W krainie starych win przy Trębackiej

Jerzy S. Majewski
04.02.2011 aktualizacja: 2011-02-03 20:42
A A A Drukuj
Wierzbowa przed 1914 r. Z lewej pośrodku Hotel Angielski z przeszkloną werandą. Nieco z lewej widać fragment kamienicy
przy Trębackiej 15. To w niej mieścił się handelek Krzymińskiego fot. arch
  • Tyle tylko zostało z budynków między Wierzbową a Trębacką po oblężeniu
we wrześniu 1939. Przed 1941 r. ruiny rozebrano. Jednak nie do końca,
o czym łatwo przekonać się z naszej fotografii (powstała od strony Wierzbowej
w kierunku Krakowskiego Przedmieścia). Z prawej ocalały kikut kamienicy
przy Trębackiej 15
Kamienica przy Trębackiej 15 była skromna, ale kryła jeden z największych cudów dawnej Warszawy - skład win Krzymińskiego.
"Dokumenty i płynne dowody z roku założenia firmy 1828" - taki oto napis widniał nad witryną. Zapewne dla Kornela Makuszyńskiego, Franciszka Ossendowskiego czy Jana Kruszewskiego drzwi przybytku były wejściem do nieba. Nie był to bowiem zwykły sklep z winem, ale handelek, staroświeckie skrzyżowanie sklepu z winiarnią i restauracyjką odwiedzane chyba wyłącznie przez panów, tajnych i rzeczywistych radców stanu, pisarzy, ziemian i z lekka już posiwiałych, statecznych mieszczan, kupców, drobnych fabrykantów, wreszcie artystów teatrów.

Ostatnie łowy

Najznakomitsze "strzelby myśliwskie" spośród bywalców handelku Krzymińskiego postanowiły ratować nowy park Skaryszewski. Park zaczęto zakładać w 1905 r., a młode drzewka podskubywała armia zajęcy z sąsiadujących z nim łąk. Panowie nieźle już podchmieleni podjęli decyzję - zające należy odstrzelić. Na czele wyprawy myśliwskiej stanęła gwiazda operetki warszawskiej Józef Redo. Towarzyszył mu współprojektant parku Leon Danielewicz.

Tak doszło do ostatniego polowania z nagonką na terenie dzisiejszego centrum Warszawy. Myśliwi ruszyli przed świtem w zimny grudniowy dzień. Park zamknięto dla publiczności. "Sensację budziła spora grupa naganiaczy. Wśród nich kilka dorodnych dziewczyn. Tu Redo miałby pewny rozkład, pomyślałem, obserwując zalotne spojrzenia i uśmiechy kierowane do wytwornego ulubieńca Warszawy" - wspominał na łamach "Stolicy" w 1960 r. bywalec handelku Jan Kruszewski. Zapewniał, że Redo strzelał bez pudła - oczami do panienek.

"Pan Józef - starszy dozorca parku, ongiś gajowy, poczuł się w swoim żywiole. - Panie dyrektorze! - ryknął do inż. Leona Danielewicza. - A skąd będziemy zwierza prowadzić? Zaczynamy od strony łąk. Z gęstego klombu wybiegają dwa pocieszne kociaki, jakby się dziwiły, czego od nich chcą. Sąsiad mój straszy je z obydwu luf. Dopiero wtedy uciekają na dobre. - Ty gumiarzu nie pudłuj - krzyczy ktoś do właściciela znakomitego magazynu artykułów gumowych i sportowych Józefa Rokickiego (Senatorska 1). - Kalosz - nie strzelec! Nie miał racji. Pan ławnik Rokicki sprzedawał znakomite kalosze, ale i tęgo strzelał" - wspominał Kruszewski.

W trakcie polowania kilka zajęcy padło. "To są zajączki pajączki, co same jedzą z rączki" - komentował Redo, który nie miał jednak żadnego trofeum. Aż do chwili, gdy nad gazonem pojawił się duży ptak. Siadł na drzewie na wprost gwiazdy operetki. "Ten zwala go jednym strzałem i Bogu ducha winna sowa pieczętuje swój nieszkodliwy żywot. No cóż. Zawsze to pióro. Punktacja wyższa niż za turzyce" - uważał Kruszewski.

Finał polowania odbył się w handelku Krzymińskiego. "Przy pieczystym i po wypiciu królewskiego zdrowia mistrza Redo Leon Danielewicz rzuca w jego stronę od niechcenia: - No jakże, smakuje panu pańskie trofeum? Starym myśliwskim obyczajem kazałem przyrządzić panu ubitego ptaka" - czytamy.

Bożyszcze przy stoliku

Trębacka 15 to był trzeci adres firmy Krzemińskiego.

Kamienica stanowiła północne skrzydło niezwykle rozległego Hotelu Angielskiego. Na przełomie XIX i XX w. miał dwa piętra i dość efektownie zaprojektowane elewacje. Wysokie, półkoliście zamknięte wejścia po bokach i na osi ujmowały pary lizen. Nad resztą prostokątnych okien i witryn parteru widniały małe, kwadratowe okienka antresoli.

Wróćmy do wspomnień Jana Kruszewskiego, tym razem z książki "Przed pół wiekiem w stolicy". Jego zdaniem skład Krzymińskiego był w ogóle najstarszym tego typu handelkiem w Warszawie. Urzekał atmosferą dawności, świetną kuchnią i piwnicą wyśmienitych trunków. Jak pisze Kruszewski, już od progu w pokoju sklepowym gość ulegał niezwykłemu wrażeniu. W szafce podwieszonej pod sklepieniem umieszczone były dokumenty założenia handelku przed powstaniem listopadowym i butelki z winem zakorkowanym w dniu otwarcia firmy.

"Cała komnata miała jakby moderunek wojskowy. Na wyższych półkach prezentowały się szwadrony węgierskich bocianek, poniżej biwakowały na leżąco szeregi starej gwardii burgundzkiej, w odwodzie widniało jeszcze kilka baterii różnych kalibrów. A nad tą wyborną armią stał wódz Napoleon w kryształowym mundurze Mełkowa" - czytamy wspomnienie Kruszewskiego.

Krzymiński sprzedał firmę swemu najstarszemu subiektowi Witkowskiemu nazywanemu potem przez bywalców "Bukszpanem".

Bez napiwku

Kruszewski wspominał stałych gości lokalu. Pierwsze skrzypce grał tu Józef Redo. "Bożyszcze kobiet i złotej młodzieży, która uczyła się od niego, jak nosić frak. Bywalec torów wyścigowych i tytan pracy. Nieraz przez sześćset wieczorów z rzędu nieschodzący ze sceny" - pisał o nim Witold Filler w książce "Rendez-vous z warszawska operetką".

Redo nie robił sobie urlopów. Za to codziennie wpadał do lokalu Krzymińskiego mieszczącego się tuż obok gmachu Teatrów Rządowych i Miejskich i blisko Teatru Wielkiego.

Innymi sławnymi bywalcami byli, już w latach nieco późniejszych, pisarz i podróżnik Ferdynand Ossendowski oraz Kornel Makuszyński. Autor "Panny z mokrą głową" zwykł powtarzać współbiesiadnikom, że "szlachetne wino to zabutelkowane słońce". Bywali tu również Bruno Winawer, prozaik, autor komedii i felietonów, z wykształcenia fizyk, i Włodzimierz Perzyński, młodopolski poeta i dramatopisarz.

Kruszewski zapewnia, że było wesoło i dowcipnie. "O familiarności stosunków panujących między kierownictwem handelku i gośćmi świadczyło pełne zaufanie do zalecanych potraw czy trunków. Nie zauważyłem, żeby na menu zestawione przez właściciela Witkowskiego lub jego subiekta, pana Stefana, gość się nie godził. A trzeba dodać ku chwale zakładu, że ani subiekt, ani jego pomocnik nie doliczali za usługę. Nawet odmawiali przyjęcia zaofiarowanego napiwku" - czytamy.

Zdaniem Władysława Płachcińskiego Witkowski wraz z żoną zachowywali się tak, jakby sami byli gośćmi. Zasiadali przy stolikach, każde jednak oddzielnie - ona sama, on w swoim towarzystwie - i jedli różne potrawy.

"Witkowska uwielbiała sardynki. Dla niej zawsze zostawiano puszkę" - czytamy.

Śledzie do balii

Przez ponad sto lat istnienia firma trzymała się tradycji. Także tej, że przejmował ją kolejny najstarszy subiekt. "Kiedy Witkowski pożegnał na zawsze swoich gości, rządy objął pan Stefan. Tylko że do końca istnienia tego startego handelku codziennie między 12 a 14 stolik gospodarza nakrywano, zastawiano serwis i zakładano jedyne krzesło. Bukszpan patronował nadal".

Władysław Płachciński pisał o kuchni lokalu: "Stary Zenon Kon opowiadał mi, że Krzymiński (jeszcze w lokalu przy Senatorskiej) tak prowadził interes, że codziennie miał jedno danie. Co czwartek były flaki. Każda potrawa świetna".

Także później, za Witkowskiego, kuchnia była fantastyczna. "Takiego file z patelni albo raków po polsku nigdy jeść nie będę. W poniedziałki była kiełbasa z kapustą, danie, które podawano w niemal każdej knajpie dorożkarskiej. Wielu moich znajomych pilnowało jak oka w głowie tego poniedziałku. Ta kiełbasa z kapustą przyciągała tłumy" - rozmarzał się po latach Płachciński.

Rewelacyjne były tu ponoć śledzie. Witkowski kupował beczkę najlepszych śledzi pocztowych. Wyrzucał z niej całą zawartość do balii, wybierając od 30 do 40 najlepszych sztuk. Reszta wracała do beczki i przekazywana była żydowskiej śledziarce, która odkupywała je za jakieś grosze.

Handelek miał też pieczywo zamawiane w zaprzyjaźnionej piekarni. To były kajzerki i solanki nieliczone przy rachunku.

Hotel Angielski wraz ze skrzydłem - kamienicą przy Trębackiej 13, dotrwał do września 1939 r. Pan Stefan ze swoim subiektem przed bombardowaniem zdołali wynieść część butelek ze stuletnim winem do mieszkania dawnej właścicielki pani Witkowskiej przy Fredry 4. "W pewnej chwili padł pocisk, grzebiąc legendarne trunki" - wspominał Płachciński.

Resztki zwalonego domu można oglądać na wielu fotografiach z przełomu 1939 i 1940 r. Do ich rozbiórki przystąpiono jeszcze przed wiosną 1941 r. Być może dlatego, że w bliskim sąsiedztwie, wokół placu Piłsudskiego, Niemcy zajęli wiele gmachów, tworząc tzw. dzielnicę rządową. Najbliżej ruin wznosił się Pałac Brühla - teraz zajęty na siedzibę gubernatora dystryktu warszawskiego w Generalnym Gubernatorstwie. Dziś w tym miejscu znajduje się biurowiec Metropolitan.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy