Warszawskie zagłębie prasy brukowej przy Nowym Świecie

Jerzy S. Majewski
04.03.2011 aktualizacja: 2011-03-03 16:16
A A A Drukuj
Nowy Świat po 1908 r. Najwyższa kamienica po lewej to dom pod nr. 22
Przed blisko 90 laty w kamienicy przy Nowym Świecie narodziła się warszawska prasa brukowa. Wcześniej mieściła się tu redakcja "Chimery", jednego z najbardziej wyrafinowanych pism artystycznych w naszych dziejach.
Dzieje "Chimery" nierozerwalnie związane są z historią secesji w Polsce. Pismo ukazujące się w latach 1901-07 miało niezwykle starannie opracowaną szatę graficzną, nad którą czuwał Stanisław Turbia-Krzyształowicz, autor m.in. zdobiących gazetę secesyjnych inicjałów i ozdobników. Zdaniem Mieczysława Wallisa, autora fundamentalnej polskiej książki o secesji, obok publikacji ilustrowanych przez Wyspiańskiego "Chimera" należy do najpiękniejszych dzieł polskiej grafiki książkowej początku XX w.

Sztuka dla sztuki

Redaktorem naczelnym "Chimery" był poeta i krytyk literacki Zenon Przesmycki "Miriam". Czasopismo wychodziło na dobrym papierze, a Przesmyckiemu zależało, by zgodnie z duchem secesji uczynić je dziełem sztuki całościowej, czyli poświęconej wszelkim przejawom twórczości artystycznej.

Autorami niezwykłych ilustracji, które do dziś żyją własnym, odrębnym życiem, byli głównie malarz Edward Okuń i grafik Franciszek Siedlecki. Ale ozdobniki "gościnnie" rysowali też tak wybitni artyści jak np. Józef Mehoffer. Ilustracje Okunia poruszały wyobraźnię, nasycone symboliką tworzyły światy mrocznej fantastyki, wywierając przed ponad stu laty podobne wrażenie jak dziś najbardziej śmiałe wizje z filmów fantasy.

„ »Chimera « głosiła hasło »sztuki dla sztuki «, propagowała elitaryzm, estetyzm, eskapizm. Nic dziwnego przeto, że jej aspołeczna i antydemokratyczna postawa, szczególnie rażąca w okresie rewolucji 1905 r., stała się przedmiotem gwałtownych ataków. (...) Pozbawiona oparcia w szerszych kręgach czytelników »Chimera « przestała wychodzić w 1907 r.” - oceniał Wallis.

Smok pod Chimerą

Historycy sztuki, pisząc o stronie estetycznej "Chimery", nie poruszyli dotąd innego fascynującego wątku: najbliższego sąsiedztwa redakcji. Otóż fantastyczne wątki Okunia przynajmniej częściowo dojrzewały w równie bajkowym wnętrzu - barze Dziechcińskiej. By do niego trafić, wystarczyło zejść na parter kamienicy przy Nowym Świecie 22. Bar ukształtowano na podobieństwo mrocznej, czarodziejskiej groty. Sufit i ściany części groty zostały obite gałęziami drzew, a skałę udawało płótno zmoczone wodą pomieszaną z klejem. W jednym z wgłębień jaskini "umieszczono wykonanego z tektury, drewna i metalu, jaskrawo pomalowanego smoka z długim, czerwonym ozorem, oświetlonego czerwonymi lampkami" - wspominał Władysław Płachciński. Co było pierwsze: smok w barze czy nazwa pisma "Chimera"? Tego nie udało mi się ustalić.

Właścicielką baru była pani Dziechcińska, zdaniem Płachcińskiego dama z towarzystwa. Jeżeli wpadali tu Przesmycki czy Okuń, to raczej na krótko. Był to bowiem rodzaj baru kanapkowego z wyszynkiem piwa. W witrynach stała wielka szklana szafa z rzędami różnorodnych i apetycznie wyglądających kanapek. Jadło się je do piwa (wódki tu nie było), które podawano w bombach, czyli kuflach średnich i małych po 15, 10 i 5 kopiejek za jedno. Po kilku kanapkach i dwóch średnich kuflach w głowie Okunia mogły rodzić się najbardziej śmiałe wizje.

Wróćmy jednak do wspomnień Płachcińskiego: "Wokoło groty biegły półki, przy których jedli i pili goście. Krzeseł ani też stolików nie było. (...) Po schodkach wchodziło się do niewielkiego pokoju, w którym ustawione były stoliki. Początkowo bar miał duże powodzenie. Była to nowość. Gość wchodził do baru. Zjadał dwie, trzy kanapki na stojąco, napił się piwa i po kilku, najwyżej kilkunastu minutach wychodził. Dla śpieszących się bar był idealną knajpką" - czytamy.

Szczyt renesansu

Kamienica przy Nowym Świecie 22 w czasie, gdy mieściła się w niej redakcja "Chimery", należała do najwyższych przy Nowym Świecie. Czteropiętrowa z lukarną na osi wyskakiwała niczym filip z konopi ponad jednopiętrowe oficyny pałacu Branickich. Miała jednak ciekawą architekturę. Ponad eklektyczną fasadą wznosił się neorenesansowy szczyt. Za nim zaś wysoki mansardowy dach z ozdobnym, metalowym grzebieniem. W samych elewacjach dominował cały katalog renesansowych motywów architektonicznych. Parter ożywiały duże witryny sklepów.

Budynek powstał w początku lat 90. XIX w., zastępując starszy, jednopiętrowy budynek sprzed powstania listopadowego. Mniej więcej w czasie, gdy zakładano tu "Chimerę", z kamienicy na Senatorską wyprowadziła się inna firma: hurtowy skład win krymskich i kaukaskich Tomasza Zaniewickiego.

Kilka lat po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w budynku narodził się pierwszy warszawski czerwoniak. Tak z uwagi na krzyczące tytuły w tym kolorze nazywano w przedwojennej Warszawie prasę sensacyjną. "Brałem udział w tych narodzinach. Był rok 1922, kwiecień. Chodziłem do Wawelberga i byłbym wyszedł na solidnego inżyniera, gdyby... Polecono mnie redaktorowi Henrykowi Butkiewiczowi jako kandydata na dziennikarza. Zgłosiłem się i zostałem przyjęty. Właśnie przygotowywano pierwszy numer gazety, jakiej jeszcze nie było - w każdym razie w Warszawie" - wspominał Jan Zbrożek na łamach "Stolicy" z 1964 r. Nowością była też pora ukazywania się gazety. Dotąd dzienniki miały wydania poranne i popołudniowe. Ta pojawiała się o godz. 12 w południe.

Nielegalny radioodbiornik

Redakcja ulokowała się w pokoju z kuchnią na pierwszym piętrze. "Pokój był średniej wielkości, stało w nim pięć stołów, kilkanaście krzeseł, szafa i podobny do wysmukłej jodły wieszak na palta" - czytamy w jednym ze wspomnień.

Gazeta nosiła początkowo nazwę "Kurier Informacyjno-Telegraficzny". Wkrótce ten przydługi tytuł zmieniono na "Kurier Czerwony". Początki były skromne. "Mieliśmy wszystkiego dwa telefony i jedną, a potem dwie maszyny do pisania. Poza tym samochód! (...) Trzyosobowa AGA - z przodu kierowca, dwaj pasażerowie z tyłu. Przy kierownicy Józef Gąsiorowski, który utrzymał się na tym stanowisku do końca" - pisał Zbrożek, który został tu szefem reportażu.

Ale redakcja miała jeszcze jedną rewelację techniczną. Był nim prymitywny radioodbiornik nazywany przez dziennikarzy stacją odbiorczą. "Nowość była tak szokująca, że Ministerstwo Poczt i Telegrafów opieczętowało naszą radiostację. Dopiero po dłuższych staraniach udało się ją zwolnić" - wspominał red. Zbrożek. Poza autem i radiostacją łączność ze światem w tamtym czasie zapewniał też goniec Franuś. W 1923 r. pismo osiągnęło taki sukces, że na rynku ukazał się jeszcze jeden tytuł "Express Poranny".

Bez nożyczek

O kamienicy przy Nowym Świecie 22 i pionierskich latach prasy "czerwonej" czytamy też w innym wspomnieniu: "Dom jak dom, niczym nie różnił się od zwykłych kamienic czynszowych. Ale w podwórzu na parterze warczała maszyna rotacyjna, wyżej zecernia i redakcja. W ciasnocie, w tym huczącym ulu dziennikarskim panował rozmach. Tyle tam było prężności i energii, że obie nowo narodzone gazety prześcignęły wkrótce prasę warszawską pod względem nakładu oraz szybkości informacji. Tak zwane czerwoniaki opanowały sprzedaż uliczną".

