Los warszawskiej rodziny: od medalików do luksusowych aut
11.02.2011
aktualizacja: 2011-02-10 18:50
Paweł Bitschan ojciec cieszył się poważaniem władz kościelnych. Jego syn budził zgorszenie. Swą postawą tak kompromitował rodzinny biznes, że ze sprzedaży świętych medalików przerzucił się na handel luksusowymi samochodami. Kolejny odcinek cyklu Warszawa Nieodbudowana
ZOBACZ TAKŻE
- Bezdomni zamiast Polonusów w domu nad Wisłą (25-03-11, 14:00)
- Nowogrodzka 26: Dom Kobiet i pierwsza lecznica dla pań (25-02-11, 13:00)
- Diamentowa Warszawa jubilera Rutsteina (18-02-11, 13:00)
- Żenujący pomnik estetycznego analfabetyzmu. Gdzie stoi? (16-02-11, 10:00)
- Na Pradze powstanie hospicjum dla weteranów z Iraku (14-02-11, 08:00)
- Odbudowa Warszawy na prestiżowej liście UNESCO? (12-02-11, 14:00)
- W krainie starych win przy Trębackiej (04-02-11, 15:00)
- Egipski wystrój w warszawskich wnętrzach (14-01-11, 15:00)
- Baron u księżnej (07-01-11, 14:12)
- Sylwestrowe uciechy przy węgierskim winie na Długiej (31-12-10, 16:00)
- Śródmiejska kamienica z balkonami ze złota (16-12-10, 17:06)
- Magiczny świat sreberek do cukierków na Mokotowie (10-12-10, 14:00)
Ze starego pudełka wyjmuję srebrzysty medalik z wizerunkiem Matki Bożej. Na otoku napis: "Pod Twoją obronę uciekam się", u dołu inicjały "I.B.". To znak wytwórcy Jana Bitschana. Jego wnuk bon vivant "Pawełek" w ostatnich latach przed I wojną światową był powszechnie znany z wyczynów sportowych i karnawałowych hulanek. W ostatki wynajmował dużą, rzęsiście oświetloną ciężarówkę z rzędami ławek na skrzyni i wieczorami objeżdżał nią wszystkie zabawy. Wyciągał z nich kolejnych znajomych i szaleli do bladego świtu.
Pod okiem opatrzności
Założycielem firmy był w 1828 r. Jan Bitschan. Produkował święte medaliki, ale też inne dewocjonalia. We własnym domu przy Długiej 51 założył warsztat i księgarnię, która miała charakter religijny. Oferowała prace z dziedziny teologii, biblie, modlitewniki, obrazy świętych, krzyżyki, szkaplerze, różańce i koronki. Stemple do wielu medalików Bitschana (ale też i innych producentów) dorabiał Paweł Witkowski. Stąd też możemy natrafić na dodatkowe inicjały: "P.W".
Firma mieściła się w doskonałym punkcie, w trzecim domu od narożnika z Bielańską, kilkadziesiąt metrów od ul. Przejazd i pl. Bankowego. Przed powstaniem listopadowym to tu skupiły się ważnie siedziby władz państwowych i wojewódzkich. Sama Długa należała wtedy do najbardziej ożywionych i najważniejszych ulic handlowych w mieście. Dom Bitschana nie był nowy i już w dobie Królestwa Polskiego mógł uchodzić za nieco śmieszny, bo reprezentujący saski barok. Dziś, gdyby przetrwał, uznalibyśmy go za jedną z najpiękniejszych w Warszawie kamienic drugiej połowy wieku XVIII (oprócz kamienicy Prażmowskich i Johna przy Krakowskim Przedmieściu).
Jak ustalił prof. Marek Kwiatkowski, budynek przy Długiej 51 powstał w 1774 r. dla kupca żelaznego Karola Wieprzowskiego. Była to kamienica wąska, bo zaledwie pięcioosiowa, i dość wysoka - liczyła trzy piętra. Wieńczył ją trójkątny tympanon wypełniony medalionem z literą W - jak Wieprzowski. Elewacja domu była równie dekoracyjna, jak fasady budowanych w tym czasie barokowych kamienic przy Krakowskim Przedmieściu czy wokół zamku elektorów w Dreźnie. Znajdowały się tu dekoracje w postaci podwieszonych chust, girland owoców, wstęg, maszkaronów. Było wreszcie oko opatrzności pośrodku fasady, które niczym talizman miało chronić dom przed nieszczęściami. Trudno było sobie wyobrazić lepsze godło dla kamienicy, w której ulokowały się warsztat, księgarnia i sklep z dewocjonaliami.
Po śmierci Jana ok. 1869 r. firmę medalikową odziedziczył jego syn Paweł Bitschan starszy. Okazał się zapobiegliwym i poważnym fabrykantem figur kościelnych. Znacznie rozszerzył działalność przedsiębiorstwa. Współpracował z rzeźbiarzami, odlewając całkiem spore figury. M.in. u schyłku XIX w. zgodnie z modelami Antoniego Olesińskiego balustrady i aniołki wież kościoła Wszystkich Świętych przy pl. Grzybowskim.
Na przełomie XIX i XX w. Paweł Bitschan był już największym producentem świętych medalików w Warszawie. Otworzył też nowy, znacznie bardziej obszerny sklep na Erywańskiej (dziś Kredytowej) niedaleko Marszałkowskiej.
Kompromitująca elegancja
Paweł Bitschan senior zmarł w 1903 r. Firmę odziedziczył Paweł junior, elegant i wodzirej przodującej młodzieży. Był przy tym pełen uwodzicielskiego uroku. Tak przynajmniej wspominał go Jan Kruszewski w książce "Przed pół wiekiem w stolicy". "Czy to w odziedziczonej wytwórni figur przy Długiej, czy reprezentacyjnym sklepie z wyszukanymi dewocjonaliami przy Erywańskiej ubrany był zawsze według ostatniej mody. Jednakże elegancki szef nie budził takiego zaufania duchownej czy penitencjarskiej klienteli, jakim szczycił się jego ojciec. Kosztowny samochód stojący przed magazynem, rozgłos sukcesów automobilowych i samolotowych, jak również olśniewające powodzenie właściciela firmy u płci pięknej - wszystko to zaczęło być niezbyt sprzyjającą reklamą dla świątobliwego interesu" - przypominał sobie Kruszewski.
W rezultacie przyjaciele uznali, że właściciel prezentuje się kompromitująco dla figur i sklep na Erywańskiej z czasem zmienił branżę na samochodową. Firma z dewocjonaliami pod marką P. Bitschan i ska nadal jednak istniała i dotrwała do 1939 r., prowadząc w latach 30. XX w. pracownię przy Świętokrzyskiej. Zajmowała się nie tylko produkcją dewocjonaliów, ale też szyldów czy grawerowanych tabliczek. Była tak renomowana, że uczestniczyła m.in. w wyposażaniu Teatru Polskiego i hotelu Polonia. W tym pierwszym w 1912 r. przygotowała wspólnie z pracownią Wiśniewski i Windyg tabliczki z grawerowanymi numerami miejsc na widowni, zaś rok później w hotelu Polonia - szyldy, tabliczki z napisami i numerkami na drzwiach.
W aucie i pod niebem
Tymczasem właściciel zdobywał rozgłos jako "sportsmen". Pędził wielkimi autami po mazowieckich bezdrożach, uczestniczył w rajdach, wzbijał się pod niebo. Z zagranicy sprowadzał najlepsze auta. Był pierwszym, który oferował w Polsce rolls-royce'y. Czy jako zapalony wieloboista uprawiał narciarstwo? Tego nie wiemy. Pewne jest zaś, że oddawał się zimowym uciechom w kole sportowym przy Myśliwieckiej. Jan Gebethner wspominał, jak to poznał go jako kilkunastolatek w 1909 r. Zjeżdżał na torze saneczkowym zbudowanym na Skarpie Warszawskiej zaczynającym się od wysokiej, drewnianej wieży. "Dostałem od rodziców małe saneczki i na nich rozpocząłem jazdę. Nie tylko młodzież tam przychodziła. Również dorośli, a nawet sportsmeni. Bohaterem był zapalony automobilista Paweł Bitschan. Byłem dumny, że on, znany na owe czasy sportowiec, chciał ze mną nawiązać znajomość" - czytamy w książce "Młodość wydawcy".
"Partnerką Pawła Bitschana juniora w jego ewolucjach życiowych była jedna z najbardziej zachwycających kobiet Mary Mrozińska, późniejsza świetna aktorka komediowa" - odnotował Kruszewski. Młodziutka. W 1907 r. ukończyła szkołę dramatyczną. Arnold Szyfman zaangażował ją do najlepszego w ówczesnej Warszawie kabaretu Momus. Dominowały w nim piosenki liryczne, erotyczne i makabryczne. Mary Mrozińska stała się jego gwiazdą i "jedynaczką". Próbowała gry w filmie. Już w 1911 r. wystąpiła w obrazie "Antek Klawisz", potem w 1913 r. w "Antku Kombinatorze". Grała przed 1914 r. w Teatrze Nowości. Wiosną 1914 r. prasa zamieszczała entuzjastyczne recenzje z jej gościnnych występów w Kijowie.
Sądząc z fotografii, nie oszałamiała urodą, ale musiało w niej być coś niezwykłego. Szykownie ubrana (nosiła futra od najlepszych warszawskich kuśnierzy) potrafiła zawrócić w głowie. Wybitny reżyser Leon Schiller z miłości do niej w 1910 r. strzelał sobie z pistoletu w szyję. Odratowany leczył się potem w niemieckim sanatorium. Gdy stawała na scenie, potrafiła zgorszyć mieszczańskich filistrów. Marian Kępa w „Miesięczniku Prowincjonalnym” z 2008 r. przytacza wspomnienie Jerzego Szymkowicza-Gombrowicza: „Zaprosiliśmy ją na nasz wieczór do Teatru Letniego. Byliśmy na tyle nieostrożni, że nie zastosowaliśmy żadnej cenzury. No i Mary powiedziała podczas koncertu fraszkę. (...) Mniej więcej chodziło o to, że jakiś bardzo młody chłopak podchodzi do pani na balu i prosi ją do tańca. Ona jest od niego trochę starsza, więc odpowiada: »Z dzieckiem nie tańczę «. A on na to z całym spokojem: »Dziwię się, że pani w takim stanie przychodzi na zabawę taneczną «. Cośmy z Lechoniem mieli później za przykrości. Taka rzecz wówczas w sferach szokowała. Była faux pas!”.
Deklamacje z tanzwozu
Mary uczestniczyła w sensacyjnych hulankach Bitschana. W maju wynajmował on wielki wóz meblowy firmy Wróblewski. Wóz krążył po centrum miasta, a w środku trwała wielogodzinna zabawa taneczna. Tańczącym przygrywał kwartet. Pojazd przybrany był lampionami, a pod jedną ze ścianek znajdował się bufet. "Co pewien czas amfitron dancingu zatrzymywał wóz. Otwierał drzwi na zewnątrz i nawiązywał rozmówki z rozbawionym tłumem, który biegł za wozem. Parokrotnie uczestnicząca w zabawie Mary Mrozińska wygłaszała dla przygodnej publiczności kilka wierszy z repertuaru "Momusa".
Aktorka uczestniczyła nie tylko w hulankach Bitschana, ale i w jego wyczynach sportowych. Zapisała się nawet na kurs pilotażu towarzystwa Aviata założonego w 1910 r. i mającego hangary lotnicze na północno-wschodnim krańcu Pola Mokotowskiego. Chciała jednak pozostać anonimowa, zgłaszając się pod nazwiskiem Miss Eagle. Była zbyt popularna, by jej nie rozpoznano. W czerwcu 1914 r. tygodnik "Świat" zamieścił fotografię, gdy wygląda z kabiny samolotu. "Latała namiętnie, ale w charakterze raczej pasażera" - mówił o niej Michał Scipio del Campo, który odpowiadał za szkolenie. Jan Kruszewski przedstawiał ją jako pierwszą Polkę, która odbyła lot aeroplanem. "Przy wybitnej inteligencji posiadała nie tylko szósty, ale i siódmy zmysł: sportowy" - wspominał w książce "Przed pół wiekiem w stolicy".
Na front!
Gdy wybuchła I wojna światowa, z inicjatywy Mary Mrozińskiej Bitschan założył grupę sanitarną Siódemek. Gdy trwały walki na przedpolach Warszawy, jeździli na front i wyciągali rannych bezpośrednio spod ognia. "Zaszczytem było dostać się do jego grupy. Ja tego zaszczytu nie dostąpiłem i spędzałem godziny naszych dyżurów na dworcu na wesołych rozmowach z sanitariuszkami" - wspominał z zazdrością Jan Gebethner.
"W latach międzywojennych złota gwiazda Pawła Bitschana zaczęła przygasać" - pisał Kruszewski. Nic dziwnego. Medaliki i dewocjonalia w ciężkich czasach sprzedawały się znakomicie, ale na luksusowe samochody chętnych nie było. Jednak prawdziwy cios dotknął przedsiębiorcę i sportowca dopiero we wrześniu 1921 r. Zmarła wówczas jego muza - Mary Mrozińska. Bitschan głęboko przeżył stratę. Zdaniem Kruszewskiego utracił dawną radość życia. Nadal sprzedawał luksusowe samochody przy Kredytowej 18. Sprowadzał do Polski pierwsze rolls-royce'y. W 1929 r. reklamował się jako importer i przedstawiciel amerykańskich aut Overland Whippert. Ale to był już kres jego życia. "Ten pozornie beztroski romantyk odszedł dobrowolnie w zaświaty śladem utraconego szczęścia" - wspominał Jan Kruszewski. Zmarł niespełna dwa miesiące po krachu na giełdzie w Nowym Jorku - 20 grudnia 1929 r.
Salon samochodowy Pawła Bitschana juniora przestał istnieć. Jednak fabryka szyldów i dewocjonaliów pod nazwą P. Bitschan i ska. Istniała aż do II wojny światowej, zalewając rynek medalikami z charakterystyczną sygnaturą "P.B.". Od dawna już jednak nie działała przy Długiej, lecz na Świętokrzyskiej. Tymczasem dom przy Długiej należący przez dziesięciolecia do Bitschanów w 1930 r. był już własnością Fliderbauma. Parter zajmowały sklepy. M.in. istniejący aż do 1939 r. salon z kapeluszami damskimi Fersztendiga (na lewo od wejścia) i Cypersztejna (po prawej).
Opatrzność czuwała nad budynkiem przez blisko 170 lat. Spłonął w czasie Powstania Warszawskiego. Po wojnie jego mury rozebrano. Wielka szkoda. Dziś stoi tu blok, a obok bar Gruba Kaśka.
Pod okiem opatrzności
Założycielem firmy był w 1828 r. Jan Bitschan. Produkował święte medaliki, ale też inne dewocjonalia. We własnym domu przy Długiej 51 założył warsztat i księgarnię, która miała charakter religijny. Oferowała prace z dziedziny teologii, biblie, modlitewniki, obrazy świętych, krzyżyki, szkaplerze, różańce i koronki. Stemple do wielu medalików Bitschana (ale też i innych producentów) dorabiał Paweł Witkowski. Stąd też możemy natrafić na dodatkowe inicjały: "P.W".
Firma mieściła się w doskonałym punkcie, w trzecim domu od narożnika z Bielańską, kilkadziesiąt metrów od ul. Przejazd i pl. Bankowego. Przed powstaniem listopadowym to tu skupiły się ważnie siedziby władz państwowych i wojewódzkich. Sama Długa należała wtedy do najbardziej ożywionych i najważniejszych ulic handlowych w mieście. Dom Bitschana nie był nowy i już w dobie Królestwa Polskiego mógł uchodzić za nieco śmieszny, bo reprezentujący saski barok. Dziś, gdyby przetrwał, uznalibyśmy go za jedną z najpiękniejszych w Warszawie kamienic drugiej połowy wieku XVIII (oprócz kamienicy Prażmowskich i Johna przy Krakowskim Przedmieściu).
Jak ustalił prof. Marek Kwiatkowski, budynek przy Długiej 51 powstał w 1774 r. dla kupca żelaznego Karola Wieprzowskiego. Była to kamienica wąska, bo zaledwie pięcioosiowa, i dość wysoka - liczyła trzy piętra. Wieńczył ją trójkątny tympanon wypełniony medalionem z literą W - jak Wieprzowski. Elewacja domu była równie dekoracyjna, jak fasady budowanych w tym czasie barokowych kamienic przy Krakowskim Przedmieściu czy wokół zamku elektorów w Dreźnie. Znajdowały się tu dekoracje w postaci podwieszonych chust, girland owoców, wstęg, maszkaronów. Było wreszcie oko opatrzności pośrodku fasady, które niczym talizman miało chronić dom przed nieszczęściami. Trudno było sobie wyobrazić lepsze godło dla kamienicy, w której ulokowały się warsztat, księgarnia i sklep z dewocjonaliami.
Po śmierci Jana ok. 1869 r. firmę medalikową odziedziczył jego syn Paweł Bitschan starszy. Okazał się zapobiegliwym i poważnym fabrykantem figur kościelnych. Znacznie rozszerzył działalność przedsiębiorstwa. Współpracował z rzeźbiarzami, odlewając całkiem spore figury. M.in. u schyłku XIX w. zgodnie z modelami Antoniego Olesińskiego balustrady i aniołki wież kościoła Wszystkich Świętych przy pl. Grzybowskim.
Na przełomie XIX i XX w. Paweł Bitschan był już największym producentem świętych medalików w Warszawie. Otworzył też nowy, znacznie bardziej obszerny sklep na Erywańskiej (dziś Kredytowej) niedaleko Marszałkowskiej.
Kompromitująca elegancja
Paweł Bitschan senior zmarł w 1903 r. Firmę odziedziczył Paweł junior, elegant i wodzirej przodującej młodzieży. Był przy tym pełen uwodzicielskiego uroku. Tak przynajmniej wspominał go Jan Kruszewski w książce "Przed pół wiekiem w stolicy". "Czy to w odziedziczonej wytwórni figur przy Długiej, czy reprezentacyjnym sklepie z wyszukanymi dewocjonaliami przy Erywańskiej ubrany był zawsze według ostatniej mody. Jednakże elegancki szef nie budził takiego zaufania duchownej czy penitencjarskiej klienteli, jakim szczycił się jego ojciec. Kosztowny samochód stojący przed magazynem, rozgłos sukcesów automobilowych i samolotowych, jak również olśniewające powodzenie właściciela firmy u płci pięknej - wszystko to zaczęło być niezbyt sprzyjającą reklamą dla świątobliwego interesu" - przypominał sobie Kruszewski.
W rezultacie przyjaciele uznali, że właściciel prezentuje się kompromitująco dla figur i sklep na Erywańskiej z czasem zmienił branżę na samochodową. Firma z dewocjonaliami pod marką P. Bitschan i ska nadal jednak istniała i dotrwała do 1939 r., prowadząc w latach 30. XX w. pracownię przy Świętokrzyskiej. Zajmowała się nie tylko produkcją dewocjonaliów, ale też szyldów czy grawerowanych tabliczek. Była tak renomowana, że uczestniczyła m.in. w wyposażaniu Teatru Polskiego i hotelu Polonia. W tym pierwszym w 1912 r. przygotowała wspólnie z pracownią Wiśniewski i Windyg tabliczki z grawerowanymi numerami miejsc na widowni, zaś rok później w hotelu Polonia - szyldy, tabliczki z napisami i numerkami na drzwiach.
W aucie i pod niebem
Tymczasem właściciel zdobywał rozgłos jako "sportsmen". Pędził wielkimi autami po mazowieckich bezdrożach, uczestniczył w rajdach, wzbijał się pod niebo. Z zagranicy sprowadzał najlepsze auta. Był pierwszym, który oferował w Polsce rolls-royce'y. Czy jako zapalony wieloboista uprawiał narciarstwo? Tego nie wiemy. Pewne jest zaś, że oddawał się zimowym uciechom w kole sportowym przy Myśliwieckiej. Jan Gebethner wspominał, jak to poznał go jako kilkunastolatek w 1909 r. Zjeżdżał na torze saneczkowym zbudowanym na Skarpie Warszawskiej zaczynającym się od wysokiej, drewnianej wieży. "Dostałem od rodziców małe saneczki i na nich rozpocząłem jazdę. Nie tylko młodzież tam przychodziła. Również dorośli, a nawet sportsmeni. Bohaterem był zapalony automobilista Paweł Bitschan. Byłem dumny, że on, znany na owe czasy sportowiec, chciał ze mną nawiązać znajomość" - czytamy w książce "Młodość wydawcy".
"Partnerką Pawła Bitschana juniora w jego ewolucjach życiowych była jedna z najbardziej zachwycających kobiet Mary Mrozińska, późniejsza świetna aktorka komediowa" - odnotował Kruszewski. Młodziutka. W 1907 r. ukończyła szkołę dramatyczną. Arnold Szyfman zaangażował ją do najlepszego w ówczesnej Warszawie kabaretu Momus. Dominowały w nim piosenki liryczne, erotyczne i makabryczne. Mary Mrozińska stała się jego gwiazdą i "jedynaczką". Próbowała gry w filmie. Już w 1911 r. wystąpiła w obrazie "Antek Klawisz", potem w 1913 r. w "Antku Kombinatorze". Grała przed 1914 r. w Teatrze Nowości. Wiosną 1914 r. prasa zamieszczała entuzjastyczne recenzje z jej gościnnych występów w Kijowie.
Sądząc z fotografii, nie oszałamiała urodą, ale musiało w niej być coś niezwykłego. Szykownie ubrana (nosiła futra od najlepszych warszawskich kuśnierzy) potrafiła zawrócić w głowie. Wybitny reżyser Leon Schiller z miłości do niej w 1910 r. strzelał sobie z pistoletu w szyję. Odratowany leczył się potem w niemieckim sanatorium. Gdy stawała na scenie, potrafiła zgorszyć mieszczańskich filistrów. Marian Kępa w „Miesięczniku Prowincjonalnym” z 2008 r. przytacza wspomnienie Jerzego Szymkowicza-Gombrowicza: „Zaprosiliśmy ją na nasz wieczór do Teatru Letniego. Byliśmy na tyle nieostrożni, że nie zastosowaliśmy żadnej cenzury. No i Mary powiedziała podczas koncertu fraszkę. (...) Mniej więcej chodziło o to, że jakiś bardzo młody chłopak podchodzi do pani na balu i prosi ją do tańca. Ona jest od niego trochę starsza, więc odpowiada: »Z dzieckiem nie tańczę «. A on na to z całym spokojem: »Dziwię się, że pani w takim stanie przychodzi na zabawę taneczną «. Cośmy z Lechoniem mieli później za przykrości. Taka rzecz wówczas w sferach szokowała. Była faux pas!”.
Deklamacje z tanzwozu
Mary uczestniczyła w sensacyjnych hulankach Bitschana. W maju wynajmował on wielki wóz meblowy firmy Wróblewski. Wóz krążył po centrum miasta, a w środku trwała wielogodzinna zabawa taneczna. Tańczącym przygrywał kwartet. Pojazd przybrany był lampionami, a pod jedną ze ścianek znajdował się bufet. "Co pewien czas amfitron dancingu zatrzymywał wóz. Otwierał drzwi na zewnątrz i nawiązywał rozmówki z rozbawionym tłumem, który biegł za wozem. Parokrotnie uczestnicząca w zabawie Mary Mrozińska wygłaszała dla przygodnej publiczności kilka wierszy z repertuaru "Momusa".
Aktorka uczestniczyła nie tylko w hulankach Bitschana, ale i w jego wyczynach sportowych. Zapisała się nawet na kurs pilotażu towarzystwa Aviata założonego w 1910 r. i mającego hangary lotnicze na północno-wschodnim krańcu Pola Mokotowskiego. Chciała jednak pozostać anonimowa, zgłaszając się pod nazwiskiem Miss Eagle. Była zbyt popularna, by jej nie rozpoznano. W czerwcu 1914 r. tygodnik "Świat" zamieścił fotografię, gdy wygląda z kabiny samolotu. "Latała namiętnie, ale w charakterze raczej pasażera" - mówił o niej Michał Scipio del Campo, który odpowiadał za szkolenie. Jan Kruszewski przedstawiał ją jako pierwszą Polkę, która odbyła lot aeroplanem. "Przy wybitnej inteligencji posiadała nie tylko szósty, ale i siódmy zmysł: sportowy" - wspominał w książce "Przed pół wiekiem w stolicy".
Na front!
Gdy wybuchła I wojna światowa, z inicjatywy Mary Mrozińskiej Bitschan założył grupę sanitarną Siódemek. Gdy trwały walki na przedpolach Warszawy, jeździli na front i wyciągali rannych bezpośrednio spod ognia. "Zaszczytem było dostać się do jego grupy. Ja tego zaszczytu nie dostąpiłem i spędzałem godziny naszych dyżurów na dworcu na wesołych rozmowach z sanitariuszkami" - wspominał z zazdrością Jan Gebethner.
"W latach międzywojennych złota gwiazda Pawła Bitschana zaczęła przygasać" - pisał Kruszewski. Nic dziwnego. Medaliki i dewocjonalia w ciężkich czasach sprzedawały się znakomicie, ale na luksusowe samochody chętnych nie było. Jednak prawdziwy cios dotknął przedsiębiorcę i sportowca dopiero we wrześniu 1921 r. Zmarła wówczas jego muza - Mary Mrozińska. Bitschan głęboko przeżył stratę. Zdaniem Kruszewskiego utracił dawną radość życia. Nadal sprzedawał luksusowe samochody przy Kredytowej 18. Sprowadzał do Polski pierwsze rolls-royce'y. W 1929 r. reklamował się jako importer i przedstawiciel amerykańskich aut Overland Whippert. Ale to był już kres jego życia. "Ten pozornie beztroski romantyk odszedł dobrowolnie w zaświaty śladem utraconego szczęścia" - wspominał Jan Kruszewski. Zmarł niespełna dwa miesiące po krachu na giełdzie w Nowym Jorku - 20 grudnia 1929 r.
Salon samochodowy Pawła Bitschana juniora przestał istnieć. Jednak fabryka szyldów i dewocjonaliów pod nazwą P. Bitschan i ska. Istniała aż do II wojny światowej, zalewając rynek medalikami z charakterystyczną sygnaturą "P.B.". Od dawna już jednak nie działała przy Długiej, lecz na Świętokrzyskiej. Tymczasem dom przy Długiej należący przez dziesięciolecia do Bitschanów w 1930 r. był już własnością Fliderbauma. Parter zajmowały sklepy. M.in. istniejący aż do 1939 r. salon z kapeluszami damskimi Fersztendiga (na lewo od wejścia) i Cypersztejna (po prawej).
Opatrzność czuwała nad budynkiem przez blisko 170 lat. Spłonął w czasie Powstania Warszawskiego. Po wojnie jego mury rozebrano. Wielka szkoda. Dziś stoi tu blok, a obok bar Gruba Kaśka.
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]





