Wyrok dla zabójców policjanta: 25 i 15 lat [WIDEO]

Piotr Machajski
11.02.2011 aktualizacja: 2011-02-11 22:12
A A A Drukuj
Oskarżeni o zabójstwo policjanta 18-latkowie na sali Sądu Okręgowego w Warszawie w dniu ogłoszenia wyroku Fot. Jacek Łagowski / Agencja G
  • Mateusz N., który śmiertelnie dźgnął policjanta na przystanku tramwajowym
  • Piotr R. prowadzony przez policjantów
  • Zamordowany podkom. Andrzej Struj
Mateusz N. - 25 lat więzienia, Piotr R. - 15 lat więzienia. - To, co spotkało Andrzeja Struja, mogło spotkać każdego - mówił w uzasadnieniu wyroku sędzia Ireneusz Szulewicz, kończąc proces zabójców policjanta
- Żadnymi słowami nie złagodzę bólu i cierpienia rodzinie pokrzywdzonego, więc szczerze i z całego serca przepraszam. Proszę, by sąd dał mi szansę rozpocząć nowe życie - mówił w ostatnim słowie Mateusz N., przekładając między palcami paciorki różańca. To właśnie on 10 lutego 2010 r. zadał Andrzejowi Strujowi przynajmniej pięć ciosów, z których jeden, najmocniejszy i najgłębszy, okazał się śmiertelny.

Andrzej Struj czekał na tramwaj na przystanku pod centrum handlowym Fort Wola. Po drugiej stronie torów stali Mateusz N. i Piotr R., wtedy niespełna 18-letni. Przez całą noc włóczyli się po mieście. Wypili po dziesięć piw. W pewnym momencie N. cisnął komórką o chodnik, głośno przeklinając. Andrzej Struj zwrócił mu uwagę, pokazał też legitymację. Potem wsiadł do tramwaju. Wówczas N. rzucił w szybę wagonu koszem na śmieci. Policjant wysiadł i próbował obezwładnić Mateusza N. Na pomoc koledze przybiegł Piotr R. Złapał Struja w pół, a uwolniony z uścisku N. wyciągnął zza paska nóż.

Nie wystarczy powiedzieć "przepraszam"

Przed sądem Mateusz N. nie mógł liczyć na zbyt wiele. Miał kryminalną przeszłość (karany przed sądem dla nieletnich), to on sprowokował całą awanturę, biegli uznali, że jest osobą wyjątkowo agresywną. I choć jego adwokat Jerzy Jerzmanowski próbował przedłużyć proces, składając kolejne wnioski dowodowe, choć sugerował, że N. powinien być sądzony nie za zabójstwo, ale za udział w bójce ze skutkiem śmiertelnym, to tak naprawdę Mateuszowi N. pozostała tylko skrucha. Czy szczera? - Nawet jeśli szczera, to w sprawie o zabójstwo nie wystarczy powiedzieć "przepraszam" - zaznaczał już po wyroku mec. Leszek Cichoń, pełnomocnik oskarżycielki posiłkowej Anny Struj.

Piotr R. nie zamierzał nikogo przepraszać. Nie czuł się winny. Konsekwentnie twierdził, że chciał tylko pomóc koledze uwolnić się z uścisku policjanta, który go obezwładnił. Z aresztu wysyłał listy do kolegów i koleżanek. Planował tegoroczne wakacje. W ostatnim słowie przed sądem powiedział tylko, że przyłącza się do wniosku adwokata, a ten wniósł o uniewinnienie swojego klienta.

Mec. Radosław Baszuk przez blisko trzy kwadranse tłumaczył, dlaczego jego zdaniem Piotr R. nie popełnił żadnego przestępstwa. Wykpił tezę prokuratury, że oskarżeni dopuścili się zbrodni "wspólnie i w porozumieniu, w zamiarze bezpośrednim". - Całe zdarzenie [od kiedy włączył się w nie Piotr R.] trwało od pięciu do dziesięciu sekund. W jaki sposób w tak krótkim czasie miał się zrodzić zamiar zabójstwa? W jaki sposób oskarżeni mieli między sobą zawrzeć porozumienie i jaka była jego treść? - pytał mec. Baszuk.

Przyznał, że jedyne, za co mógłby odpowiadać jego klient, to naruszenie nietykalności cielesnej policjanta. - Ale nie ma żadnego dowodu na to, że Piotr R. widział policyjną legitymację - zaznaczył adwokat.

Nie musiał zadawać ciosów

- Skoro Piotr R. nie miał zamiaru zabić, to dlaczego nie odciągnął kolegi? Dlaczego nie udzielił pomocy poszkodowanemu? - pytała prokurator Izabela Dołgań-Szymańska. W swojej mowie końcowej poprosiła sąd, by skazał obu oskarżonych na kary 25 lat więzienia. O więcej prosić nie mogła, bo prawo zabrania skazywać osoby niepełnoletnie na dożywocie. - Dwaj 17-latkowie w biały dzień dokonali zabójstwa niewinnego człowieka. To, co najbardziej przerażające w tej sprawie, to bezsensowność śmierci poszkodowanego, którego los zetknął z oskarżonymi - podkreśliła.

I sąd, choć nie do końca, się z nią zgodził.

- Oskarżeni dopuścili się strasznego czynu. To, co spotkało Andrzeja Struja, mogło spotkać każdego - mówił w uzasadnieniu wyroku sędzia Ireneusz Szulewicz. Gdy ogłaszał, że Mateusz N. spędzi w więzieniu 25 lat, a Piotr R. 15 lat, w ławkach, gdzie siedzieli ich koledzy i koleżanki, rozległ się szloch.

Sędzia Szulewicz tłumaczył: - To jest czas, żeby oskarżeni zrozumieli wielkość zła, jakie wyrządzili. Przede wszystkim córkom Andrzeja Struja, które pozbawili ojca.

Sąd podkreślił, że Mateusz N. nie musiał zadawać ciosów. Po uwolnieniu z uścisku mógł po prostu uciec, a Piotr R. mógł puścić pokrzywdzonego, kiedy zobaczył nóż w ręku kolegi. Ale cały czas trzymał ofiarę, umożliwiając zadawanie ciosów. Więc, zdaniem sądu, działał w tzw. zamiarze ewentualnym, czyli godził się, że dojdzie do śmierci pokrzywdzonego. Jednak jego rola w zbrodni była mniejsza, zatem i kara musiała być niższa. Kodeks karny przewiduje tylko karę 25 lat więzienia albo 15 i mniej. Nie ma nic pomiędzy 25 a 15 lat, choć sąd dosyć jasno zasygnalizował, że R. dostałby więcej, gdyby tylko ustawodawca przewidział inną karę.

Jeszcze przed wyrokiem mec. Cichoń mówił: - Sąd wskaże tym wyrokiem drogę policjantom. Czy będą odważnie nas bronili, czy będą chętnie wyciągać legitymację, a nawet broń? Czy za policjantem stoi państwo?

I sąd odpowiedział.

- Tam nie było żadnej szamotaniny [co sugerowała obrona]. Andrzej Struj podjął interwencję. Zachował się jak rasowy policjant. Doszło do przestępstwa [zbicia szyby w tramwaju], więc chciał zatrzymać sprawcę. Bez znaczenia było to, czy jest na, czy po służbie - podkreślił sędzia Szulewicz.

Wyrok nie jest prawomocny. Obrona już zapowiedziała apelację.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy