Spektakl o życiu pisarki: "Sceny niemalże małżeńskie"
26.12.2010
aktualizacja: 2010-12-23 18:39
Grażyna Barszczewska przygotowuje spektakl "Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej". Aktorka wykorzystuje w nim felietony, monologi Stefanii Grodzieńskiej, sięga też po teksty Jerzego Jurandota.
Własna firma, scenariusz wielkości książki telefonicznej, stuprocentowa nadaktywność - oto cechy osoby przygotowującej spektakl. "Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej" Grażyna Barszczewska wymyśliła kilka lat temu. I bardzo się uparła, żeby wszystko doprowadzić do końca. Premiera w lutym.
Grażyna Barszczewska: Wie pani, ten spektakl to ze złości będzie.
Beata Kęczkowska: O, toby się pani Stefania ucieszyła!
- Pomysł, żeby napisać taką rzecz ze Stefanią w roli głównej, pojawił się z buntu i niezgody na wszechobecną rozrywkę, którą jesteśmy atakowani, na takie dosadne niepoczucie humoru. Słucham tego, oglądam, i nic. Kąciki ust nawet się nie unoszą. Nie śmieszy, raczej przeraża. Pytałam znajomych, jak oni reagują, bo może ja nie mam poczucia humoru ? Ale przecież: "Mam takie poczucie humoru, że śmieszy mnie myśl, że ktoś mógłby pomyśleć, że nie mam poczucia humoru". I okazuje się, że innych także te produkcje nie śmieszą. Natomiast bawi mnie to, co pisała Grodzieńska. Takie poczucie humoru, ten żart, nie wprost, ten pure nonsens, groteska. To wszystko, czego właściwie w rozrywce prawie już nie ma. Dążymy, aby w tym spektaklu zbliżyć się choć w części do "Kabaretu starszych panów" czy kabaretu "Dudek", w którym grałam.
Pracując nad scenariuszem, przeczytałam kilkakrotnie wszystko, co Grodzieńska napisała. Sięgnęłam też po teksty satyryczne jej męża Jerzego Jurandota. Przede wszystkim po jego piosenki, bo Stefania tych nie pisała. Zajrzałam do waszych rozmówek, które przez lata publikowałyście na drugiej stronie "Gazety Stołecznej". Też coś z nich wzięłam. Kiedy rozmawiałyście, była już przecież panią po dziewięćdziesiątce, a przecież z waszych rozmówek zupełnie to nie wynika. Gdyby ktoś nie wiedział, ile rzeczywiście miała lat, mógłby pomyśleć, że rozmawia pani z młodą kobietą.
O tak, zawsze miałam wrażenie, że Stefania jest młodsza ode mnie
- (śmiech) Tak, ona była najmłodszą osobą, jaką znałam. Ją znakomicie odbierały nawet nastolatki. To, co pisała, jak się zachowywała, jaki miała stosunek do świata, to młode spojrzenie. To nie była staruszka, babcia Stefania, chociaż tak sobie czasem z siebie żartowała. Była przy tym osobą niezwykle mądrą, dojrzałą, doświadczoną. To wszystko jednak łączyła z ciepłem i humorem, klasą, otwartością, słuchała innych, była ich ciekawa.
Kiedy kilka lat temu zaczęłam pracować nad scenariuszem, oczywiście zwierzyłam się z tego pani Stefanii. Dostałam jej błogosławieństwo: "Jak z tych moich kawałków można coś zrobić na scenę, to proszę bardzo korzystać. Zapraszam się na premierę". Pani Stefania odeszła... czuję się więc w obowiązku i namaszczona. Od samego początku pomocą służy mi też Joanna Jurandot-Nawrocka, córka Stefanii i Jerzego Jurandotów.
Pierwsza wersja tekstu miała wielkość książki telefonicznej. W każdą książkę, którą napisała, powlepiałam setki karteczek, z każdej brałam jakieś fragmenty, zdanie, określenie, cytat. Kiedy zaproponowałam udział w spektaklu Grzegorzowi Damięckiemu i pokazałam mu scenariusz, to się aż za głowę złapał: "To przedstawienie będzie trwało cztery-pięć godzin!". Oczywiście, w tej chwili bardzo się to odchudziło. I dobrze. Chciałabym tam zmieścić wiele wątków, ale z pewnych musiałam zrezygnować. Żałuję niemal każdego zdania, które muszę wykreślać, bo odnajduję w nich samą siebie. Czuję pokrewieństwo z panią Stefanią. No, może różni nas zupa pomidorowa, ja ją lubię.
Stefania pomidorówki nie znosiła szczerze i z całego serca.
- Ale łączy nas już jajko, wiem, że je lubiła. I kieliszek czystej też.
A gdybyśmy miały jakoś określić to, czym będzie ten spektakl?
- Chcę, żeby to był kabaret literacki. W teatrze. Poprosiłam o opiekę artystyczną Andrzeja Poniedzielskiego, który jest gwarancją zachowania dobrego smaku i wysokiej próby naszej zabawy kabaretowej w teatrze. A może lepiej nazywać to opowieścią teatralną? Jej bohaterką jest kobieta, aktorka, ale również żona idiotka. Taka, co to znienacka spyta siedzącego w fotelu męża: A jak ty mnie pochowasz? A czy ty mnie jeszcze kochasz? Dawniej to byłeś inny! Stefania genialnie potrafiła zauważyć tę stronę kobiecej natury. Ta moja bohaterka to też trochę kobieta zawiedziona, która śpiewa do Ignacego: "Nikt mnie nie rozumie tak jak ty".
A Ignacy...
- "...mieszka u mnie w wannie. Mianowicie jest karpiem. Okoliczności, które połączyły nasze losy, były tak proste, jak proste bywają najczęściej okoliczności, które łączą ze sobą czyjeś losy. Dość mamy na to przykładów w literaturze: znajomość zawarta podczas wizyty - Romeo i Julia, wspólne wczasy nad morzem - Tristan i Izolda (...) Z Ignacym rzecz miała się tylko o tyle odmiennie, że jak już wspomniałam, Ignacy jest karpiem. Kupiłam go na święta z zamiarem zabicia, a potem zjedzenia nieżyjącego. Jednak nikt w domu nie chciał zabić Ignacego. Kupiłam więc w barze rybnym nagłe zastępstwo na święta, a Ignacy zamieszkał w wannie. Dziesięć lat temu. Zresztą w krótkim czasie przywiązałam się do niego i tu zaczęły się problemy.
Ignacy nie zwraca na mnie uwagi. Nie istnieję dla niego. Wiem, że gwałtownością nic nie wskóram. Muszę być cierpliwa. Karpie podobno żyją ponad sto lat, mam dużo czasu. Nie wiem wprawdzie, w jakim wieku jest Ignacy, ale wygląda młodo.
- Ignacy ! - Ignacy to ja...". Kocham ten monolog Stefanii.
Ale Ignacy to marzenie! (śmiech)
- Natomiast moim równorzędnym partnerem na scenie jest aktor, mąż. Zagra go właśnie Grzegorz Damięcki będący także po trosze i Jerzym Jurandotem. To trochę jak w prawdziwym życiu Stefanii, w którym znakomicie uzupełniała się z mężem. Bardzo się słuchali wzajemnie. To można prześledzić w ich pisarstwie. Wykorzystuję m.in. jego "Plima" i "Rozmowę z Galileuszem", chcę, żeby było jak w dobrym kabarecie literackim, gdzie teksty satyryczne mieszają się z lirycznymi, a nawet z dramatycznymi.
I co to będzie?
Grażyna Barszczewska: Wie pani, ten spektakl to ze złości będzie.
Beata Kęczkowska: O, toby się pani Stefania ucieszyła!
- Pomysł, żeby napisać taką rzecz ze Stefanią w roli głównej, pojawił się z buntu i niezgody na wszechobecną rozrywkę, którą jesteśmy atakowani, na takie dosadne niepoczucie humoru. Słucham tego, oglądam, i nic. Kąciki ust nawet się nie unoszą. Nie śmieszy, raczej przeraża. Pytałam znajomych, jak oni reagują, bo może ja nie mam poczucia humoru ? Ale przecież: "Mam takie poczucie humoru, że śmieszy mnie myśl, że ktoś mógłby pomyśleć, że nie mam poczucia humoru". I okazuje się, że innych także te produkcje nie śmieszą. Natomiast bawi mnie to, co pisała Grodzieńska. Takie poczucie humoru, ten żart, nie wprost, ten pure nonsens, groteska. To wszystko, czego właściwie w rozrywce prawie już nie ma. Dążymy, aby w tym spektaklu zbliżyć się choć w części do "Kabaretu starszych panów" czy kabaretu "Dudek", w którym grałam.
Pracując nad scenariuszem, przeczytałam kilkakrotnie wszystko, co Grodzieńska napisała. Sięgnęłam też po teksty satyryczne jej męża Jerzego Jurandota. Przede wszystkim po jego piosenki, bo Stefania tych nie pisała. Zajrzałam do waszych rozmówek, które przez lata publikowałyście na drugiej stronie "Gazety Stołecznej". Też coś z nich wzięłam. Kiedy rozmawiałyście, była już przecież panią po dziewięćdziesiątce, a przecież z waszych rozmówek zupełnie to nie wynika. Gdyby ktoś nie wiedział, ile rzeczywiście miała lat, mógłby pomyśleć, że rozmawia pani z młodą kobietą.
O tak, zawsze miałam wrażenie, że Stefania jest młodsza ode mnie
- (śmiech) Tak, ona była najmłodszą osobą, jaką znałam. Ją znakomicie odbierały nawet nastolatki. To, co pisała, jak się zachowywała, jaki miała stosunek do świata, to młode spojrzenie. To nie była staruszka, babcia Stefania, chociaż tak sobie czasem z siebie żartowała. Była przy tym osobą niezwykle mądrą, dojrzałą, doświadczoną. To wszystko jednak łączyła z ciepłem i humorem, klasą, otwartością, słuchała innych, była ich ciekawa.
Kiedy kilka lat temu zaczęłam pracować nad scenariuszem, oczywiście zwierzyłam się z tego pani Stefanii. Dostałam jej błogosławieństwo: "Jak z tych moich kawałków można coś zrobić na scenę, to proszę bardzo korzystać. Zapraszam się na premierę". Pani Stefania odeszła... czuję się więc w obowiązku i namaszczona. Od samego początku pomocą służy mi też Joanna Jurandot-Nawrocka, córka Stefanii i Jerzego Jurandotów.
Pierwsza wersja tekstu miała wielkość książki telefonicznej. W każdą książkę, którą napisała, powlepiałam setki karteczek, z każdej brałam jakieś fragmenty, zdanie, określenie, cytat. Kiedy zaproponowałam udział w spektaklu Grzegorzowi Damięckiemu i pokazałam mu scenariusz, to się aż za głowę złapał: "To przedstawienie będzie trwało cztery-pięć godzin!". Oczywiście, w tej chwili bardzo się to odchudziło. I dobrze. Chciałabym tam zmieścić wiele wątków, ale z pewnych musiałam zrezygnować. Żałuję niemal każdego zdania, które muszę wykreślać, bo odnajduję w nich samą siebie. Czuję pokrewieństwo z panią Stefanią. No, może różni nas zupa pomidorowa, ja ją lubię.
Stefania pomidorówki nie znosiła szczerze i z całego serca.
- Ale łączy nas już jajko, wiem, że je lubiła. I kieliszek czystej też.
A gdybyśmy miały jakoś określić to, czym będzie ten spektakl?
- Chcę, żeby to był kabaret literacki. W teatrze. Poprosiłam o opiekę artystyczną Andrzeja Poniedzielskiego, który jest gwarancją zachowania dobrego smaku i wysokiej próby naszej zabawy kabaretowej w teatrze. A może lepiej nazywać to opowieścią teatralną? Jej bohaterką jest kobieta, aktorka, ale również żona idiotka. Taka, co to znienacka spyta siedzącego w fotelu męża: A jak ty mnie pochowasz? A czy ty mnie jeszcze kochasz? Dawniej to byłeś inny! Stefania genialnie potrafiła zauważyć tę stronę kobiecej natury. Ta moja bohaterka to też trochę kobieta zawiedziona, która śpiewa do Ignacego: "Nikt mnie nie rozumie tak jak ty".
A Ignacy...
- "...mieszka u mnie w wannie. Mianowicie jest karpiem. Okoliczności, które połączyły nasze losy, były tak proste, jak proste bywają najczęściej okoliczności, które łączą ze sobą czyjeś losy. Dość mamy na to przykładów w literaturze: znajomość zawarta podczas wizyty - Romeo i Julia, wspólne wczasy nad morzem - Tristan i Izolda (...) Z Ignacym rzecz miała się tylko o tyle odmiennie, że jak już wspomniałam, Ignacy jest karpiem. Kupiłam go na święta z zamiarem zabicia, a potem zjedzenia nieżyjącego. Jednak nikt w domu nie chciał zabić Ignacego. Kupiłam więc w barze rybnym nagłe zastępstwo na święta, a Ignacy zamieszkał w wannie. Dziesięć lat temu. Zresztą w krótkim czasie przywiązałam się do niego i tu zaczęły się problemy.
Ignacy nie zwraca na mnie uwagi. Nie istnieję dla niego. Wiem, że gwałtownością nic nie wskóram. Muszę być cierpliwa. Karpie podobno żyją ponad sto lat, mam dużo czasu. Nie wiem wprawdzie, w jakim wieku jest Ignacy, ale wygląda młodo.
- Ignacy ! - Ignacy to ja...". Kocham ten monolog Stefanii.
Ale Ignacy to marzenie! (śmiech)
- Natomiast moim równorzędnym partnerem na scenie jest aktor, mąż. Zagra go właśnie Grzegorz Damięcki będący także po trosze i Jerzym Jurandotem. To trochę jak w prawdziwym życiu Stefanii, w którym znakomicie uzupełniała się z mężem. Bardzo się słuchali wzajemnie. To można prześledzić w ich pisarstwie. Wykorzystuję m.in. jego "Plima" i "Rozmowę z Galileuszem", chcę, żeby było jak w dobrym kabarecie literackim, gdzie teksty satyryczne mieszają się z lirycznymi, a nawet z dramatycznymi.
I co to będzie?
1
2
następne »
-
Spektakl o życiu pisarki: "Sceny niemalże małże...
kubissimo
26.12.10, 12:04
mam nadzieje, ze sie uda :) uwielbiam tworczosc pani Stefanii i na pewno sie wybiore :)»
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]




