypomniałem sobie, czytając wspomnienia Ignacego Balińskiego. Pisał o „rybce”, na którą chodzili pracownicy warszawskich redakcji, lecz podobne obyczaje panowały też w innych instytucjach czy formach. Także wśród polskich czy może raczej katolickich pracowników Banku Rosji. „Zasobniejsze redakcje, resursy Kupiecka i Obywatelska urządzały rano w dzień wigilii Bożego Narodzenia śniadania zwane »rybkami «, gdzie pod pretekstem, żeby nie przeszkadzać żonom w przygotowaniach świątecznych, płeć męska posilała się kawiorem i rybami, nie zapominając o tym, że ryby potrzebują płynów” - pisał. Nie trzeba tu dodawać, że czasem poranna „rybka” tak bardzo się przeciągała, że na grudniowym niebie zdążała się już pojawić pierwsza gwiazda.
Podchmieleni panowie często na ostatnią chwilę zostawiali zakup prezentu dla rodziny. Tuż przed wigilią zaczynały się obłędne poszukiwania. Nie bez złośliwości pisał o tym Franciszek Galiński w "Gawędach o Warszawie": "Po drodze trzeba by kupić żonie gwiazdkę. Dobra i niedroga będzie z wełnianych pończoch, w sam raz do prunelowych bucików. Jedwabnych nie włożyłaby. Dzieciom pod choinką postawi się nową pozytywkę grającą dwa najmodniejsze walce. Matka od paru dni przestała już chodzić o świcie z latarką na roraty, choć od początku adwentu ani jednego dnia nie opuściła" - czytamy.
Wśród ówczesnych zabawek najciekawsza wydała mi się skrzynka z kamiennymi klockami do nauki stylów architektonicznych sprzedawana jako "budowniczy z kamienia". Do Warszawy na przełomie XIX i XX w. sprowadzono ponad tysiąc odmian klocków. "Zabawka obmyślana przez inż. Lilentala, tego samego, który zabił się na aerostacie własnego pomysłu, szybko zyskała uznanie. Wkrótce na kamienie podniesiono cło do 60 kopiejek od funta kamyków i artykuł zniknął ze sklepów. W Łodzi i Moskwie próbowano z nie najgorszym rezultatem naśladować zabawkę, ale wobec opatentowania wzoru w Rosji fabrykacji zaniechano" - zdradzał "Kurier Warszawski".
Zabawki na umysł wrażliwy
Czy w pokoju hotelowym pani R. stała choinka? Tego nie wiem. Na pewno zdobiła hotelowe lobby, a może też restaurację. Jak mogła być przystrojona? W hotelu tak bardzo dbającym o estetykę wnętrz pewnie nie wisiały na niej tanie zabawki masowo sprzedawane w sklepach i na przedświątecznych stoiskach. Raczej bardziej wyszukane, produkowane ręcznie przez rzemieślników.
Masową produkcję ozdób choinkowych krytykowała zresztą ówczesna prasa: "Setki i tysiące rubli wzbogacają rokrocznie w okresie Bożego Narodzenia kieszenie fabrykantów niemieckich i żydowskich za ozdoby na choinkę" - czytamy w świątecznym numerze "Świata" z 1911 r. "A ponosimy nie tylko materialną stratę. Przybrana tym obcym fabrykatem traci nasza choinka polski charakter, wrażliwy umysł dziecka uczy się doszukiwać piękna w tem, co ani nie jest pięknem, ani naszem. A przecież ileż motywów ma zdobnictwo polskie, zwłaszcza ludowe. Motywów naprawdę pięknych i na wskroś swojskich" - pisano.
Ryba na pięć dań
A potem już była wigilia. Jak spędzała ją w 1913 r. pani R. ze swym podchmielonym mężem - tego już nie pamiętam. A może żona bankowca wcale o tym nie opowiadała?
Zachowało się za to mnóstwo relacji w pamiętnikach. Tak jak dziś potrawy wigilijne były różne w zależności od pochodzenia domowników. Mniej i bardziej wykwintne. W domach mieszczańskich musiały być wszak co najmniej dwie zupy - rybna i barszcz z uszkami. Do tego pięć rybnych potraw z karpia, ze szczupaka, z sandacza i lina. No i oczywiście słodycze. Wydawca i księgarz Ferdynand Hoesick wspominał, że po wigilii w jego domu cała rodzina zjeżdżała się na opłatek do babci, gdzie pod ogromną choinką wzajemnie rozdawano sobie prezenty gwiazdkowe. "Jeden z wujaszków przebierał się za Hajlekrysta. Ojciec ukryty za krzesłami, na których wspierała się tekturowa szopka, śpiewał kolędy, przemawiał za Śmierć i Króla Heroda, za Krakowiaka i Krakowiankę, za Żyda". Później jak dziś całymi rodzinami warszawiacy szli do kościołów na pasterkę. Jeśli wierzyć Galińskiemu, najpiękniej śpiewano w katedrze św. Jana, gdzie grała orkiestra Opery.
Może jeszcze pasztet?
W pierwszy i drugi dzień świąt Bożego Narodzenia warszawiacy tak jak i dziś składali wizyty znajomym. Nie dla wszystkich były one udane. Felietonista „Kuriera Warszawskiego” w 1900 r. skarżył się na przejedzenie i nudne rozmowy przy stole, zza którego nie można było uciec. „Przeznaczenie cisnęło mnie w sam środek kanapy jak najszczelniej przyciśniętej do stołu. Z prawej strony siedział otyły »polityk «. Zajęty drobiazgowym streszczaniem dziejów XIX wieku, od trzech godzin przebiega wybitniejsze wypadki. Z lewej byłem obezwładniony przez najstarszą córkę państwa domu Febronię, której właściwe miejsce powinno znajdować się w jadłodajniach automatycznych. Panna Febronia nie przywiązuje żadnej wagi do moich przekonań estetycznych, nie obchodzi ją, co czytam. Czy wolę Ofenbacha, czy Wagnera, czy Rozbickiego lub Sienkiewicza. Na wszystkie moje wywody odpowiada: »Może jeszcze galarety? A teraz koniecznie karpia! Wytrawne czy łagodne? Musi koniecznie pan zjeść rodzynki! Ani słyszeć nie chcę, zaraz podadzą pasztet gorący! Polecam panu orzechy «” - czytamy.
Pani R. podarowała mi jeszcze jedną pocztówkę. Na pierwszym tle rysują się czarne kontury. Pasterz gra na rogu. Na bezlistnym drzewie mimo nocy śpiewają małe ptaszki. Pasa się owce, a psy pasterskie zadzierają głowy ku górze. W tle odległy, nocny pejzaż, fioletowe niebo i złota Gwiazda Betlejemska. Wszystko w obwódce czarnej i złotej. - Tę pocztówkę przywiozłam z Warszawy - mówiła moja znajoma sprzed lat.
Wigilia 1913 r. była ostatnią spokojną przed pierwszą wojną światową. Rok później w stolicy panował już wielki niedostatek. Jesienią na przedpolach miasta rozegrana została bitwa z Niemcami. W sklepach nie brakowało towarów na prezenty świąteczne, ale prawie nikt ich nie kupował. Psuły się tony ryb sprowadzonych koleją z Rostowa nad Donem. Tradycyjny "śledzik" był tańszy, tylko że nie bardzo kto miał go kupić, bo dziesiątki tysięcy mężczyzn wyjechały na front, a wiele osób ewakuowano też w głąb Rosji. - My też wkrótce opuściliśmy Lublin. Resztę wojny spędziliśmy w Kijowie i Odessie. Tam zastała nas rewolucja. Było wtedy strasznie, a wigilijna rybka w Warszawie 1913 r. wydała się wspomnieniem o anielskich czasach - wspominała pani R.
Zabawki od braci
Z pudełka wyjmuję kolejne pocztówki. Tym razem to kartki świąteczne z lat 20. XX w. Na odwrocie nazwisko adresata: "Mademoiselle Jakubczyk, Kawęczyńska 43". Jedna z nich wysłana w 1923 r. z Paryża. Na śniegu bawią się rumiane przedszkolaki. Dziwnie spokojne. Mają kolorowe ubranka, szalik, mufki. Wszystkie z zabawkami w rękach. Lalki, pajacyk, konik, słoń. Dzieci są francuskie, ale maluchy z mieszczańskich domów w Warszawie nie wyglądały inaczej.
To właśnie oferta dla dzieci królowała w latach międzywojennych w świątecznych katalogach Domu Towarowego Braci Jabłkowskich przy Brackiej 23. Polecano konie na biegunach, rowerki, lalki, drezyny, miśki przytulanki, zwierzęta wypchane, gospodarstwa dla lalek, budownictwo proste i modele elektryczne. Oferowano też miniaturowe maszyny i lokomotywy parowe oraz mnóstwo książeczek.
Bogata była oferta prezentów dla panów i pań, ponadto przybory kuchenne, garnitury stołowe do podawania świątecznych potraw. Z książki Feliksa Jabłkowskiego "Romans ekonomiczny" dowiadujemy się, że do zakupów firma dołączała klientom życzenia świąteczne. Co roku od 15 listopada aż do 23 grudnia na ostatnim piętrze domu towarowego urządzano teatrzyk kukiełkowy dla dzieci. Widownia miała 300 miejsc dla dzieci. Rodzice stali z tyłu lub kupowali w tym czasie prezenty. W latach 30. XX w. wystawiano bajki ze scenografią takich sław jak Marian Walentynowicz. Wieczorem elewacja budynku rozświetlona była setkami kolorowych lampek i delikatnych rurek neonowych. Pokazywała się gwiazda betlejemska i świetlny koń, który ciągnął sanie ze Świętym Mikołajem. Wyrastały zielone choinki, a przez całą szerokość elewacji biegł napis: "Podarki - zabawki". Było pięknie.
Święta z legendą Napoleona
- Miałam niespełna 20 lat, gdy na ostatnie święta przed wojną mąż zabrał mnie do Warszawy. Zajmował w banku wysokie stanowisko. Miał jakieś interesy w oddziale banku przy Bielańskiej. Spędziliśmy w hotelu dobre dwa tygodnie - mówiła.
Zamieszkali w Hotelu Angielskim, który rok wcześniej został zmodernizowany na pamiątkę setnej rocznicy wizyty cesarza Napoleona w grudniu 1812 r.
Napoleon, uciekając spod Moskwy, spędził tu zaledwie kilka godzin, ale legenda pozostała. W grudniu 1912 r. znakomity artysta Karol Frycz zaprojektował nowe wyposażenie do salonów i restauracji hotelowej, meble, obicia, zasłony, a nawet żardiniery. Wszystkie były inspirowane sztuką empire czasów napoleońskich, ale jednocześnie miały w sobie charakter mebla współczesnego. "Pan Frycz zaczerpnął motywów napoleońskich, bo same dzieła nie są niewolniczym naśladowaniem tego, co było, lecz można by powiedzieć, dalszym snuciem fantazyi na przerwany przed wiekiem temat" - pisał tygodnik "Świat".
W takich właśnie wnętrzach mieszkała w grudniu 1913 r. żona bankowca. - W środku którejś nocy miałam ochotę na pieczonego kurczaka. Mąż dał znać o tym w hotelu i kilka chwil później miałam go na stoliku. Potem poprosiłam o przyniesienie owoców i też je dostałam - wspominała, a ta opowieść w ponurych latach 80. XX w. miała dla mnie szczególny czar.
Gdy przed gwiazdką jej mąż spędzał długie godziny w oddziale Banku Rosji przy Bielańskiej, ona myszkowała po warszawskich sklepach. Zachwycały ją zwłaszcza obuwnicze. Z gwiazdki 1913 r. zapamiętała jednak głównie złość. - Miało być cudownie, a skończyło się awanturą - opowiadała.
Obowiązkowa rybka
Zbliżała się wigilia, a jej mąż gdzieś się zapodział. Wrócił, gdy traciła już cierpliwość. Wesoły, podchmielony, beztroski. Wtedy wybuchła pretensjami. Minęło ponad 70 lat, a ona wciąż to pamiętała. Jej mąż padł ofiarą warszawskiej tradycji chodzenia przed wigilią "na rybkę". Zwyczaj ten ustalony jeszcze w połowie XIX w. pod nazwą "śledzika" utrzymał się zresztą do lat 90. ostatniego stulecia.
Młoda żona bankowca w 1913 r. nic o tym jednak nie wiedziała. Jej opowieść przypomniałem sobie, czytając wspomnienia Ignacego Balińskiego. Pisał o „rybce”, na którą chodzili pracownicy warszawskich redakcji, lecz podobne obyczaje panowały też w innych instytucjach czy formach. Także wśród polskich czy może raczej katolickich pracowników Banku Rosji. „Zasobniejsze redakcje, resursy Kupiecka i Obywatelska urządzały rano w dzień wigilii Bożego Narodzenia śniadania zwane »rybkami «, gdzie pod pretekstem, żeby nie przeszkadzać żonom w przygotowaniach świątecznych, płeć męska posilała się kawiorem i rybami, nie zapominając o tym, że ryby potrzebują płynów” - pisał. Nie trzeba tu dodawać, że czasem poranna „rybka” tak bardzo się przeciągała, że na grudniowym niebie zdążała się już pojawić pierwsza gwiazda.
Podchmieleni panowie często na ostatnią chwilę zostawiali zakup prezentu dla rodziny. Tuż przed wigilią zaczynały się obłędne poszukiwania. Nie bez złośliwości pisał o tym Franciszek Galiński w "Gawędach o Warszawie": "Po drodze trzeba by kupić żonie gwiazdkę. Dobra i niedroga będzie z wełnianych pończoch, w sam raz do prunelowych bucików. Jedwabnych nie włożyłaby. Dzieciom pod choinką postawi się nową pozytywkę grającą dwa najmodniejsze walce. Matka od paru dni przestała już chodzić o świcie z latarką na roraty, choć od początku adwentu ani jednego dnia nie opuściła" - czytamy.
Wśród ówczesnych zabawek najciekawsza wydała mi się skrzynka z kamiennymi klockami do nauki stylów architektonicznych sprzedawana jako "budowniczy z kamienia". Do Warszawy na przełomie XIX i XX w. sprowadzono ponad tysiąc odmian klocków. "Zabawka obmyślana przez inż. Lilentala, tego samego, który zabił się na aerostacie własnego pomysłu, szybko zyskała uznanie. Wkrótce na kamienie podniesiono cło do 60 kopiejek od funta kamyków i artykuł zniknął ze sklepów. W Łodzi i Moskwie próbowano z nie najgorszym rezultatem naśladować zabawkę, ale wobec opatentowania wzoru w Rosji fabrykacji zaniechano" - zdradzał "Kurier Warszawski".
Zabawki na umysł wrażliwy
Czy w pokoju hotelowym pani R. stała choinka? Tego nie wiem. Na pewno zdobiła hotelowe lobby, a może też restaurację. Jak mogła być przystrojona? W hotelu tak bardzo dbającym o estetykę wnętrz pewnie nie wisiały na niej tanie zabawki masowo sprzedawane w sklepach i na przedświątecznych stoiskach. Raczej bardziej wyszukane, produkowane ręcznie przez rzemieślników.
Masową produkcję ozdób choinkowych krytykowała zresztą ówczesna prasa: "Setki i tysiące rubli wzbogacają rokrocznie w okresie Bożego Narodzenia kieszenie fabrykantów niemieckich i żydowskich za ozdoby na choinkę" - czytamy w świątecznym numerze "Świata" z 1911 r. "A ponosimy nie tylko materialną stratę. Przybrana tym obcym fabrykatem traci nasza choinka polski charakter, wrażliwy umysł dziecka uczy się doszukiwać piękna w tem, co ani nie jest pięknem, ani naszem. A przecież ileż motywów ma zdobnictwo polskie, zwłaszcza ludowe. Motywów naprawdę pięknych i na wskroś swojskich" - pisano.
Ryba na pięć dań
A potem już była wigilia. Jak spędzała ją w 1913 r. pani R. ze swym podchmielonym mężem - tego już nie pamiętam. A może żona bankowca wcale o tym nie opowiadała?
Zachowało się za to mnóstwo relacji w pamiętnikach. Tak jak dziś potrawy wigilijne były różne w zależności od pochodzenia domowników. Mniej i bardziej wykwintne. W domach mieszczańskich musiały być wszak co najmniej dwie zupy - rybna i barszcz z uszkami. Do tego pięć rybnych potraw z karpia, ze szczupaka, z sandacza i lina. No i oczywiście słodycze. Wydawca i księgarz Ferdynand Hoesick wspominał, że po wigilii w jego domu cała rodzina zjeżdżała się na opłatek do babci, gdzie pod ogromną choinką wzajemnie rozdawano sobie prezenty gwiazdkowe. "Jeden z wujaszków przebierał się za Hajlekrysta. Ojciec ukryty za krzesłami, na których wspierała się tekturowa szopka, śpiewał kolędy, przemawiał za Śmierć i Króla Heroda, za Krakowiaka i Krakowiankę, za Żyda". Później jak dziś całymi rodzinami warszawiacy szli do kościołów na pasterkę. Jeśli wierzyć Galińskiemu, najpiękniej śpiewano w katedrze św. Jana, gdzie grała orkiestra Opery.
Może jeszcze pasztet?
W pierwszy i drugi dzień świąt Bożego Narodzenia warszawiacy tak jak i dziś składali wizyty znajomym. Nie dla wszystkich były one udane. Felietonista „Kuriera Warszawskiego” w 1900 r. skarżył się na przejedzenie i nudne rozmowy przy stole, zza którego nie można było uciec. „Przeznaczenie cisnęło mnie w sam środek kanapy jak najszczelniej przyciśniętej do stołu. Z prawej strony siedział otyły »polityk «. Zajęty drobiazgowym streszczaniem dziejów XIX wieku, od trzech godzin przebiega wybitniejsze wypadki. Z lewej byłem obezwładniony przez najstarszą córkę państwa domu Febronię, której właściwe miejsce powinno znajdować się w jadłodajniach automatycznych. Panna Febronia nie przywiązuje żadnej wagi do moich przekonań estetycznych, nie obchodzi ją, co czytam. Czy wolę Ofenbacha, czy Wagnera, czy Rozbickiego lub Sienkiewicza. Na wszystkie moje wywody odpowiada: »Może jeszcze galarety? A teraz koniecznie karpia! Wytrawne czy łagodne? Musi koniecznie pan zjeść rodzynki! Ani słyszeć nie chcę, zaraz podadzą pasztet gorący! Polecam panu orzechy «” - czytamy.
Pani R. podarowała mi jeszcze jedną pocztówkę. Na pierwszym tle rysują się czarne kontury. Pasterz gra na rogu. Na bezlistnym drzewie mimo nocy śpiewają małe ptaszki. Pasa się owce, a psy pasterskie zadzierają głowy ku górze. W tle odległy, nocny pejzaż, fioletowe niebo i złota Gwiazda Betlejemska. Wszystko w obwódce czarnej i złotej. - Tę pocztówkę przywiozłam z Warszawy - mówiła moja znajoma sprzed lat.
Wigilia 1913 r. była ostatnią spokojną przed pierwszą wojną światową. Rok później w stolicy panował już wielki niedostatek. Jesienią na przedpolach miasta rozegrana została bitwa z Niemcami. W sklepach nie brakowało towarów na prezenty świąteczne, ale prawie nikt ich nie kupował. Psuły się tony ryb sprowadzonych koleją z Rostowa nad Donem. Tradycyjny "śledzik" był tańszy, tylko że nie bardzo kto miał go kupić, bo dziesiątki tysięcy mężczyzn wyjechały na front, a wiele osób ewakuowano też w głąb Rosji. - My też wkrótce opuściliśmy Lublin. Resztę wojny spędziliśmy w Kijowie i Odessie. Tam zastała nas rewolucja. Było wtedy strasznie, a wigilijna rybka w Warszawie 1913 r. wydała się wspomnieniem o anielskich czasach - wspominała pani R.
Zabawki od braci
Z pudełka wyjmuję kolejne pocztówki. Tym razem to kartki świąteczne z lat 20. XX w. Na odwrocie nazwisko adresata: "Mademoiselle Jakubczyk, Kawęczyńska 43". Jedna z nich wysłana w 1923 r. z Paryża. Na śniegu bawią się rumiane przedszkolaki. Dziwnie spokojne. Mają kolorowe ubranka, szalik, mufki. Wszystkie z zabawkami w rękach. Lalki, pajacyk, konik, słoń. Dzieci są francuskie, ale maluchy z mieszczańskich domów w Warszawie nie wyglądały inaczej.
To właśnie oferta dla dzieci królowała w latach międzywojennych w świątecznych katalogach Domu Towarowego Braci Jabłkowskich przy Brackiej 23. Polecano konie na biegunach, rowerki, lalki, drezyny, miśki przytulanki, zwierzęta wypchane, gospodarstwa dla lalek, budownictwo proste i modele elektryczne. Oferowano też miniaturowe maszyny i lokomotywy parowe oraz mnóstwo książeczek.
Bogata była oferta prezentów dla panów i pań, ponadto przybory kuchenne, garnitury stołowe do podawania świątecznych potraw. Z książki Feliksa Jabłkowskiego "Romans ekonomiczny" dowiadujemy się, że do zakupów firma dołączała klientom życzenia świąteczne. Co roku od 15 listopada aż do 23 grudnia na ostatnim piętrze domu towarowego urządzano teatrzyk kukiełkowy dla dzieci. Widownia miała 300 miejsc dla dzieci. Rodzice stali z tyłu lub kupowali w tym czasie prezenty. W latach 30. XX w. wystawiano bajki ze scenografią takich sław jak Marian Walentynowicz. Wieczorem elewacja budynku rozświetlona była setkami kolorowych lampek i delikatnych rurek neonowych. Pokazywała się gwiazda betlejemska i świetlny koń, który ciągnął sanie ze Świętym Mikołajem. Wyrastały zielone choinki, a przez całą szerokość elewacji biegł napis: "Podarki - zabawki". Było pięknie.
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]






