Sylwestrowe uciechy przy węgierskim winie na Długiej
31.12.2010
aktualizacja: 2010-12-30 17:27
Zgrozę filistrów budziły pijackie piątki i sylwestry u Edwarda Koelichena. Opowiadano o nich niestworzone rzeczy.
ZOBACZ TAKŻE
- Nowogrodzka 26: Dom Kobiet i pierwsza lecznica dla pań (25-02-11, 13:00)
- Diamentowa Warszawa jubilera Rutsteina (18-02-11, 13:00)
- Los warszawskiej rodziny: od medalików do luksusowych aut (11-02-11, 14:00)
- W krainie starych win przy Trębackiej (04-02-11, 15:00)
- Wojsko zajmowało ruiny, a na Pradze toczyło się życie (17-01-11, 17:05)
- Egipski wystrój w warszawskich wnętrzach (14-01-11, 15:00)
- Dwie cenne wille wpisane do rejestru zabytków (07-01-11, 18:59)
- Gdzie stolica Polski? 66 lat temu zapadła decyzja (04-01-11, 08:00)
- Remontują Halę Mirowską: co z dziurami po pociskach? (29-12-10, 11:00)
- Absolutny unikat w muzeum: krzyżacka madonna (28-12-10, 11:00)
- Tegoroczne szopki: dom po powodzi i przytulny pokój (25-12-10, 12:00)
- Chwiejnym krokiem szli na wigilię. Bo rybka lubi pływać (24-12-10, 15:00)
Koelichen, właściciel sklepu z winem i delikatesami, dziedzic majątku w podwarszawskich Włochach, bawił się wspólnie z malarzami, aktorami i muzykami. Wśród stałych gości - jak pisał Eugeniusz Szulc - znajdowali się: król warszawskich karykaturzystów i ilustratorów prasowych Franciszek Kostrzewski, malarz Juliusz Kossak czy pierwszy odtwórca Jontka w "Halce", śpiewak Julian Dobrski.
Nieźle już podchmielony Koelichen grywał na flecie. Dobrski w otwartym oknie odśpiewywał arię, a Kostrzewski notował wszystko w pamięci i bachiczne sceny przenosił potem na papier. Karykaturzysta sam budził kontrowersje. Uważano, że dobrze zapowiadał się jako malarz tworzący udane kompozycje w duchu XVII-wiecznych Holendrów, a teraz rozmienił się na drobne, tworząc serie ilustracji do warszawskiej prasy. "Współczesnych raczej nie zachwycał stosunek Kostrzewskiego do życia, owa skłonność do hulanek zamiast ciężkiej pracy nad rozwinięciem swego talentu, który objawiał się już w jego wczesnych pracach; przeciwnie, mieli mu za złe, że zaprzepaścił niewątpliwe zdolności i nie stał się malarzem na miarę ówczesnych sław pędzla i palety" - napisał Stanisław Milewski w swej najnowszej książce "Codzienność niegdysiejszej Warszawy".
Damy tylko w aksamitce
Wróćmy jednak do kamienicy Koelichena na rogu Długiej i ulicy Przejazd. W latach 50. XIX w. w piątkowe wieczory obok tego domu cicho nie było. Od ścian kamienic odbijały się dźwięki hucznej zabawy. Już sam fakt, że bawiono się w piątek wieczorem, u niektórych budził zgorszenie, a na temat zabaw artystów rozpuszczano plotki. Był przecież alkohol, był śpiew i były kobiety. Trzeba przyznać, że sami artyści plotki podtrzymywali. Kostrzewski, który szczycił się swoim nieco hulaszczym i utracjuszowskim trybem życia, lubił małe towarzyskie prowokacje. Pisał o tym Franciszek Galiński w wydanych w 1937 r. "Gawędach Warszawskich": "Gdy wieść o zabawach rozeszła się po Warszawie, włosy zaczęły ludziom stawać dęba na głowie. (...) Razu pewnego będąc zapytywany przez jedną matronę, czy to prawda, że u pana Edwarda takie okropności i nieprzyzwoitości się dzieją, Kostrzewski odrzekł:
- Proszę pani, ludzie przesadzają, bo niech pani przyzna, czy biały krawat jest nieprzyzwoity?
- A nie, przeciwnie!
- A frak?
- No nie.
- A czy aksamitka na szyi jest czymś zdrożnym?
- Przenigdy!
- Otóż właśnie, na ostatnim zebraniu odbywał się taniec literalnie tylko we frakach i białych krawatach. Panie miały tylko aksamitki na szyi" - miał opowiadać satyryk.
Blisko 80 lat później Galiński komentował: "Tempora mutantur. Gdyby ówczesna rozmówczyni artysty dożyła dni dzisiejszych, kto wie, czyżby się bardziej nie zgorszyła, widząc opięte od góry do dołu w bluzy i szarawary nasze dzielne narciarki, nie mówiąc już o naszych mistrzyniach lekkoatletyki trenujących wespół z męskimi kolegami".
Wszystko z wina
Kamienica Koelichenów na rogu Długiej i Przejazd nie była wielka. To zaledwie dom jednopiętrowy z użytkowym poddaszem schowanym w wysokim dachu. Fasada ciągnęła się wzdłuż Przejazdu i była przyklejona do sąsiedniej kamienicy kupca Karola Bogumiła Braeuniga przy Długiej. Od strony tej ulicy dom miał wąziutką, bo zaledwie dwuosiową elewację. Ta jednak wydawała się wyższa, bo dwupiętrowa. Okna drugiego piętra schowano tu bowiem za czymś w rodzaju ściany - parawanu - zasłaniającej od tej strony wysoki dach. Jedyną dekorację elewacji stanowiły lizeny oddzielające poszczególne osie.
Pierwszym właścicielem kamienicy był ojciec Edwarda Andrzej Koelichen urodzony w 1791 r. Posesję dostał w wianie swojej żony Krystyny z Frybesów primo voto Bezler. Stało się to w 1819 r. W tym czasie kamienica była ponoć parterowa, i to właśnie Andrzej Koelichen musiałby ją nadbudować. Rok wcześniej zmarł właściciel sąsiedniej posesji przy Długiej Karol Bogumił Braeunig. Jego dom zbudowany w 1809 r. można było uznać za jedną z najciekawszych realizacji architektonicznych miasta z czasów Księstwa Warszawskiego. Braeunig przybył z Wielkopolski i tak jak Koelichenowie był kupcem winnym. Jak pisał prof. Marek Kwiatkowski, charakterystycznym elementem fasady dwupiętrowej kamienicy Braeuniga był pseudoryzalit środkowy. Pasowe boniowania w narożach nadawały mu klasyczną surowość i powagę, za to ażurowy balkon z potężnym oknem w typie porte fenetre na pierwszym piętrze i wyżej okna półkoliste (termalne) z dwiema maskami lwów po bokach dodawały budowli modnej dekoracyjności. Tu na parterze Braeunig wraz z ziomkiem Samuelem Hikmannem prowadził handel winem.
Manifestacja nad grobem
Firma Braeunig - Hikmann działała jeszcze kilka lat po śmierci pierwszego ze wspólników. Wkrótce jednak znikła, a dom odkupił Andrzej Koelichen. Odtąd obydwa budynki stanowiły całość noszącą podwójny numer hipoteczny i wspólny numer policyjny. Najpierw 55 potem zaś 61.
Jak pisze Eugeniusz Szulc, Koelichen specjalizował się w imporcie win węgierskich. Gdy wybuchło powstanie listopadowe, Koelichen został porucznikiem Gwardii Narodowej. Powstanie nie zniszczyło jego handlu. Więcej, rozwijał się on tak dobrze, że w 1844 r. od przebywającego na emigracji Tadeusza Mostowskiego odkupił dobra Włochy wraz z pałacykiem i parkiem. Tam też założył cegielnię. Zmarł w 1851 r.
Jego dziećmi byli Edward, Karol i Emilia wydana za warszawskiego jubilera Karola Fryderyka Schültza. To właśnie Karol z Edwardem przystąpili do przebudowy dawnego pałacu Mostowskiego we Włochach. Prowadził ją architekt Andrzej Zabierzowski, nadając budowli formy renesansu.
Edward miał zainteresowania artystyczne. Sam nieźle grał na flecie. Był związany ze środowiskiem warszawskich artystów. Musiał też mieć nie lada poczucie humoru, zadając się z satyrykami pokroju Kostrzewskiego. A jednak pomimo hucznych zabaw wcale nie był utracjuszem. Wyraźnie oddzielał zabawę od interesu i spraw publicznych. Firmę odziedziczoną po ojcu prowadził twardą ręką i rozwijał ją. Nieustannie podróżował w interesach na Węgry. "Należał do powszechnie znanych i szanowanych Obywateli Warszawy" - pisał Szulc, a "Kurier Warszawski" po jego śmierci w 1861 r. pisał: "Obok zawodu kupieckiego był prawdziwym obywatelem kraju, kochał go też całą duszą swoją i gotów był na wszelkie poświęcenia dla niego". Jego pogrzeb w gorącym roku 1861 przyciągnął na Cmentarz Ewangelicko-Augsburski ogromne tłumy, a młodzież składała przy okazji kwiaty i wieńce na świeżym grobie rosyjskiego podpułkownika Jana Peuckera, który nie chcąc strzelać do manifestantów, popełnił samobójstwo. Rezultatem manifestacji patriotycznej na pogrzebie Edwarda Koelichena był wydany przez władze zakaz brania udziału w egzekwiach żałobnych osobom nienależącym do rodziny zmarłego.
Jest Gruba Kaśka
Gdy Edward Koelichen zmarł, zostawił żonę Helenę z Krzyczewskich. Ta nie była długo wdową, wychodząc za mąż za rodzonego brata Edwarda - Karola. I on angażował się w działalność patriotyczną. Gdy niebawem wybuchło powstanie styczniowe, w jego sklepie i domu handlowym przy Długiej ulokowała się placówka ekspozytury władz powstańczych. Pełniła funkcję skrzynki kontaktowej, przez którą przechodziła korespondencja. Rosjanie aresztowali Koelichena dwukrotnie w 1863 i 1864 r. Szczęśliwie po upadku powstania nie skonfiskowali posesji.
Domy należały do rodziny Koelichenów aż do początku XX w. Nie zmieniały się aż do drugiej wojny światowej. Jedynie handel coraz bardziej opanowywał obydwa budynki. Sklepy i kantory wdarły się na piętra. Na fotografiach widzimy m.in. kantor kasy rzemieślniczej, sklep z lodami i rybami. Bardzo prawdopodobne, że wybuch pierwszej wojny światowej przedłużył istnienie budynków o kilkanaście lat. Przed 1914 r. w rejonie narożnika Długiej, Bielańskiej, Nalewek i ulicy Przejazd gorączkowo budowano nowe, żelbetowe domy składowe i handlowe. Obok pięły się już w górę wysokie ściany szczytowe nowych budynków. Tylko kwestią czasu była zabudowa narożnika Długiej i Przejazdu. Pierwsza wojna światowa uniemożliwiła realizację tych planów. Druga spowodowała zniszczenie zabudowy. To, co ocalało po 1944 r., zostało rozebrane pod budowę Trasy W-Z. Dziś w miejscu obydwu kamienic znajduje się dawny bar samoobsługowy Gruba Kaśka i fragment ul. Andersa ze stacją metra Ratusz-Arsenał.
Nieźle już podchmielony Koelichen grywał na flecie. Dobrski w otwartym oknie odśpiewywał arię, a Kostrzewski notował wszystko w pamięci i bachiczne sceny przenosił potem na papier. Karykaturzysta sam budził kontrowersje. Uważano, że dobrze zapowiadał się jako malarz tworzący udane kompozycje w duchu XVII-wiecznych Holendrów, a teraz rozmienił się na drobne, tworząc serie ilustracji do warszawskiej prasy. "Współczesnych raczej nie zachwycał stosunek Kostrzewskiego do życia, owa skłonność do hulanek zamiast ciężkiej pracy nad rozwinięciem swego talentu, który objawiał się już w jego wczesnych pracach; przeciwnie, mieli mu za złe, że zaprzepaścił niewątpliwe zdolności i nie stał się malarzem na miarę ówczesnych sław pędzla i palety" - napisał Stanisław Milewski w swej najnowszej książce "Codzienność niegdysiejszej Warszawy".
Damy tylko w aksamitce
Wróćmy jednak do kamienicy Koelichena na rogu Długiej i ulicy Przejazd. W latach 50. XIX w. w piątkowe wieczory obok tego domu cicho nie było. Od ścian kamienic odbijały się dźwięki hucznej zabawy. Już sam fakt, że bawiono się w piątek wieczorem, u niektórych budził zgorszenie, a na temat zabaw artystów rozpuszczano plotki. Był przecież alkohol, był śpiew i były kobiety. Trzeba przyznać, że sami artyści plotki podtrzymywali. Kostrzewski, który szczycił się swoim nieco hulaszczym i utracjuszowskim trybem życia, lubił małe towarzyskie prowokacje. Pisał o tym Franciszek Galiński w wydanych w 1937 r. "Gawędach Warszawskich": "Gdy wieść o zabawach rozeszła się po Warszawie, włosy zaczęły ludziom stawać dęba na głowie. (...) Razu pewnego będąc zapytywany przez jedną matronę, czy to prawda, że u pana Edwarda takie okropności i nieprzyzwoitości się dzieją, Kostrzewski odrzekł:
- Proszę pani, ludzie przesadzają, bo niech pani przyzna, czy biały krawat jest nieprzyzwoity?
- A nie, przeciwnie!
- A frak?
- No nie.
- A czy aksamitka na szyi jest czymś zdrożnym?
- Przenigdy!
- Otóż właśnie, na ostatnim zebraniu odbywał się taniec literalnie tylko we frakach i białych krawatach. Panie miały tylko aksamitki na szyi" - miał opowiadać satyryk.
Blisko 80 lat później Galiński komentował: "Tempora mutantur. Gdyby ówczesna rozmówczyni artysty dożyła dni dzisiejszych, kto wie, czyżby się bardziej nie zgorszyła, widząc opięte od góry do dołu w bluzy i szarawary nasze dzielne narciarki, nie mówiąc już o naszych mistrzyniach lekkoatletyki trenujących wespół z męskimi kolegami".
Wszystko z wina
Kamienica Koelichenów na rogu Długiej i Przejazd nie była wielka. To zaledwie dom jednopiętrowy z użytkowym poddaszem schowanym w wysokim dachu. Fasada ciągnęła się wzdłuż Przejazdu i była przyklejona do sąsiedniej kamienicy kupca Karola Bogumiła Braeuniga przy Długiej. Od strony tej ulicy dom miał wąziutką, bo zaledwie dwuosiową elewację. Ta jednak wydawała się wyższa, bo dwupiętrowa. Okna drugiego piętra schowano tu bowiem za czymś w rodzaju ściany - parawanu - zasłaniającej od tej strony wysoki dach. Jedyną dekorację elewacji stanowiły lizeny oddzielające poszczególne osie.
Pierwszym właścicielem kamienicy był ojciec Edwarda Andrzej Koelichen urodzony w 1791 r. Posesję dostał w wianie swojej żony Krystyny z Frybesów primo voto Bezler. Stało się to w 1819 r. W tym czasie kamienica była ponoć parterowa, i to właśnie Andrzej Koelichen musiałby ją nadbudować. Rok wcześniej zmarł właściciel sąsiedniej posesji przy Długiej Karol Bogumił Braeunig. Jego dom zbudowany w 1809 r. można było uznać za jedną z najciekawszych realizacji architektonicznych miasta z czasów Księstwa Warszawskiego. Braeunig przybył z Wielkopolski i tak jak Koelichenowie był kupcem winnym. Jak pisał prof. Marek Kwiatkowski, charakterystycznym elementem fasady dwupiętrowej kamienicy Braeuniga był pseudoryzalit środkowy. Pasowe boniowania w narożach nadawały mu klasyczną surowość i powagę, za to ażurowy balkon z potężnym oknem w typie porte fenetre na pierwszym piętrze i wyżej okna półkoliste (termalne) z dwiema maskami lwów po bokach dodawały budowli modnej dekoracyjności. Tu na parterze Braeunig wraz z ziomkiem Samuelem Hikmannem prowadził handel winem.
Manifestacja nad grobem
Firma Braeunig - Hikmann działała jeszcze kilka lat po śmierci pierwszego ze wspólników. Wkrótce jednak znikła, a dom odkupił Andrzej Koelichen. Odtąd obydwa budynki stanowiły całość noszącą podwójny numer hipoteczny i wspólny numer policyjny. Najpierw 55 potem zaś 61.
Jak pisze Eugeniusz Szulc, Koelichen specjalizował się w imporcie win węgierskich. Gdy wybuchło powstanie listopadowe, Koelichen został porucznikiem Gwardii Narodowej. Powstanie nie zniszczyło jego handlu. Więcej, rozwijał się on tak dobrze, że w 1844 r. od przebywającego na emigracji Tadeusza Mostowskiego odkupił dobra Włochy wraz z pałacykiem i parkiem. Tam też założył cegielnię. Zmarł w 1851 r.
Jego dziećmi byli Edward, Karol i Emilia wydana za warszawskiego jubilera Karola Fryderyka Schültza. To właśnie Karol z Edwardem przystąpili do przebudowy dawnego pałacu Mostowskiego we Włochach. Prowadził ją architekt Andrzej Zabierzowski, nadając budowli formy renesansu.
Edward miał zainteresowania artystyczne. Sam nieźle grał na flecie. Był związany ze środowiskiem warszawskich artystów. Musiał też mieć nie lada poczucie humoru, zadając się z satyrykami pokroju Kostrzewskiego. A jednak pomimo hucznych zabaw wcale nie był utracjuszem. Wyraźnie oddzielał zabawę od interesu i spraw publicznych. Firmę odziedziczoną po ojcu prowadził twardą ręką i rozwijał ją. Nieustannie podróżował w interesach na Węgry. "Należał do powszechnie znanych i szanowanych Obywateli Warszawy" - pisał Szulc, a "Kurier Warszawski" po jego śmierci w 1861 r. pisał: "Obok zawodu kupieckiego był prawdziwym obywatelem kraju, kochał go też całą duszą swoją i gotów był na wszelkie poświęcenia dla niego". Jego pogrzeb w gorącym roku 1861 przyciągnął na Cmentarz Ewangelicko-Augsburski ogromne tłumy, a młodzież składała przy okazji kwiaty i wieńce na świeżym grobie rosyjskiego podpułkownika Jana Peuckera, który nie chcąc strzelać do manifestantów, popełnił samobójstwo. Rezultatem manifestacji patriotycznej na pogrzebie Edwarda Koelichena był wydany przez władze zakaz brania udziału w egzekwiach żałobnych osobom nienależącym do rodziny zmarłego.
Jest Gruba Kaśka
Gdy Edward Koelichen zmarł, zostawił żonę Helenę z Krzyczewskich. Ta nie była długo wdową, wychodząc za mąż za rodzonego brata Edwarda - Karola. I on angażował się w działalność patriotyczną. Gdy niebawem wybuchło powstanie styczniowe, w jego sklepie i domu handlowym przy Długiej ulokowała się placówka ekspozytury władz powstańczych. Pełniła funkcję skrzynki kontaktowej, przez którą przechodziła korespondencja. Rosjanie aresztowali Koelichena dwukrotnie w 1863 i 1864 r. Szczęśliwie po upadku powstania nie skonfiskowali posesji.
Domy należały do rodziny Koelichenów aż do początku XX w. Nie zmieniały się aż do drugiej wojny światowej. Jedynie handel coraz bardziej opanowywał obydwa budynki. Sklepy i kantory wdarły się na piętra. Na fotografiach widzimy m.in. kantor kasy rzemieślniczej, sklep z lodami i rybami. Bardzo prawdopodobne, że wybuch pierwszej wojny światowej przedłużył istnienie budynków o kilkanaście lat. Przed 1914 r. w rejonie narożnika Długiej, Bielańskiej, Nalewek i ulicy Przejazd gorączkowo budowano nowe, żelbetowe domy składowe i handlowe. Obok pięły się już w górę wysokie ściany szczytowe nowych budynków. Tylko kwestią czasu była zabudowa narożnika Długiej i Przejazdu. Pierwsza wojna światowa uniemożliwiła realizację tych planów. Druga spowodowała zniszczenie zabudowy. To, co ocalało po 1944 r., zostało rozebrane pod budowę Trasy W-Z. Dziś w miejscu obydwu kamienic znajduje się dawny bar samoobsługowy Gruba Kaśka i fragment ul. Andersa ze stacją metra Ratusz-Arsenał.
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


