Niedzielny spacerek po Hucie Warszawa [WIDEO]

Magdalena Dubrowska
16.01.2011 aktualizacja: 2011-01-16 23:06
A A A Drukuj
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
W niedzielę wybraliśmy się z naszymi czytelnikami w kolejne niedostępne na co dzień miejsce. Do Huty Warszawa. A właściwie ArcelorMittal Warszawa.
Koncern przejął hutę w 2005 r. W niedzielne popołudnie kolejna grupa spacerowiczów zbiera się w holu biurowca firmy. Paweł i Andrzej, pracownicy branży telekomunikacyjnej, konwersują z portierką.

- Ja byłem na wszystkich spacerach "Gazety", cztery lata już chodzę - mówi Paweł. - Dziś przyprowadziłem kolegę, bo to świetna okazja.

Jest nas kilkanaścioro. Odbywamy krótkie szkolenie BHP: "Uważaj na pociągi i suwnice, nie dotykaj niczego, nawet jeśli wygląda na zimne", a następnie wkładamy kamizelki odblaskowe, okulary ochronne i maseczki przeciwpyłowe i wchodzimy na historyczny dziedziniec. Mijamy krzyż, przy którym ksiądz Jerzy Popiełuszko odprawiał w 1980 r. msze dla strajkujących hutników. Ale to atrapa. Prawdziwy krzyż niszczał, więc związkowcy przenieśli go do kościoła św. Stanisława Kostki. Naszą wycieczkę oprowadzają rzeczniczka huty Ewa Karpińska i Leszek Strózik, specjalista technologii odlewania.

- O, tu widzimy pozostałości po scenografii do filmu o księdzu Popiełuszce - Ewa Karpińska pokazuje stalowe konstrukcje. - Była do nich przymocowana główna brama, ta oryginalna, którą przechowujemy. Nie można było kręcić tam, gdzie stała naprawdę, bo trwała jeszcze budowa metra.

Do stalowni wciąż kawałek drogi. Co kilkanaście metrów asfalt przecinają tory. Po prawej stronie wybudowana w 2008 r. walcownia, po lewej - opustoszałe hale bez szyb sprzed pół wieku.

- To tu - siwy pan z naszej wycieczki pokazuje jedną z hal synowi i żonie. To Marek Białobrzeski, który w Hucie Warszawa pracował przez 20 lat.

- Na Zgniataczu (czyli w walcowni Zgniatacz), w Walcowni Grubej i Drobnej - wylicza. - Dziś przyszedłem powspominać.

W końcu docieramy do stalowni.

- Zobaczymy surówkę? - dopytuje ktoś.

- U nas nie ma surówki. Nie otrzymujemy stali z rudy, tylko ze złomu. Recykling - oświecają nas przewodnicy. - Nie ma też tzw. wielkiego pieca, tylko elektryczny.

Wchodzimy. Oszałamiający huk. Ogromna przestrzeń pełna dudniących maszyn, którą oglądamy z kładki na górze. Na środku dwie gigantyczne kadzie pełne płynnej stali w kolorze ognia. Momentalnie robi się gorąco. Doskwiera też wszechobecny pył, ale mamy maseczki.

Nagle wielka suwnica podnosi kadź na wysokość naszych twarzy, jak by to była filiżanka.

- Jakie to romantyczne, ta stal taka rozgrzana - emocjonuje się jedna ze zwiedzających.

Ale gdzie się podziali robotnicy? Gdzieniegdzie mignie ktoś w srebrnym kombinezonie, lecz hala sprawia wrażenie wyludnionej.

- Wszystko jest zautomatyzowane. Na zmianie wystarczy nam 30 pracowników - tłumaczy szef stalowni Rafał Skowronek. Huta pracuje 24 godziny na dobę. Co godzinę wytapia 90 ton stali. Rocznie 520 tys. ton. Ze stalowni w postaci czterech prostokątnych rozżarzonych bel zwanych kęsami stal trafia do walcowni. Tam kilkusetmetrowy ciąg maszyn wydłuża je, nadając okrągły kształt. Na koniec nożyca tnie stalowe pręty na krótsze odcinki. To prefabrykaty, główny produkt warszawskiej huty.

- Co drugi samochód w Polsce zawiera naszą stal - podkreśla Rafał Skowronek. Huta produkuje też pręty żeberkowe, które dostarcza m.in. do budowy Stadionu Narodowego, a także eksportuje, głównie do Skandynawii. Gotowe pręty powiązane drutem lądują w wagonach pociągu towarowego. Jeszcze gorące.

Koniec zwiedzania. - Fajnie było? - dopytuje Ewa Karpińska. - To jeszcze może powiem, że od jakiegoś czasu huta walczy z deweloperem, który 100 metrów od stalowni chce wybudować osiedle na 7 tys. osób!

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy