Historia kamienicy w sercu przedwojennej Pragi

Jerzy S. Majewski
18.03.2011 aktualizacja: 2011-03-17 21:31
A A A Drukuj
Kamienica przy Targowej 44 Fot. Franciszek Mazur / Agencja Gazeta
  • Kapliczka w kamienicy przy Targowej 44
Przedwojenna Targowa była Marszałkowską Pragi. W kamienicy Kwasieborskich pod numerem 44 bawiły się elity Warszawy. Bywali w niej znani literaci i sanacyjni politycy tacy jak Bolesław Wieniawa-Długoszowski.
Budynek przetrwał wojnę, jego upadek zaczął się dopiero po 1945 r. Tracił stopniowo wystrój elewacji i zamieniał się w slums. Dziś szara, pozbawiona wystroju elewacja jest jedynie smutnym cieniem dawnej świetności. Resztki dekoracji ujrzymy już tylko w przejeździe bramnym.

Warto tam wejść. Spójrzmy na fryz obiegający wnętrze. Zdobią go festony z pęków kwiatów i owoców przedzielone motywem medalionów. Dekoracja kojarzy się z francuskim klasycyzmem Ludwika XVI. Za to secesyjny jest sufit przejazdu bramnego dekorowany falującym prążkowaniem. Na mrocznym podwórku studni widnieje kapliczka z Matką Boską. Dalej, za drugą bramą, jeszcze kilka lat temu stały oficyny. Częściowo je zburzono, odsłaniając widok na ceglany krajobraz zaplecza ul. Brzeskiej.

Kawa i kapelusze z sieci

Na początku XX stulecia posesja przy Targowej 44 należała do Nauma Weinsteina. Potem stała się własnością rodziny Kosanowiczów. To na ich zlecenie przed 1914 r. wyrosła tu nowoczesna czteropiętrowa kamienica z wyniosłym szczytem, za którym ukryło się poddasze. Szczyt w formie mocno spłaszczonego pięcioboku kojarzy się z architekturą ówczesnych miast niemieckich. Przypomina też nieco zwieńczenia kamienicy przy Lwowskiej 13 czy niektórych domów w ówczesnym warszawskim city.

Sama dekoracja elewacji przy Targowej 44 miała charakter eklektyczny. Łączyła przetworzone w duchu wczesnego modernizmu elementy renesansu, późnego baroku i wczesnego klasycyzmu. Fasadzie rytm nadają półkoliście zamknięte płyciny ujmujące piony okien. Łączenie takich właśnie płycin z historycznym detalem przypomina fasadę innej kamienicy przy Lwowskiej - domu Daabów pod nr. 6 z lat 1909-10.

Dom przy Targowej 44 ustępował rozmiarami nowym kamienicom w centrum, ale należał do eleganckich. Był też pojemny. Miał aż dwa podwórka studnie otoczone oficynami. Dowodem na to, że kamienicę do końca lat 30. uważano za budynek solidny, było ulokowanie się w nim nowoczesnych sklepów firmowych. Nie były to sieci międzynarodowe takie jak Bata (ta miała swój sklep m.in. przy Targowej 66), ale warszawskie. Tu mieścił się więc jeden z kilku magazynów z wytwornymi kapeluszami pod firmą Mieszkowski (inne to m.in. Marszałkowska 109 czy Nowy Świat 53).

Jak opowiadał mi Emil Mieszkowski, w latach 30. sklepy należące do kilku członków rodziny były modernizowane i należały do najładniejszych w Warszawie. Po mieście jeździł zaś samochód firmowy z reklamą w formie cylindra ciągniętego na przyczepie o aerodynamicznym kształcie. Nowoczesnym designem wyróżniały się też sklepy Plutona - palarni kawy i największego w przedwojennej Polsce importera tej używki. - W 1939 r. w Warszawie mieliśmy 24 sklepy, a poza miastem kilka kolejnych - mówi ostatni właściciel tej firmy Kordian Tarasiewicz. Swoje sklepy Pluton zaczął modernizować w końcu lat 30. przy współpracy z architektami Jadwigą i Januszem Ostrowskimi.

Szaleństwa Ferdzia

Mieszkania przy Targowej 44 od frontu były obszerne i przyzwoicie wyposażone, a okna wychodziły na szeroką w tym miejscu ulicę z pielęgnowanymi zieleńcami pośrodku. Jedno z mieszkań zajmował Ferdynand Goetel, dziennikarz (krótko naczelny "Kuriera Porannego"), prozaik i oryginał charakterystyczny dla międzywojennej stolicy. O Goetlu w warszawskim towarzystwie głośno zrobiło się już w 1909 r., gdy jako 19-latek znalazł się wśród uczestników katastrofalnej wspinaczki na Wielką Buczynową Turnię w Tatrach. Zginął wtedy student Maluszek, a trzech jego towarzyszy, w tym Goetel, zostało rannych. Zdarzenie opromieniło go aureolą "romantycznego, sportowego bohaterstwa". Dodajmy, że należał wtedy do Polskiego Klubu Narciarskiego, a wspinał się od 1908 r.

Po latach wspominał go pianista, krytyk i profesor warszawskiego konserwatorium Roman Jasiński. Jego zdaniem Ferdzio - jak go nazywał - nie wyglądał na sportowca. Raczej na solidnego, łysiejącego mieszczanina. Jednak jak pisał w książce „Zmierzch starego świata”, wbrew pozorom w Goetlu tkwiły pokłady nieoczekiwanej, dziwnej fantazji. Miał on niewyczerpane ambicje artystyczne. Studiował w Wiedniu architekturę. Pisał i chciał komponować. „Dnia pewnego oświadczył mi, że jego życiowym marzeniem jest zostać kompozytorem. (...) Zaproponował mi, bym rozpoczął z nim niezwłocznie naukę gry na fortepianie. Mówił rzeczy, które mnie zadziwiły, twierdząc, że czuje w sobie twórcze siły muzyczne, które niebawem pozwolą mu zmierzyć się z samym Szymanowskim.(...) Zadziwienie przemieniło się szybko w zaniepokojenie, gdym w parę dni potem przeegzaminował go u mnie przy fortepianie. Fredziu - co tu gadać - grać na fortepianie właściwie nie umiał. Brzdąkał coś niecoś bez sensu”. Nauka jednak trwała. Plotkowała o niej literacka Warszawa, a Feliks Topolski na łamach tygodnika „Kultura” zamieścił karykaturę Romana Jasińskiego uczącego Goetla gry fortepianowej. Efekty były mizerne i ku radości nauczyciela Goetel zrezygnował z kariery kompozytora. Zdaniem Jasińskiego poszukiwanie własnych talentów nałożyło się z kryzysem twórczości literackiej prozaika: „Po paru pierwszych tomach prozy, po sukcesie powieści »Z dnia na dzień” tłumaczonej coś na dziesięć języków następne książki okazywały się coraz słabsze”.

Gremialne pijaństwo

Dziś o prozie Goetla pamiętają tylko specjaliści. Trzeba jednak przyznać, że przyczyniła się do tego całkowita cenzura nałożona na jego twórczość i wycofanie jego książek z bibliotek w czasach PRL-u. W latach 30. Warszawa bardziej jednak niż prozą Goetla fascynowała się organizowanymi przez niego błyskawicznymi przyjęciami w kamienicy przy Targowej 44. Polegały one nieodmiennie na gremialnym pijaństwie i nazywane były przez niego "łabardanami".

Oto treść zaproszenia na jedno z nich: "Prezes z Pragi urządza 21 XI 1931 II Łabardan. Uczestniczyć będą: Choynowski, Gebethnerowie, Domaniewski, Jaroszewicz, Jasiński, Mackiewicz, Morstin, Parandowski, Słonimski, Skoczylas, Słapa, Staff, Stryjeński, Schiller, Tuwim, Wieniawa, Wierzyński, Wittlin. Na widowni: pani Goetlowa, dzieci, panna Hanna i Marynia. Bufet łabardan: wierozub, comber, pilaff i kawardale. Trunki: jak ostatni raz. Muzyka: ryp-cyp-indzia-pindzia-hurrdana! (...) Początek o 8. wieczorem - koniec godzinę później".

"Łabardany" musiały cieszyć się ogromną popularnością, skoro jeszcze wiele lat później Jarosław Iwaszkiewicz nie bez zawoalowanej pretensji wspominał, że nigdy nie został na nie zaproszony. Impreza trwała istotnie zgodnie z zapowiedzią niespełna półtorej godziny. Wszystko odbywało się tu w największym pośpiechu. "Tempo jedzenia i picia przechodziło wszystko, co w tej dziedzinie udało mi się w życiu oglądać. Pito wyłącznie najlepsze francuskie koniaki, i to tak szybko, jak gdyby przyjęcie odbywało się w czasie postoju na dworcu kolejowym. O żadnej normalnej konwersacji nie mogło być mowy, co przecie nie oznacza, by pito i zakąszano w milczeniu. Panowała atmosfera jakiegoś rejwachu, z każdą chwilą rosnącego i przybierającego gwałtowniejszą formę. Po godzinie wszyscy już byli mocno zalani, tak że następne pół godziny poświęcano na likwidację zabawy, głównie zaś na szukanie palt, kapeluszy, picie strzemiennego, pożegnalne śpiewy" - wspominał Jasiński.

Posterunkowy goni komisarza

Po jednym z takich „łabardanów” - jak pisze Jasiński - padła komenda: „Na Adrię!”. Część zebranych przyjęła ją z entuzjazmem. W tłumie, który wyległ na Targową z domu pod nr. 44, byli m.in. Bolesław Wieniawa-Długoszowski i Wołodia Jaroszewicz pełniący wówczas funkcję komisarza rządu na m.st. Warszawę. Tak się zdarzyło, że Jaroszewicz miał pilną potrzebę wysiusiania się. Sprawę załatwił pod drzewem rosnącym pośrodku plantacji na Targowej. Wypatrzył go policjant i ruszył na niego. „Sytuacja była głupia. Jakże podpity Jaroszewicz, któremu podlegała policja, miał się tłumaczyć i dać legitymować zwykłemu posterunkowemu? Nie było chwili do stracenia. »W nogi!” - krzyknąłem i pociągnąłem za sobą Jaroszewicza i Wieniawę do przejeżdżającej dorożki. Policjant nie dał za wygraną. Złapawszy inną dryndę, począł nas ścigać” - wspominał Jasiński. Wyścig rozgrywający się na Targowej rozemocjonował go. Tymczasem Jaroszewicz „niezbyt przejęty oryginalną sytuacją spokojnie się zapinał, Wieniawa doceniający sportowy moment tej całej historii podniecał dorożkarza wszelkimi możliwymi argumentami do jak najszybszej jazdy. Ja pomagałem mu w tym, wydając od czasu do czasu jakieś nieartykułowane okrzyki. (...) Na moście Kierbedzia [dziś Śląsko-Dąbrowski] potrafiliśmy wreszcie umknąć”. Tak dotarli do Adrii.

Poszukiwany za Katyń

Kamienica nie zmieniła się zewnętrznie w czasie okupacji. Ferdynand Goetel podczas wrześniowej obrony Warszawy był kierownikiem sekcji propagandy Obywatelskiego Komitetu Pomocy Ludności. Pisał przemówienia dla prezydenta Stefana Starzyńskiego. W czasie okupacji wraz z Wilamem Horzycą redagował podziemne pismo "Nurt". Za zgodą delegatury rządu londyńskiego w 1943 r. z ramienia Czerwonego Krzyża znalazł się w misji niemieckiej badającej polskie groby w Katyniu. To z tego powodu stał się wyjątkowo niewygodny dla powojennych władz w PRL-u.

Jeszcze trwało Powstanie Warszawskie, gdy Goetel, 16 września 1944 r., wraz z grupą kilkunastu uchodźców znalazł się w Stawisku w domu Iwaszkiewicza, którego nie zapraszał na swoje "łabardany". "Ulokowano mnie z nim na nocleg na dobrze mi znanej olbrzymiej, krytej czerwoną skórą kanapie. Fredzio był jak zwykle jowialny, pełen właściwiej sobie pogody ducha. Nie oznaczało to jednak, by był on zbyt wielkim optymistą. Na wszystko spoglądał realnie i bez złudzeń" - wspominał Jasiński. I dodawał, że tego dnia Goetel powiedział mu: "Gdyżeś bracie raz stracił własne łóżko, nieprędko je odzyskasz". Następnego ranka ruszył dalej i Jasiński nigdy w życiu już go nie spotkał.

Za Katyń władze komunistyczne po wyzwoleniu poszukiwały go listami gończymi, fałszywie oskarżając o kolaborację z Niemcami. Ukrywał się w jednym z krakowskich klasztorów. Ponoć wydał go w końcu Adam Ważyk. Z fałszywym paszportem zdołał jednak uciec z Polski, by przez Włochy trafić w 1946 r. do Londynu. Pisał m.in. do tamtejszych "Wiadomości" i paryskiej "Kultury". Zmarł w 1960 r. Jego twórczość przestała być w Polsce zakazana dopiero w 1989 r.

Sama kamienica przy Targowej z roku na rok popadała w coraz większe zaniedbanie. Stopniowo usuwano wystrój architektoniczny elewacji. W końcu wyczyszczono go niemal do gołej ściany. Zostały tylko detale w bramie.

Aż do 1953 r. na parterze ciągle działał sklep Mieszkowskich. Dopiero wtedy, w trakcie końcowego aktu bitwy o handel, został upaństwowiony i przejęty przez handlowego potwora Miejski Handel Detaliczny (MHD)

PS Za podsunięcie mi wspomnień Romana Jasińskiego dziękuję panu prof. Włodzimierzowi Januszewiczowi

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy