Skarb z Powiśla ukryty pod fabrycznym magazynem
11.03.2011
aktualizacja: 2011-03-10 21:30
ALBUM RODZINY HALINY I WŁODZIMIERZA JANUSZEWICZÓW (3)
Skarb w skrzyni wielkiej jak kanapa ukryto pod fabrycznym magazynem. Budynek spłonął, a belgijskie kryształy wraz z warszawskim srebrem stopiły się w bezkształtną bryłę. We wnętrzu ocalały jednak trzy patery, wazony i kilka innych dzieł jubilerskich
ZOBACZ TAKŻE
- Ponura szkoła noblistki przy Krakowskim Przedmieściu (01-04-11, 15:00)
- Bezdomni zamiast Polonusów w domu nad Wisłą (25-03-11, 14:00)
- Dokumenty z wojny znalezione w słoiku. Wystawa w BUW (16-03-11, 10:00)
- Pół wieku tropienia warszawskich absurdów (14-03-11, 12:00)
- Telefony w urzędzie: nie odbieramy, bo nie mamy czasu (13-03-11, 13:00)
- Jałmużna Wielkopostna - nowa kampania społeczna (10-03-11, 22:00)
- Niech pomnik wróci nad Wisłę. To część pejzażu (10-03-11, 12:00)
- Tropem starego zdjęcia: "Ci chłopcy, to ja z kuzynem!" (10-03-11, 11:00)
- Po 62 latach coraz bliżej powrotu pomnika na Powiśle (09-03-11, 13:00)
- Nowe tablice w Łazienkach, nowy podział na trzy ogrody (07-03-11, 22:51)
- Warszawskie zagłębie prasy brukowej przy Nowym Świecie (04-03-11, 14:00)
- "Wpieriod! Bij Moskala!" - wielka bitwa na Grochowie (26-02-11, 18:21)
Wszystkie powstały w Fabryce Wyrobów Złotych i Srebrnych W. Krupski i J. Matulewicz założonej w 1909 r. przy Leszczyńskiej 12 na Powiślu. Wspominałem o niej przed dwoma tygodniami w tekście o warszawskich jubilerach i kupcach diamentów. Po nim z redakcją skontaktowała się córka Władysława Łukasza Krupskiego.
Kwiat w Paryżu
Pani Halina Januszewicz pokazuje mi ocalałą paterę: - Moja mama, Jadwiga ze Szrederów Krupska, wygrzebała ją po wojnie spod gruzów. Kryształ do patery ojciec sprowadzał z Belgii. W fabryce przy Leszczyńskiej powstawała srebrna oprawa do tych wyrobów. Proszę spojrzeć. Widać na niej ślady ognia - mówi.
"Wyrabiane artykuły w galanterii, do założenia fabryki były importowane, przeto wprowadzenie wytwórczości w kraju zamknęło w dużej części sprowadzanie ich z zagranicy i dlatego to wyroby fabryki cieszą się ogromnym uznaniem i popytem, a gustem w formie i wykonaniu wyroby zaliczone zostały do pierwszorzędnych w tej gałęzi" - czytamy w tekście reklamowym zamieszczonym w tygodniku "Świat" z 1923 r.
W tym czasie firma jako jedna z nielicznych tego rodzaju w Warszawie przetrwała załamanie gospodarki wywołane wybuchem pierwszej wojny światowej i utratą rynku rosyjskiego. Zatrudniała wtedy aż 70 pracowników, a w hali fabrycznej stały maszyny o sile "43 koni elektrycznych". W końcu lat 30. pracowało tu już 100 osób.
Założycielami fabryki byli dwaj wspólnicy Władysław Krupski i Jan Matulewicz.
- Mój dziadek był malarzem. Ojciec urodzony w 1883 r. też odebrał wykształcenie artystyczne. Wyjechał do Paryża i tam w École des Beaux Arts uczył się złotnictwa. Jego pracą dyplomową był kwiat ze złota. Jak nam później opowiadał, profesorowie byli zachwyceni i pokazywali innym, jak należy taką pracę wykonywać - opowiada pani Halina Januszewicz i mówi, że po powrocie do Warszawy jej ojciec uczył się jeszcze rysunku w szkole Wojciecha Gersona.
Salon w złotej tapecie
Fabryka"W. Krupski i J. Matulewicz zajmowała działkę przy Leszczyńskiej mniej więcej pośrodku jej odcinka pomiędzy Dobrą a Browarną. Dom frontowy z mieszkaniami właścicieli i kantorem fabrycznym był jednopiętrowy z poddaszem i przypuszczalnie niewiele zmienił się od chwili powstania zakładu aż do Powstania Warszawskiego. Jak wspomina pani Januszewicz, elewacja był szara, ożywiona balkonami i olbrzymimi weneckimi oknami. Na podwórko wiodła brama. Była tak wielka, że na dziedziniec wjeżdżały przez nią ciężarówki.
Nad bramą po lewej stronie znajdowało się mieszkanie dozorcy. - Wyżej, na piętrze, mieszkaliśmy my i wspólnik ojca Jan Matulewicz z rodziną. Na parterze mieścił się kantor fabryki - słyszymy. W głębi posesji po prawej stronie wznosiła się hala fabryczna, pośrodku piec do wytopu metalu, z lewej zaś magazyn. Ten sam, pod którym w czasie Powstania Warszawskiego została ukryta skrzynia z najcenniejszymi wyrobami.
Do kantoru wchodziło się po marmurowych schodach. W środku mieściły się wielkie mahoniowe gabloty, na których poustawiano wyroby fabryki. Były to nie tylko patery i wazony, ale też papierośnice, złote i srebrne, przybory do likierów i picia kawy, wyroby emaliowane, rozmaite pudełeczka, świeczniki.
Wiele tych przedmiotów można do dziś znaleźć na rynku antykwarycznym i są one znakowane imienną puncą "KiM". Te z lat 20. noszą w sobie cechy sztuki dekoracyjnej. Z kolei w latach 30. zdaniem pani Haliny Januszewicz fabryka zaczęła też produkować wyroby o modnej stylistyce modernistycznej.
Do mieszkania Krupskich wiodły szerokie podwójne drzwi. Za nimi znajdował się wąski korytarz z szafką z lustrem i wieszakami, dalej hol, a z niego prowadziły wejścia do jadalni, sypialni, łazienki i pozbawionej okna sionki dla służącej. - Ojciec uważał, że sionka jest przerażająco mała i nad kuchnią nadbudował nową służbówkę przypominającą werandę. Tam znalazło się łóżko i szafka dla służącej. Kuchnia zaś miała wyjście na balkon i wielkie okno. W salonie stały ciężkie rzeźbione meble. Nie wiem, gdzie zostały kupione. W każdym razie ojciec opowiadał, że nad rzeźbami do nich stolarz ślęczał przez trzy lata - mówi nasza czytelniczka.
Salon miał ściany obite złotą tapetą. Wisiały też w nim obrazy. - Ojciec był beneficjentem Zachęty. Prowadzał nas na wystawy. Czyje to były obrazy, nie pamiętam. Wiem, że jeden z nich był dziełem któregoś z Kossaków. Przedstawiał ułana z dziewczyną. Na innym pamiętam piękny pejzaż z brzozami - wspomina pani Januszewicz.
Fiat w bramie
Sąsiadami Krupskich była rodzina Jana Matulewicza. - Ojciec bardzo cenił wspólnika, który też był złotnikiem. Ja jednak nie pamiętam, bym odwiedzała tamten dom. Oni mieli dorosłą już córkę, która ani mnie, ani moich dwóch młodszych braci z uwagi na wiek nie bardzo interesowała. Za to kolegowaliśmy się z synem dozorcy Apolinarego - wspomina pani Halina Januszewicz.
Niestety, chłopiec był chory na gruźlicę. - Ojciec okropnie bał się gruźlicy i nie pozwalał nam się z nim spotykać. Po kryjomu wymienialiśmy jednak wiadomości, spuszczając je z balkonu w przywiązanym do sznurka pudełeczku - mówi. Wkrótce syn dozorcy zmarł. Na gruźlicę umarła też pierwsza pani Apolinarego. Wtedy ożenił się ponownie.
- Apolinary to był ogromny mężczyzna. Pamiętam, że ojciec sprawił mu ogromny kożuch aż do ziemi. W tym kożuchu przerażał nas swym wyglądem i bardzo go słuchaliśmy - uśmiecha się nasza rozmówczyni.
W mieszkaniu Krupskich pracowała tylko jedna służąca. - Mama prowadziła zdrową kuchnię i nie chciała kucharki - słyszymy. Rodzeństwo jeździło do szkoły w Śródmieściu. Pani Halina do Janiny Anders-Puchaczewskiej przy Nowym Świecie 49. - Jeździliśmy tramwajem linii P. Młodszy brat Władek sporządził bardzo wierny model wozu tramwajowego. Ja zrobiłam do niego postaci pasażerów. Wóz miał silnik elektryczny i jeździł po szynach. Ojciec trochę się nawet bał, że w trakcie tych zabaw porazi nas prąd - śmieje się.
1
2
następne »
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


