Problem z płaskorzeźbą: dekomunizować czy nie?

Grzegorz Lisicki
26.02.2011 aktualizacja: 2011-02-25 19:41
A A A Drukuj
Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta
Co zrobić z napisem z lat 30. zdobiącym biurowiec w Al. Jerozolimskich 91? Przywrócić oryginalną wersję czy zostawić powojenną, "poprawioną" przez komunistyczne władze? Nad tym pytaniem dumają urzędujący w gmachu związkowcy
Właścicielem budynku jest FZZPGKiT. Ten niezmiernie skomplikowany skrót to Federacja Związków Zawodowych Pracowników Gospodarki Komunalnej i Terenowej. A przysadzisty, kryty grubymi płytami z piaskowca gmach w Al. Jerozolimskich 91 to jej związkowa centrala.

- Budynek należy do nas od samego początku. Został zbudowany ze składek związkowców samorządu terytorialnego i "komunalnych" w 1936 r. Otwarcie było z wielką pompą, przyjechał nawet prezydent Mościcki - opowiada Edward Staszczak, przewodniczący federacji.

W gmachu szkolono samorządowców, były biura, drukarnia, a nawet hotel dla dzieci urzędników uczących się w Warszawie. W czasie wojny "komunalni" założyli organizację podziemną. W śmieciach wywozili ludzi z getta. W Powstaniu związkowcy wodociągowcy czy kanalarze byli przewodnikami kurierów na podziemnych szlakach łączących walczące dzielnice.

- To zawody, które mają do siebie to, że ich nie widać, chyba że się coś popsuje - śmieje się przewodniczący Staszczak.

Zrzeszeni w federacji "komunalni" i pracownicy samorządu terytorialnego jeszcze przed wojną sformułowali swoją misję. Zapisana jest napis nad głównym wejściem od strony Al. Jerozolimskich: "Przez samorząd i pracę społeczną do potężnej Polski". Umieścił go tam duet architektów, którzy zaprojektowali gmach: Bohdan Krzemieniewski i Leon Suzin, ojciec znanego prezentera telewizyjnego Jana Suzina. Budynek - a z nim napis - przetrwał wojnę w niemal nienaruszonym stanie. Na trzecim piętrze swoje biuro urządził Stanisław Mikołajczyk.

Na początku lat 50. przeprowadzono inwentaryzację gmachu. Dokonał jej autor budynku Leon Suzin. A ponieważ w scentralizowanym socjalistycznym państwie nie było miejsca na niezależny samorząd, nakazano mu zmienić napis na fasadzie, który w nowych okolicznościach stał się wrogi ideologicznie. Wystarczyło za pomocą dłuta dopisać jedno słowo: "ludowej". W ten prosty sposób nad wejściem do budynku znalazł się napis: "Przez samorząd i pracę społeczną do potężnej Polski Ludowej".

Napis takiej treści przetrwał Bieruta, Gomułkę, Gierka, Jaruzelskiego i przełom 1989 r. A dziś związkowcy zachodzą w głowę, co z nim zrobić.

- My historię bierzemy taką, jaka była. Bez ideologii. Nie odczuwamy przymusu, żeby napis na siłę "dekomunizować" - mówi Edward Staszczak. - Niezależnie od napisu do naszego budynku jesteśmy bardzo przywiązani. Nie odebrał nam go nawet Bierut mimo dekretu przekazującego państwu prywatne działki i budynki. Nasi poprzednicy złożyli wniosek o tzw. własność czasową, którego władza nie rozpatrzyła do 1989 r. I wciąż tu jesteśmy - mówi przewodniczący. Opowiada, że ostatnią próbę aneksji budynku podjął prezydent stolicy Lech Kaczyński. - I też się nie udało, choć procesy kosztowały nas sporo nerwów i pieniędzy - mówi Staszczak. "Komunalni" ciężko to przeżyli również z tego powodu, że dziadek braci Kaczyńskich, Aleksander Kaczyński, był przed wojną sekretarzem Oddziału Warszawskiego VI (Tramwaje i Autobusy) Związku Pracowników Komunalnych i Użyteczności Publicznej - czyli związkowcem z Al. Jerozolimskich 91.

Dziś budynek jest remontowany, wkrótce rusztowania zasłonią elewację od strony Al. Jerozolimskich.

A co po remoncie stanie się z napisem? - Przed decyzją zwrócimy się o opinię do stołecznej konserwator zabytków. A potem zobaczymy - odpowiada Edward Staszczak.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy