Warszawa nieodbudowana: losy kamienicy przy Rysiej
15.04.2011
aktualizacja: 2011-04-14 19:40
Iluzjon w staroświeckiej kamienicy przy Rysiej mieścił się w mrocznej sali za sklepem papierniczym. Filmy wyświetlano bez napisów, a ich treść widzowie komentowali na żywo. Warszawa nieodbudowana - Rysia 5/Marszałkowska 144.
ZOBACZ TAKŻE
- Walka o najstarszy słup w Warszawie. Absolutny unikat (07-04-11, 09:00)
- Dotkliwe raty kredytów w Warszawie już przed wojną (29-04-11, 15:00)
- Chaos bud, krzywe chodniki - już Tyrmand o tym pisał (05-04-11, 11:00)
- Wspaniała kolekcja drzew pomarańczowych w Łazienkach (22-04-11, 15:00)
- Stare horrory, lwy i tygrysy na ulicy w Śródmieściu (08-04-11, 15:00)
- Jak powstawały żarówki? Historia fabryki na Woli (06-05-11, 14:00)
- Nowa sala kinowa. Tam gdzie Gomułka oglądał filmy (09-04-11, 18:00)
Ten kinematograf miał charakter półprywatny. Stały w nim zwykłe krzesła, a projekcje trwały nie dłużej niż kilkanaście minut. Przed rokiem 1909 wyświetlano tu zarówno obrazy kręcone na miejscu, jak i sprowadzane z zagranicy.
„Napisów na filmach nie było, więc o szczegółach związanych z rozgrywającą się jakąś tam akcją informował jegomość stojący przy rozpostartym płótnie: »Okrutny zbójca Don Fernando ucieka właśnie przed policją. Teraz go chwytają, lecz jak państwo widzą, broni się jak może « itd., itd.” - wspominał Roman Jasiński w książce „Zmierzch starego świata”. Ten przyszły pianista urodził się w tej kamienicy w 1900 r. i przez dziewięć lat mieszkał tu wraz z rodzicami oraz dwiema siostrami Hanią i Zosią.
W świetle gazowej lampy
W czasach jego dzieciństwa kamienica przy Rysiej pomiędzy Marszałkowską a Szkolną miała już swoje lata. Niegdyś elegancka, teraz uchodziła za staroświecką, mocno już trącącą architektoniczną myszką, pozbawioną nowoczesnych urządzeń cywilizacyjnych. Do kinematografu i sklepów musiało dochodzić światło, ale w mieszkaniach nadal używano oświetlenia gazowego lub lamp spirytusowych. "Lampy spirytusowe bardzo lubiłem, gdyż były jasne i wesołe" - wspominał Jasiński.
Kamienica powstała po 1868 r. Postawił ją dla siebie budowniczy miejski, architekt Józef Orłowski. Rozebrał stojące tu wcześniej zabudowania i zaprojektował nowy dom o trzech frontach: od Marszałkowskiej, Rysiej i Szkolnej. Kamienica miała trzy piętra. Szczególnie starannie została zaprojektowana elewacja od Marszałkowskiej. Była eklektyczna, skomponowana przy użyciu motywów renesansu i empire'u. Na osi znalazł się pseudoryzalit ozdobiony półkolistymi oknami i zwieńczony trójkątnym frontonikiem. Po jego bokach w dość niedbałych pozach spoczywały dwie figury alegoryczne, pośrodku zaś sterczała wysmukła waza. Elewacja ta w nieco uproszczonej formie powtórzona została od strony Szkolnej.
Orłowski miał w kamienicy mieszkanie i dużą pracownię. Budynek był duży i przynosił dochód zarówno z wynajmowanych mieszkań, jak i sklepów. To właśnie na Marszałkowską w czasach powstania budynku przenosiło się eleganckie życie handlowe Warszawy, choć aż po schyłek XIX w. wciąż za najwytworniejszą ulicę handlową uchodziła Senatorska.
Burza morska na klatce
W chwili gdy urodził się Roman Jasiński, Józef Orłowski nie żył już od 20 lat. Na przełomie XIX i XX wieku budynek był własnością Stanisława, a po jego śmierci Zofii Komar-Gackich. Jasińscy wprowadzili się do ogromnego narożnego mieszkania na trzecim piętrze budynku od strony Rysiej, Szkolnej i pl. Zielonego (czyli późniejszego pl. Dąbrowskiego).
Narożny pokój w mieszkaniu Jasińskich na trzecim piętrze miał balkon. Wychylając się, można z niego było zobaczyć kamienicę Bogusława Hersego z luksusowym domem mody. W domu Hersego u zbiegu pl. Zielonego i Erywańskiej (dziś Kredytowej) ojciec Romana Kazimierz Jasiński miał własny dom bankowy. Wielkie złocone litery napisu "Kazimierz Jasiński" błyszczały w słońcu nad wejściem.
Jak wspomina Roman Jasiński, pl. Zielony to było jedno z najpiękniejszych i zarazem najwytworniejszych miejsc w Warszawie. Zdobił go każdy budynek, a kamienica Hersego wywierała na Jasińskim największe wrażenie. "Olbrzymie wystawy wspaniałego domu mody wychodzące zarówno na Marszałkowską, jak i na Erywańską prezentowały się imponująco. Dziś mieszkańcy Warszawy, a więc miasta, które zapomniało, że istnieją wielkie lustrzane szyby wystawowe, o tego rodzaju luksusach nie mają wyobrażenia" - pisał w latach 70. XX w., a jego słowa do dziś wydają się aktualne.
Wróćmy jednak do kamienicy przy Rysiej. Jasiński wspomina, że mimo obszernych pokojów w mieszkaniu brakowało nowoczesnych urządzeń cywilizacyjnych. To oznaczało, że palono w piecu, zamiast toalety używano naczyń nocnych, a kuchnia była węglowa. Za to pokoje były nie dość że wielkie, to także bardzo wysokie.
W dodatku okna z pokojów nie wychodziły na mroczne podwórko studnię. Budynek różnił się od typowych dla tego czasu. Skrzydło od Rysiej składało się z dwóch traktów. W tym od podwórka architekt umieścił korytarze, z których wchodziło się do pokojów z oknami wychodzącymi na trzy ulice.
Zdaniem Jasińskiego imponująco prezentowała się klatka schodowa wiodąca do jego rodzinnego mieszkania. Była obszerna, widna, z galeryjkami na każdym piętrze oraz oknami wychodzącymi na ulicę Rysią i na podwórze. "Na trzecim i ostatnim piętrze wisiał na wprost wejścia do naszego mieszkania, zajmując całą ścianę klatki schodowej, dużych bardzo rozmiarów, mocno pociemniały morski krajobraz malowany w stylu Verneta, a wyobrażający jakieś wybrzeże portowe zalewane podczas burzy olbrzymimi, rozszalałymi falami. To było wspaniałe, tajemnicze, groźne! Ten obraz nadawał specjalny ton naszej klatce, a dominując nad nią, stwarzał nastrój prawdziwie niepokojący" - czytamy.
Współczucie ojca
Życie w mieszkaniu Jasińskich przy Rysiej toczyło się w dobrobycie. Dzieci nie uczestniczyły w życiu towarzyskim rodziców - Kazimierza i Eugenii z Jastrzębowskich. Wychowaniem Romka i dwóch jego sióstr zajmowały się francuskie guwernantki, które zmieniały się dość często. Roman Jasiński zapamiętał jedną z nich - pannę Maurin. Zanim przyszła do domu Kazimierza Jasińskiego, pracowała w rodzinie wysokiego oficera rosyjskiego gwardyjskiego pułku ułanów, kapitana czy też może pułkownika Lutze. "Miał on troje bardzo miłych i dobrze wychowanych dzieci, dwie córki i synka. Panna Maurin była przekonana, że trudno o lepsze dla nas towarzystwo. Spotykaliśmy się więc nieraz w Ogrodzie Saskim i bardzo się polubiliśmy. Lecz bomba pękła, gdy panna Maurin bez wiedzy moich rodziców zaprowadziła nas pewnego razu do państwa Lutze na podwieczorek. Gdy się rodzice o tym dowiedzieli, byli formalnie oburzeni. W owych czasach fakt, że dzieci z polskiego, patriotycznie nastawionego środowiska odwiedzały prywatnie rodzinę rosyjskiego oficera, utrzymując z jego dziećmi bliskie stosunki towarzyskie, był czymś w najwyższym stopniu nieprzyzwoitym i niedopuszczalnym" - czytamy u Jasińskiego.
Jak wspominał, życie rodzinne w jego domu nie było zanadto rozwinięte. Ojciec bywał w nim rzadkim gościem. Większość dnia spędzał w biurze swego banku na posiedzeniach, wieczór zaś "nieodmiennie, o ile nie szedł z matką na przyjęcie czy do teatru, w swej ulubionej Resursie Kupieckiej, której był członkiem, a przez parę lat honorowym gospodarzem". Jednym słowem styl życia tego warszawskiego finansisty nie różnił się zbytnio od londyńskich bourgeois dzielących czas pomiędzy pracę, przyjęcia i klub. Kazimierz Jasiński - jak przekonuje jego syn - miał pogodne usposobienie, żył aktywnie i udzielał się towarzysko. Poza pracą w banku był członkiem zarządu paru towarzystw akcyjnych, wśród których Roman Jasiński wymienia warszawską firmę Rudzki i Ska oraz Feniks w Rydze. Kilka razy do roku na dłużej odwiedzał Petersburg. W marcu wyjeżdżał na francuską Riwierę. Czasem z żoną, ale zazwyczaj sam.
„Niewątpliwie ojciec potrafił korzystać z uroków życia i gdy po latach wspominał te przedwojenne czasy [oczywiście sprzed pierwszej wojny światowej], kiedyś mi powiedział: »Współczuję ci, bo nigdy pewnie nie będziesz miał tak przyjemnego życia, jakie ja miałem «. To brzmiało niemal jak słowa księcia de Ligne o »la douceur de la vie” przed Wielką Rewolucją, ale przecież obok nas Rosja przechodziła wówczas swoją, jeszcze większa rewolucję, a styl życia w Polsce, a nawet w Europie zmienił się radykalnie. Mój ojciec zresztą do końca życia nie potrafił się pogodzić z tymi powojennymi (po 1918 r.) czasami. Raziły go nowe formy życia, nowe mody, brak manier i zalew pospolitości”.
A jednak w swoim hedonizmie Kazimierz Jasiński przeholował, co jeszcze przed 1914 r. doprowadziło go do bankructwa. Popadł w nałóg karciany. Zarabiał dużo, ale przegrywał jeszcze więcej. W 1914 r. przez długi karciane musiał ogłosić upadłość. Karty stały się powodem domowych awantur. „ »Gdyby nie karty - mówiła mi matka - bylibyśmy ludźmi bogatymi «„ - wspominał Roman Jasiński.
Bilet do Ameryki
Wróćmy na parter budynku przy Rysiej. Narożny lokal od Marszałkowskiej zajmował sklep fabryki narzędzi chirurgicznych Jodłowskiego. Wnętrze wypełniały ciężkie drewniane lady i ciągnące się po sam sufit ogromne przeszklone szafy. Specjalnością sklepu była sprzedaż przyrządów chirurgicznych, weterynaryjnych i nożowniczych.
W latach międzywojennych ulokował się tu sklep American Union. Sprzedawano w nim popularne wtedy ciągle żarzące się piece stalowe. Właściciele sklepu "unowocześnili" witrynę, oczyszczając ją z wszelkich detali. Nad wejściem zaś umieścili neon z nazwą firmy. Z American Union sąsiadowały obszerne transatlantyckie biura linii okrętowej Cunard White Star Limited. Było to największe z tego rodzaju przedsiębiorstw działających ówcześnie w Warszawie. Regularne rejsy przez Atlantyk z Liverpoolu do Bostonu uruchomiło już w 1840 r.
Chociaż budynki przy ulicy Marszałkowskiej były nieustannie przekształcane lub nadbudowywane, kamienica Orłowskiego nie zmieniła się aż do 1944 r. Zniszczona w czasie Powstania Warszawskiego nie doczekała się odbudowy. W jej miejscu stanął narożnik wielkiego, wielofunkcyjnego budynku mieszkalnego mieszczącego między innymi kino Bajka. Zaprojektowali go Wacław Kłyszewski, Jerzy Mokrzyński i Eugeniusz Wierzbicki, czyli autorzy Domu Partii u zbiegu Al. Jerozolimskich i Nowego Światu.
„Napisów na filmach nie było, więc o szczegółach związanych z rozgrywającą się jakąś tam akcją informował jegomość stojący przy rozpostartym płótnie: »Okrutny zbójca Don Fernando ucieka właśnie przed policją. Teraz go chwytają, lecz jak państwo widzą, broni się jak może « itd., itd.” - wspominał Roman Jasiński w książce „Zmierzch starego świata”. Ten przyszły pianista urodził się w tej kamienicy w 1900 r. i przez dziewięć lat mieszkał tu wraz z rodzicami oraz dwiema siostrami Hanią i Zosią.
W świetle gazowej lampy
W czasach jego dzieciństwa kamienica przy Rysiej pomiędzy Marszałkowską a Szkolną miała już swoje lata. Niegdyś elegancka, teraz uchodziła za staroświecką, mocno już trącącą architektoniczną myszką, pozbawioną nowoczesnych urządzeń cywilizacyjnych. Do kinematografu i sklepów musiało dochodzić światło, ale w mieszkaniach nadal używano oświetlenia gazowego lub lamp spirytusowych. "Lampy spirytusowe bardzo lubiłem, gdyż były jasne i wesołe" - wspominał Jasiński.
Kamienica powstała po 1868 r. Postawił ją dla siebie budowniczy miejski, architekt Józef Orłowski. Rozebrał stojące tu wcześniej zabudowania i zaprojektował nowy dom o trzech frontach: od Marszałkowskiej, Rysiej i Szkolnej. Kamienica miała trzy piętra. Szczególnie starannie została zaprojektowana elewacja od Marszałkowskiej. Była eklektyczna, skomponowana przy użyciu motywów renesansu i empire'u. Na osi znalazł się pseudoryzalit ozdobiony półkolistymi oknami i zwieńczony trójkątnym frontonikiem. Po jego bokach w dość niedbałych pozach spoczywały dwie figury alegoryczne, pośrodku zaś sterczała wysmukła waza. Elewacja ta w nieco uproszczonej formie powtórzona została od strony Szkolnej.
Orłowski miał w kamienicy mieszkanie i dużą pracownię. Budynek był duży i przynosił dochód zarówno z wynajmowanych mieszkań, jak i sklepów. To właśnie na Marszałkowską w czasach powstania budynku przenosiło się eleganckie życie handlowe Warszawy, choć aż po schyłek XIX w. wciąż za najwytworniejszą ulicę handlową uchodziła Senatorska.
Burza morska na klatce
W chwili gdy urodził się Roman Jasiński, Józef Orłowski nie żył już od 20 lat. Na przełomie XIX i XX wieku budynek był własnością Stanisława, a po jego śmierci Zofii Komar-Gackich. Jasińscy wprowadzili się do ogromnego narożnego mieszkania na trzecim piętrze budynku od strony Rysiej, Szkolnej i pl. Zielonego (czyli późniejszego pl. Dąbrowskiego).
Narożny pokój w mieszkaniu Jasińskich na trzecim piętrze miał balkon. Wychylając się, można z niego było zobaczyć kamienicę Bogusława Hersego z luksusowym domem mody. W domu Hersego u zbiegu pl. Zielonego i Erywańskiej (dziś Kredytowej) ojciec Romana Kazimierz Jasiński miał własny dom bankowy. Wielkie złocone litery napisu "Kazimierz Jasiński" błyszczały w słońcu nad wejściem.
Jak wspomina Roman Jasiński, pl. Zielony to było jedno z najpiękniejszych i zarazem najwytworniejszych miejsc w Warszawie. Zdobił go każdy budynek, a kamienica Hersego wywierała na Jasińskim największe wrażenie. "Olbrzymie wystawy wspaniałego domu mody wychodzące zarówno na Marszałkowską, jak i na Erywańską prezentowały się imponująco. Dziś mieszkańcy Warszawy, a więc miasta, które zapomniało, że istnieją wielkie lustrzane szyby wystawowe, o tego rodzaju luksusach nie mają wyobrażenia" - pisał w latach 70. XX w., a jego słowa do dziś wydają się aktualne.
Wróćmy jednak do kamienicy przy Rysiej. Jasiński wspomina, że mimo obszernych pokojów w mieszkaniu brakowało nowoczesnych urządzeń cywilizacyjnych. To oznaczało, że palono w piecu, zamiast toalety używano naczyń nocnych, a kuchnia była węglowa. Za to pokoje były nie dość że wielkie, to także bardzo wysokie.
W dodatku okna z pokojów nie wychodziły na mroczne podwórko studnię. Budynek różnił się od typowych dla tego czasu. Skrzydło od Rysiej składało się z dwóch traktów. W tym od podwórka architekt umieścił korytarze, z których wchodziło się do pokojów z oknami wychodzącymi na trzy ulice.
Zdaniem Jasińskiego imponująco prezentowała się klatka schodowa wiodąca do jego rodzinnego mieszkania. Była obszerna, widna, z galeryjkami na każdym piętrze oraz oknami wychodzącymi na ulicę Rysią i na podwórze. "Na trzecim i ostatnim piętrze wisiał na wprost wejścia do naszego mieszkania, zajmując całą ścianę klatki schodowej, dużych bardzo rozmiarów, mocno pociemniały morski krajobraz malowany w stylu Verneta, a wyobrażający jakieś wybrzeże portowe zalewane podczas burzy olbrzymimi, rozszalałymi falami. To było wspaniałe, tajemnicze, groźne! Ten obraz nadawał specjalny ton naszej klatce, a dominując nad nią, stwarzał nastrój prawdziwie niepokojący" - czytamy.
Współczucie ojca
Życie w mieszkaniu Jasińskich przy Rysiej toczyło się w dobrobycie. Dzieci nie uczestniczyły w życiu towarzyskim rodziców - Kazimierza i Eugenii z Jastrzębowskich. Wychowaniem Romka i dwóch jego sióstr zajmowały się francuskie guwernantki, które zmieniały się dość często. Roman Jasiński zapamiętał jedną z nich - pannę Maurin. Zanim przyszła do domu Kazimierza Jasińskiego, pracowała w rodzinie wysokiego oficera rosyjskiego gwardyjskiego pułku ułanów, kapitana czy też może pułkownika Lutze. "Miał on troje bardzo miłych i dobrze wychowanych dzieci, dwie córki i synka. Panna Maurin była przekonana, że trudno o lepsze dla nas towarzystwo. Spotykaliśmy się więc nieraz w Ogrodzie Saskim i bardzo się polubiliśmy. Lecz bomba pękła, gdy panna Maurin bez wiedzy moich rodziców zaprowadziła nas pewnego razu do państwa Lutze na podwieczorek. Gdy się rodzice o tym dowiedzieli, byli formalnie oburzeni. W owych czasach fakt, że dzieci z polskiego, patriotycznie nastawionego środowiska odwiedzały prywatnie rodzinę rosyjskiego oficera, utrzymując z jego dziećmi bliskie stosunki towarzyskie, był czymś w najwyższym stopniu nieprzyzwoitym i niedopuszczalnym" - czytamy u Jasińskiego.
Jak wspominał, życie rodzinne w jego domu nie było zanadto rozwinięte. Ojciec bywał w nim rzadkim gościem. Większość dnia spędzał w biurze swego banku na posiedzeniach, wieczór zaś "nieodmiennie, o ile nie szedł z matką na przyjęcie czy do teatru, w swej ulubionej Resursie Kupieckiej, której był członkiem, a przez parę lat honorowym gospodarzem". Jednym słowem styl życia tego warszawskiego finansisty nie różnił się zbytnio od londyńskich bourgeois dzielących czas pomiędzy pracę, przyjęcia i klub. Kazimierz Jasiński - jak przekonuje jego syn - miał pogodne usposobienie, żył aktywnie i udzielał się towarzysko. Poza pracą w banku był członkiem zarządu paru towarzystw akcyjnych, wśród których Roman Jasiński wymienia warszawską firmę Rudzki i Ska oraz Feniks w Rydze. Kilka razy do roku na dłużej odwiedzał Petersburg. W marcu wyjeżdżał na francuską Riwierę. Czasem z żoną, ale zazwyczaj sam.
„Niewątpliwie ojciec potrafił korzystać z uroków życia i gdy po latach wspominał te przedwojenne czasy [oczywiście sprzed pierwszej wojny światowej], kiedyś mi powiedział: »Współczuję ci, bo nigdy pewnie nie będziesz miał tak przyjemnego życia, jakie ja miałem «. To brzmiało niemal jak słowa księcia de Ligne o »la douceur de la vie” przed Wielką Rewolucją, ale przecież obok nas Rosja przechodziła wówczas swoją, jeszcze większa rewolucję, a styl życia w Polsce, a nawet w Europie zmienił się radykalnie. Mój ojciec zresztą do końca życia nie potrafił się pogodzić z tymi powojennymi (po 1918 r.) czasami. Raziły go nowe formy życia, nowe mody, brak manier i zalew pospolitości”.
A jednak w swoim hedonizmie Kazimierz Jasiński przeholował, co jeszcze przed 1914 r. doprowadziło go do bankructwa. Popadł w nałóg karciany. Zarabiał dużo, ale przegrywał jeszcze więcej. W 1914 r. przez długi karciane musiał ogłosić upadłość. Karty stały się powodem domowych awantur. „ »Gdyby nie karty - mówiła mi matka - bylibyśmy ludźmi bogatymi «„ - wspominał Roman Jasiński.
Bilet do Ameryki
Wróćmy na parter budynku przy Rysiej. Narożny lokal od Marszałkowskiej zajmował sklep fabryki narzędzi chirurgicznych Jodłowskiego. Wnętrze wypełniały ciężkie drewniane lady i ciągnące się po sam sufit ogromne przeszklone szafy. Specjalnością sklepu była sprzedaż przyrządów chirurgicznych, weterynaryjnych i nożowniczych.
W latach międzywojennych ulokował się tu sklep American Union. Sprzedawano w nim popularne wtedy ciągle żarzące się piece stalowe. Właściciele sklepu "unowocześnili" witrynę, oczyszczając ją z wszelkich detali. Nad wejściem zaś umieścili neon z nazwą firmy. Z American Union sąsiadowały obszerne transatlantyckie biura linii okrętowej Cunard White Star Limited. Było to największe z tego rodzaju przedsiębiorstw działających ówcześnie w Warszawie. Regularne rejsy przez Atlantyk z Liverpoolu do Bostonu uruchomiło już w 1840 r.
Chociaż budynki przy ulicy Marszałkowskiej były nieustannie przekształcane lub nadbudowywane, kamienica Orłowskiego nie zmieniła się aż do 1944 r. Zniszczona w czasie Powstania Warszawskiego nie doczekała się odbudowy. W jej miejscu stanął narożnik wielkiego, wielofunkcyjnego budynku mieszkalnego mieszczącego między innymi kino Bajka. Zaprojektowali go Wacław Kłyszewski, Jerzy Mokrzyński i Eugeniusz Wierzbicki, czyli autorzy Domu Partii u zbiegu Al. Jerozolimskich i Nowego Światu.
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