Autorzy wspomnień zadawali sobie pytanie, w czym tkwił sekret powodzenia czerwoniaków. I dochodzą do wspólnych wniosków: „W temperamencie dziennikarskim Henryka Butkiewicza, naczelnego redaktora »Kuriera Czerwonego «. W uporze i zimnej krwi Jerzego Plewińskiego, który redagował »Kurier Poranny «, w zdolnościach administracyjnych Antoniego Lewandowskiego”. Ci trzej umieli dobierać współpracowników, umieli wyławiać talenty pisarskie. W pogodni za dobrym piórem nie żałowali zaliczek ani słów zachęty i jeśli zaszła potrzeba, prowadzili kandydata na pół czarnej z koniakiem. Dokąd? Oczywiście do Gastronomii.

Owa Gastronomia to wielki lokal na rogu Nowego Światu i Al. Jerozolimskich. Dodajmy, że dziennikarze, którzy nie bardzo mieścili się w ciasnej redakcji, dużą część tekstów pisali właśnie przy stolikach w Gastronomii. W "Expressie Porannym" nad kroniką miejską czuwało nie byle jakie pióro Kazimierza Wierzyńskiego. Przerabiał na sposób literacki wszelkie wzmianki agencyjne i komunikaty magistratu. "Redaktor Butkiewicz nie uznawał nożyczek i kleju, cała gazeta musiała być napisana własnymi słowami. Jeszcze dziś pamiętam jeden z tytułów poety Wierzyńskiego do notatki o szczęśliwym stłumieniu pożaru" - czytamy we wspomnieniu.

Powojczyk w atramencie

Migawki z życia wielkomiejskiego pisywał Roman Zrębowicz. Recenzje teatralne - Jan Lorentowicz, który przysyłał je do redakcji zwykle przez kucharkę. Sam zjawiał się rzadko. „Kronikę gospodarczą i kulturalną opanował Leszek Makulski. Szlagiery na pierwszą stronę robił Stanisław Paciorkowski. Sprawy bieżące omawiała Jadwiga Krawczyńska. O damskich modach i kłopotach zabawnie pisała Janina Orynżyna. Nowiny polityczne przynosił z Sejmu Tadeusz Garztecki. Tytuły na trzy i cztery szpalty rozstawiał z niespotykaną w innych gazetach fantazją artysta malarz Władysław Waroszewski, zaś sprawozdania z wyścigów konnych pisane z zawadiackim humorem przynosił Aleksander Powojczyk ( »Powój «)” - czytamy. Jak zapewniał red. Zbrożek, Powojczyk sprawozdania pisywał w cukierni Szwajcarskiej przy Chmielnej, posługując się przodkiem długopisu ze sztyfcikiem i rezerwuarem atramentu. Dłonie zawsze miał nim umazane, a gdy go zabrakło w kawiarni, maczał pióro w czarnej kawie. Kieszenie miał ciągle wypchane, a strój na tyle ekscentryczny, że podczas konkursów hipicznych z trudem wchodził na najdroższe trybuny skupiające elegancką Warszawę.

W połowie lat 20. koncern prasowy tak się rozrósł, że przeprowadził się do bardziej obszernej siedziby przy Nowym Świecie 39. Zaś w końcu dekady do hipernowoczesnego Domu Prasy Polskiej przy Marszałkowskiej 3.

W kamienicy przy Nowym Świecie 22 znajdowały się też mieszkania. W 1926 r. dwa z nich zajmowali m.in. właściciele sporych kolekcji malarstwa polskiego: Stanisław Dangel i Edward Hartfik. Mieszkanie Dangela było przy tym dodatkowo umeblowane antykami. W latach 30. przyjmował tu jeden z licznych w okolicy lekarzy skórno-wenerologicznych Edward Brochis.

Z kolei na parterze ulokował się m.in. sklep z futrami Adynowskiej. W 1944 r. kamienica spłonęła. Jednak na fotografiach jej mury sprawiają wrażenie prawie nienaruszonych. Wielka ceglana ściana szczytowa górowała ponad ruinami spalonego pałacu Branickich. Jednak podczas odbudowy Nowego Światu postanowiono budynek obniżyć. Rozebrano łamany dach i dwa piętra, wyrównując gabaryty kamienicy do zabudowy odtworzonej ulicy. Ponad drugim piętrem architektom udało się jeszcze ukryć kolejną kondygnację częściowo schowaną w dwóch narożnych belwederkach. Zburzone też zostały oficyny. Do dziś z dawnego, eklektycznego wystroju budynku przetrwał jednak efektowny wystrój przejazdu bramnego. Można go oglądać, przechodząc z ulicy na zaplecze kamienic. Tam w miejscu dawnych oficyn i podwórek w latach 60. powstały istniejące do dziś pawilony handlowe. W czasach PRL-u dyskretnie kryły się w nich prywatne sklepy.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy