Skarb z Powiśla ukryty pod fabrycznym magazynem

Jerzy S. Majewski
11.03.2011 aktualizacja: 2011-03-10 21:30
A A A Drukuj
Rodzina Krupskich przy fiacie 508. Od lewej: Władek, Jurek, Halina (dziś Januszewicz) i przemysłowiec Władysław ALBUM RODZINY HALINY I WŁODZIMIERZA JANUSZEWICZÓW (3)
Skarb w skrzyni wielkiej jak kanapa ukryto pod fabrycznym magazynem. Budynek spłonął, a belgijskie kryształy wraz z warszawskim srebrem stopiły się w bezkształtną bryłę. We wnętrzu ocalały jednak trzy patery, wazony i kilka innych dzieł jubilerskich


Wszystkie powstały w Fabryce Wyrobów Złotych i Srebrnych W. Krupski i J. Matulewicz założonej w 1909 r. przy Leszczyńskiej 12 na Powiślu. Wspominałem o niej przed dwoma tygodniami w tekście o warszawskich jubilerach i kupcach diamentów. Po nim z redakcją skontaktowała się córka Władysława Łukasza Krupskiego.

Kwiat w Paryżu

Pani Halina Januszewicz pokazuje mi ocalałą paterę: - Moja mama, Jadwiga ze Szrederów Krupska, wygrzebała ją po wojnie spod gruzów. Kryształ do patery ojciec sprowadzał z Belgii. W fabryce przy Leszczyńskiej powstawała srebrna oprawa do tych wyrobów. Proszę spojrzeć. Widać na niej ślady ognia - mówi.

"Wyrabiane artykuły w galanterii, do założenia fabryki były importowane, przeto wprowadzenie wytwórczości w kraju zamknęło w dużej części sprowadzanie ich z zagranicy i dlatego to wyroby fabryki cieszą się ogromnym uznaniem i popytem, a gustem w formie i wykonaniu wyroby zaliczone zostały do pierwszorzędnych w tej gałęzi" - czytamy w tekście reklamowym zamieszczonym w tygodniku "Świat" z 1923 r.

W tym czasie firma jako jedna z nielicznych tego rodzaju w Warszawie przetrwała załamanie gospodarki wywołane wybuchem pierwszej wojny światowej i utratą rynku rosyjskiego. Zatrudniała wtedy aż 70 pracowników, a w hali fabrycznej stały maszyny o sile "43 koni elektrycznych". W końcu lat 30. pracowało tu już 100 osób.

Założycielami fabryki byli dwaj wspólnicy Władysław Krupski i Jan Matulewicz.

- Mój dziadek był malarzem. Ojciec urodzony w 1883 r. też odebrał wykształcenie artystyczne. Wyjechał do Paryża i tam w École des Beaux Arts uczył się złotnictwa. Jego pracą dyplomową był kwiat ze złota. Jak nam później opowiadał, profesorowie byli zachwyceni i pokazywali innym, jak należy taką pracę wykonywać - opowiada pani Halina Januszewicz i mówi, że po powrocie do Warszawy jej ojciec uczył się jeszcze rysunku w szkole Wojciecha Gersona.

Salon w złotej tapecie

Fabryka"W. Krupski i J. Matulewicz zajmowała działkę przy Leszczyńskiej mniej więcej pośrodku jej odcinka pomiędzy Dobrą a Browarną. Dom frontowy z mieszkaniami właścicieli i kantorem fabrycznym był jednopiętrowy z poddaszem i przypuszczalnie niewiele zmienił się od chwili powstania zakładu aż do Powstania Warszawskiego. Jak wspomina pani Januszewicz, elewacja był szara, ożywiona balkonami i olbrzymimi weneckimi oknami. Na podwórko wiodła brama. Była tak wielka, że na dziedziniec wjeżdżały przez nią ciężarówki.

Nad bramą po lewej stronie znajdowało się mieszkanie dozorcy. - Wyżej, na piętrze, mieszkaliśmy my i wspólnik ojca Jan Matulewicz z rodziną. Na parterze mieścił się kantor fabryki - słyszymy. W głębi posesji po prawej stronie wznosiła się hala fabryczna, pośrodku piec do wytopu metalu, z lewej zaś magazyn. Ten sam, pod którym w czasie Powstania Warszawskiego została ukryta skrzynia z najcenniejszymi wyrobami.

Do kantoru wchodziło się po marmurowych schodach. W środku mieściły się wielkie mahoniowe gabloty, na których poustawiano wyroby fabryki. Były to nie tylko patery i wazony, ale też papierośnice, złote i srebrne, przybory do likierów i picia kawy, wyroby emaliowane, rozmaite pudełeczka, świeczniki.

Wiele tych przedmiotów można do dziś znaleźć na rynku antykwarycznym i są one znakowane imienną puncą "KiM". Te z lat 20. noszą w sobie cechy sztuki dekoracyjnej. Z kolei w latach 30. zdaniem pani Haliny Januszewicz fabryka zaczęła też produkować wyroby o modnej stylistyce modernistycznej.

Do mieszkania Krupskich wiodły szerokie podwójne drzwi. Za nimi znajdował się wąski korytarz z szafką z lustrem i wieszakami, dalej hol, a z niego prowadziły wejścia do jadalni, sypialni, łazienki i pozbawionej okna sionki dla służącej. - Ojciec uważał, że sionka jest przerażająco mała i nad kuchnią nadbudował nową służbówkę przypominającą werandę. Tam znalazło się łóżko i szafka dla służącej. Kuchnia zaś miała wyjście na balkon i wielkie okno. W salonie stały ciężkie rzeźbione meble. Nie wiem, gdzie zostały kupione. W każdym razie ojciec opowiadał, że nad rzeźbami do nich stolarz ślęczał przez trzy lata - mówi nasza czytelniczka.

Salon miał ściany obite złotą tapetą. Wisiały też w nim obrazy. - Ojciec był beneficjentem Zachęty. Prowadzał nas na wystawy. Czyje to były obrazy, nie pamiętam. Wiem, że jeden z nich był dziełem któregoś z Kossaków. Przedstawiał ułana z dziewczyną. Na innym pamiętam piękny pejzaż z brzozami - wspomina pani Januszewicz.

Fiat w bramie

Sąsiadami Krupskich była rodzina Jana Matulewicza. - Ojciec bardzo cenił wspólnika, który też był złotnikiem. Ja jednak nie pamiętam, bym odwiedzała tamten dom. Oni mieli dorosłą już córkę, która ani mnie, ani moich dwóch młodszych braci z uwagi na wiek nie bardzo interesowała. Za to kolegowaliśmy się z synem dozorcy Apolinarego - wspomina pani Halina Januszewicz.

Niestety, chłopiec był chory na gruźlicę. - Ojciec okropnie bał się gruźlicy i nie pozwalał nam się z nim spotykać. Po kryjomu wymienialiśmy jednak wiadomości, spuszczając je z balkonu w przywiązanym do sznurka pudełeczku - mówi. Wkrótce syn dozorcy zmarł. Na gruźlicę umarła też pierwsza pani Apolinarego. Wtedy ożenił się ponownie.

- Apolinary to był ogromny mężczyzna. Pamiętam, że ojciec sprawił mu ogromny kożuch aż do ziemi. W tym kożuchu przerażał nas swym wyglądem i bardzo go słuchaliśmy - uśmiecha się nasza rozmówczyni.

W mieszkaniu Krupskich pracowała tylko jedna służąca. - Mama prowadziła zdrową kuchnię i nie chciała kucharki - słyszymy. Rodzeństwo jeździło do szkoły w Śródmieściu. Pani Halina do Janiny Anders-Puchaczewskiej przy Nowym Świecie 49. - Jeździliśmy tramwajem linii P. Młodszy brat Władek sporządził bardzo wierny model wozu tramwajowego. Ja zrobiłam do niego postaci pasażerów. Wóz miał silnik elektryczny i jeździł po szynach. Ojciec trochę się nawet bał, że w trakcie tych zabaw porazi nas prąd - śmieje się.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy