Po co dwie dziewczyny wzięły ślub? Żeby coś zmienić

Rozmawiała Magdalena Dubrowska
01.01.2011 aktualizacja: 2011-05-13 09:01
A A A Drukuj
Ślubu w samolocie udziela Gosi (w bieli) i Ewie europarlamentarzysta Christofer Fjellner Fot. BOB STRONG REUTERS
Ostatnio odbierałam pocztę za Ewę i pani zapytała, kim dla mnie ona jest. Odpowiedziałam: żoną. Ona: słucham? Żoną - mówię - choć nie w Polsce. Pogratulowała i powiedziała, że ma nadzieję, że w naszym kraju też będzie to możliwe - mówi Małgorzata Rawińska
Małgorzata Rawińska i Ewa Tomaszewicz są ze sobą od ponad pięciu lat. Mieszkają w Warszawie. 6 grudnia wzięły ślub na pokładzie samolotu szwedzkich linii lotniczych SAS na trasie Sztokholm - Nowy Jork. Była to nagroda za udział w konkursie "Love is in the Air" skierowanym do par jednopłciowych z całego świata. Przez miesiąc Gosia i Ewa zdobyły 71 tys. głosów internautów, głównie z Polski. Zajęły drugie miejsce, ale organizatorzy i tak je nagrodzili.

Magdalena Dubrowska: Jesteście świeżo po ślubie. Co się zmieniło?

Małgorzata Rawińska: Mamy ładne nowe obrączki.

Ewa Tomaszewicz: Właściwie to nic się nie zmieniło. Poza tym, że jesteśmy świeżo po ślubie w szwedzkim samolocie i po zawarciu związku partnerskiego w West Hollywood. To się u nich nazywa zarejestrowany konkubinat. I tyle. Jak pojedziemy do West Hollywood, to będziemy w zarejestrowanym konkubinacie.

M.R.: Ostatnio odbierałam pocztę za Ewę i pani zapytała, kim dla mnie jest. Odpowiedziałam: żoną. Ona: słucham? Żoną - mówię - choć nie w Polsce. Pogratulowała i powiedziała, że ma nadzieję, że w naszym kraju też będzie to możliwe. Tyle się zmieniło, że mogę sobie w urzędach radośnie mówić o Ewie "moja żona", co chętnie wykorzystuję. Poza tym dalej jesteśmy starym dobrym małżeństwem, tyle że z papierkiem.

E.T.: Co do papierka, to urzędnicy z West Hollywood pomylili koperty, w związku z czym Aleks i Shantu, zwycięska para niemiecka, mają nasz papierek, a my ich. Ale już wymieniliśmy adresy.

Dlaczego wzięłyście udział w konkursie, skoro ten papierek nic w Polsce nie znaczy?

E.T.: Żeby zaczął coś znaczyć. Żeby zwrócić uwagę społeczeństwa i polityków, że ileś setek tysięcy osób odczuwa potrzebę takiej regulacji prawnej. Dostałyśmy 71 tys. głosów. Dla porównania para, która wygrała w edycji amerykańskiej otrzymała 4,5 tys. Nasza strona na Facebooku liczy sobie ponad 12 tys. fanów, a strona pary niemieckiej, która wygrała, 600. Przez cały czas otrzymujemy setki wyrazów poparcia. Poza tym z Polski startowało 37 par. Jedna trzecia wszystkich głosów w tym konkursie pochodziła z naszego kraju. Trzecie miejsce zajęli chłopcy z Warszawy i w ogóle my, Polacy, zdominowaliśmy pierwszą dwudziestkę.

Czyli wystartowałyście, żeby działać?

M.R.: Nie. Wystartowałyśmy, bo Ewa znalazła w internecie ogłoszenie o konkursie i zapytała, czy nas zapisać. Stwierdziłam, okej. Zamieściłyśmy informację na Facebooku, że można na nas głosować, a na drugi dzień z samego dna awansowałyśmy na czwarte miejsce. Bardzo nas to zaskoczyło. Sprawą zainteresowały się media i po pięciu dniach byłyśmy na miejscu pierwszym. I wtedy zaczęłyśmy to traktować poważnie. Okazało się, że w ten sposób możemy ruszyć temat związków partnerskich w Polsce.

E.T.: Aleks i Shantu potem mówili w wywiadach, że wzięli udział, bo zawsze marzyli o tym, żeby wziąć niezwykły ślub. I okej. My miałyśmy motywację polityczną.

Rozmawialiście o tym?

- Tak, bo Aleks jest Serbem, więc w swojej ojczyźnie był w jeszcze gorszej sytuacji. Pochodzi ze wsi, w której przez ten konkurs został wyoutowany. Niepokoiło go to, ma dużą rodzinę. Ale nic się nie wydarzyło.

A wasi rodzice?

M.R.: Tata otworzył szampana.

E.T.: Mama ma trochę stres, że się zrobiłam taka medialna. Ona troszeczkę nie jest z tym wszystkim pogodzona, ale w porządku.

Co sprawiło, że stałyście się najbardziej popularną polską parą tego konkursu?

M.R.: Jako jedyne pokazałyśmy twarze w mediach, m.in. w TVN Uwaga, dzięki czemu dotarłyśmy do ludzi, którzy do tej pory nie interesowali się problemami naszej społeczności. Byłam bardzo zaskoczona, że inne pary się nie zgodziły, bo to od początku było wydarzenie medialne i ten ślub nie pozostałby utajniony. Zdjęcia agencji Reuters obiegły świat tuż po ceremonii, z pokładu samolotu.

E.T.: Tak, zainteresowanie mediów było ogromne, przy czym znalazłam chyba tylko jeden artykuł krytyczny. Nawet portal Lotnicza Polska śledził konkurs z zapartym tchem.

M.R.: Radziłam znajomym, żeby kupowali kukurydzę w słoiku, a nie w puszce, bo widać, czy w środku nie ma Gosi i Ewy. O, już wiem, co się zmieniło. Teraz nikt nie mówi o nas inaczej niż "Gosia i Ewa", tak jak napisałyśmy w profilu konkursowym. Straciłyśmy nazwiska. Stałyśmy się jednym tworem: "GosiąiEwą".

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy