Wspaniała kolekcja drzew pomarańczowych w Łazienkach
22.04.2011
aktualizacja: 2011-04-21 17:46
fot. F. LÖFFLER "DAS ALTE DRESDEN", LEIPZIG 1982
Ta kolekcja była tak wspaniała, że car Aleksander II chciał ją wywieźć do Petersburga. Nie wywiózł. Zbudowano dla niej oranżerię. Drzewa pomarańczowe wymarzły dopiero w czasie I wojny światowej.
ZOBACZ TAKŻE
- Dotkliwe raty kredytów w Warszawie już przed wojną (29-04-11, 15:00)
- Warszawa nieodbudowana: losy kamienicy przy Rysiej (15-04-11, 14:00)
- Stare horrory, lwy i tygrysy na ulicy w Śródmieściu (08-04-11, 15:00)
- Miała być piękna ulica, a są suche badyle (06-06-11, 08:00)
- Warszawa podczas przewrotu majowego w 1926 r. (13-05-11, 12:00)
- Jak powstawały żarówki? Historia fabryki na Woli (06-05-11, 14:00)
- Dzieci handlowały z Niemcami. Nieznana historia w wojny (04-05-11, 11:00)
- Nigdy nie publikowane! Zobacz skarby zakonu wizytek (19-04-11, 12:00)
- Nowa sala kinowa. Tam gdzie Gomułka oglądał filmy (09-04-11, 18:00)
- Ponura szkoła noblistki przy Krakowskim Przedmieściu (01-04-11, 15:00)
Nowa oranżeria w Łazienkach Królewskich zwana nieborowską to jedna z kilku parkowych budowli, które nie dotrwały do naszych czasów. Powstała specjalnie dla jednej z najsłynniejszych i zarazem najwspanialszych kolekcji roślin na północ od Alp. Gdy ją zbudowano w 1870 r., zachwycali się nią autorzy "Ilustrowanego przewodnika po Warszawie" opublikowanego przez redakcję "Wędrowca" w 1893 r. Ich zdaniem spośród 103 rosnących w środku drzew pomarańczowych aż 70 liczyło od 400 do 600 lat. "Nie mniej olbrzymi i stary jest egzemplarz drzewa kamforowego, wysokie magnolie wielkolistne, znaczna ilość ogromnych mirtów, cyprysów itd." - czytamy.
Pieniądze za podpis
Ta olśniewająca kolekcja do Warszawy dotarła dopiero po 1858 r. z Nieborowa. Jej dzieje były jednak znacznie dawniejsze. Wszystkie drzewa pochodziły bowiem z galerii drezdeńskiej. Król August II, dla którego zbudowano w tym mieście barokowy Zwinger, podarował całą tę kolekcję jednemu ze spokrewnionych ze sobą stronników.
W 1795 r. książę Michał Hieronim Radziwiłł kupił w Dreźnie kolekcję egzotycznych drzew owocowych z przeznaczeniem dla rezydencji w Nieborowie, którą przebudowywał. Trudno sobie wyobrazić, jak wyglądał transport kilkuset drzew. Zapewne sprawiał wrażenie jakiegoś gigantycznego taboru liczącego kilkaset wozów zaprzężonych w konie. Zapewne też wolno z licznymi postojami cała ta kawalkada toczyła się po kiepskich drogach upadłej właśnie Rzeczypospolitej. Wszystko musiało się odbywać latem, bo inaczej drzewa by wymarzły. W Nieborowie trafiły początkowo do oranżerii zbudowanej w 1790 r. zgodnie z projektem Szymona Bogumiła Zuga. Rok później wzniósł on drugą oranżerię.
Książę Michał Radziwiłł i jego żona Helena z Przeździeckich byli koneserami sztuki. Zbierali ryciny, stare monety, stworzyli jedną z najwybitniejszych artystycznie kolekcji malarstwa w Polsce. Żywo też interesowali się sztuką ogrodową. Nic dziwnego, że Radziwiłł wydał krocie na sprowadzenie drzewek owocowych z Drezna. Zapewne cenę, jak i samą ofertę kupna uznał za wyjątkową okazję. Przypomnijmy jeszcze, że to właśnie Helena i Michał Radziwiłłowie stworzyli jeden z najbardziej zachwycających parków romantycznych, który przetrwał do naszych czasów w Polsce, czyli Arkadię we wsi Łupia między Nieborowem a Łowiczem. Na polecenie księżnej powstały tu liczne romantyczne budowle, takie jak Świątynia Diany, Akwedukt i Domek Gocki projektu Zuga czy Grobowiec Złudzeń projektu Henryka Ittara.
Michał Hieronim Radziwiłł zasłynął jako znakomity gospodarz. W dziejach Polski zapisał się jednak fatalnie. Powszechnie uważano go za kanalię, a Julian Ursyn Niemcewicz określił go jako samoluba i złego obywatela. Były to eufemizmy. Michał Hieronim jako targowiczanin zdradził ojczyznę. Jego podpis widniał na dokumentach rozbiorowych z 1773 r. i 1793 r. Za złożenie pierwszego z podpisów dostał od Rosjan 400 tys. zł w gotówce, co pozwoliło mu m.in. na spłacenie Michała Ogińskiego, od którego kupił Nieborów. Został tam pochowany po śmierci w 1831 r.
Zachwyt Klementyny
W 1828 r. jego Nieborów odwiedziła Klementyna z Tańskich Hoffmanowa. Obejrzała pałac, ale największe wrażenie wywarła na niej kolekcja drzew egzotycznych. Uznała ją za jedną z najbardziej zachwycających osobliwości Królestwa Polskiego. "Podobnej nie ma nasza Polska, o pięknieyszą i w Niemczech trudno. (...) Niektóre drzewa pomarańczowe są grubości dorodnego mężczyzny; sto jest tych grubszych, drugie tyle cieńszych; wszystkie razem przed 34 laty zakupione za ogromne pieniądze w Dreźnie; dziś jak nam mówi ogrodnik, są prawie bez ceny; wydają corocznie po kilkadziesiąt kop cytryn i pomarańczy słodkich, więcej jeszcze gorzkich" - relacjonowała w "Opisach różnych okolic Królestwa Polskiego" i dodawała, że gdy zwiedzała Nieborów, z powodu zimnej wiosny wszystkie drzewa stały w specjalnie dla tego celu wzniesionej oranżerii. Podzielała też zdanie współczesnych, że drzewa lepiej prezentują się w budynku niż wystawione w ogrodzie. "Ten rodzaj drzew już ma kształt sztuczny lubo piękny, bogaty, nie ma wdzięku, w większej zatem jest harmonii ze sklepieniem ludzką ręką sporządzoną jak ze sklepieniem Niebios" - uważała.
W Pitrze za zimno
Bardzo możliwe, że ta wspaniała kolekcja przetrwałaby w Nieborowie do dziś, gdyby nie nieudany wnuczek Michała Hieronima. Po śmierci targowiczanina sprawy spadkowe były zagmatwane. Jednym z dziedziczących pałac był jego syn Michał, wódz naczelny powstania listopadowego. Wprawdzie jako nieudolny dowódca przyniósł on temu zrywowi niepodległościowemu więcej szkód niż pożytku, ale po upadku powstania car Mikołaj I skonfiskował Nieborów. Ofiarował go księciu Leonowi Radziwiłłowi. Ten przekazał go dzieciom nieudolnego wodza, a wnukom Michała Hieronima - Karolowi, Zygmuntowi i Michalinie.
Ostatecznie po śmierci Michała w 1850 r. Nieborów przejął Zygmunt. Dla tej posiadłości było to nieszczęście. Zygmunt był utracjuszem. Włócząc się po Europie, przejadł, przepił i przehulał ogromny majątek. Mimo wielkich dóbr wciąż brakowało mu pieniędzy. "W poszukiwaniu gotówki wystawił na licytację 3000 najcenniejszych dzieł z biblioteki nieborowskiej. Do Francji wywoził z pałacu cenne meble i obrazy" - pisali Tadeusz S. Jaroszewski i Waldemar Baraniewski w książce "Pałace i dwory w okolicach Warszawy". Zygmunt zupełnie nie interesował się Nieborowem. Park w Arkadii zarósł, Nieborów popadał w ruinę.
Wreszcie w 1858 r. sprzedał zbiór drzew owocowych i cytrynowych z oranżerii nieborowskiej. W transakcji uczestniczyła jego matka Aleksandra. Suma 200 tys. rubli wystarczyła Zygmuntowi na dłuższy czas. W 1879 r. odstąpił swoje dobra synowcowi Michałowi Piotrowi Radziwiłłowi, sam zaś wyjechał do Paryża, gdzie zmarł w 1892 r.
Kolekcją nieborowską zachwycił się car Aleksander II. Teraz miała ona trafić aż do Petersburga. Tym razem transport okazał się jednak problemem nie do przezwyciężenia. Jak pisał prof. Marek Kwiatkowski: "Jedną z możliwości miała być droga przez Gdańsk na specjalnie przystosowanym parowcu. Kosztorys owego parowca sporządził budowniczy okrętów J.W. Klavitte. W 1865 r. rozpatrywano też możliwość transportu koleją. W tym przypadku kosztorys sporządził warszawski kupiec Rosengard. Transport ten, do którego przewidywano przygotowanie specjalnych 30 wozów czterokonnych oraz 5 ekstrapociągów składających się z 20 wagonów, kosztować miał 57 700 rubli" - czytamy.
Ostatecznie z przeprowadzki drzew do Petersburga zrezygnowano. Przeważały nie trudności z logistyką i brakiem pieniędzy, ale obawa, że w surowym klimacie północy drzewka długo nie przetrzymają.
W nowej oranżerii - nieborowskiej
Już jako własność cesarska drzewa wciąż rosły w Nieborowie. Tak było do końca lat 60. XIX w. Wtedy podjęto decyzję o przewiezieniu kolekcji do Łazienek Królewskich, które też podlegały caratowi. Zanim doszło do ich sprowadzania, w Łazienkach zbudowano specjalną oranżerię - pomarańczarnię. Powstała w dawnym ogrodzie warzywnym. Dziś to część parku Łazienkowskiego bliżej ul. Gagarina z okrągłym basenem i charakterystyczną rzeźbą Jutrzenki dłuta Zofii Trzcińskiej-Kamińskiej. Nowa oranżeria powstała w 1869 r. Projekt sporządził budowniczy Krakau. Nadzór nad budową powierzono Budzyńskiemu, a prace prowadził Waligórski. Cała inwestycja kosztowała zaledwie kilkadziesiąt tysięcy rubli. Nowy budynek był dość wąski, bardzo długi i wysoki. Część środkowa była nieco wyższa i przebita została potrójnym arkadowaniem przypominającym nieco łuk triumfalny. Między oknami stały kolumny toskańskie. Wyżej widniał półkoliście zamknięty tympanon ozdobiony tablicą z datą i girlandami. Za to boczne skrzydła miały wielkie przeszklone ściany ciągnące się od posadzki po sufit.
Latem część roślin wystawiano przed oranżerię. Jak pisze Marek Kwiatkowski, między nimi stały też XVIII-wieczne rzeźby przedstawiające cztery pory roku. Przetrwały do dziś i zdobią taras Pałacu Belwederskiego. Chętnie przychodzili tu odwiedzający. "Miejscowość ta godna najpyszniejszych parków Europy przypomina zupełnie włoską okolicę. Wonie duszą tu prawie. Krzewy urocze wiodą rozchowory, a ukryty w gęstwinie śpiewak wywodzi swe trele" - pisał w sierpniu 1876 r. "Kurier Warszawski", informując przy okazji o wizycie w oranżerii generała gubernatora warszawskiego Pawła Kotzebue. Wyprawy do nowej oranżerii położonej w odległej części parku wspominała po latach Stefania Podhorska-Okołów: "Chodziłam tam z matką jako mała dziewczynka po kwiat i liście pomarańczowe na jakiś wyjątkowy likier" - czytamy w "Warszawie mego dzieciństwa".
Tak było do 1915 r. Gdy z Warszawy ewakuowali się Rosjanie, Łazienki ogołocili z wielu dzieł sztuki, które zabrali na Wschód. Sama oranżeria pozostała nienaruszona. Zaczęło się kilka lat niemieckiej okupacji, gdy brakowało nie tylko chleba, ale też opału. Budynków w Łazienkach więc nie ogrzewano. Jedna z najwspanialszych kolekcji drzew egzotycznych w Europie pamiętająca jeszcze czasy elektorów saskich zwyczajnie wymarzła. "A przecież ogrzanie oranżerii nie było znowuż tak całkiem niemożliwe; ogród mógł zawsze dostarczyć drewna na opał" - ocenia prof. Marek Kwiatkowski.
Po odzyskaniu niepodległości budynek nowej pomarańczarni stał się bezużyteczny i został rozebrany. Dziś tak jak po wymarzniętych drzewach nie ma po nim śladu.
Pieniądze za podpis
Ta olśniewająca kolekcja do Warszawy dotarła dopiero po 1858 r. z Nieborowa. Jej dzieje były jednak znacznie dawniejsze. Wszystkie drzewa pochodziły bowiem z galerii drezdeńskiej. Król August II, dla którego zbudowano w tym mieście barokowy Zwinger, podarował całą tę kolekcję jednemu ze spokrewnionych ze sobą stronników.
W 1795 r. książę Michał Hieronim Radziwiłł kupił w Dreźnie kolekcję egzotycznych drzew owocowych z przeznaczeniem dla rezydencji w Nieborowie, którą przebudowywał. Trudno sobie wyobrazić, jak wyglądał transport kilkuset drzew. Zapewne sprawiał wrażenie jakiegoś gigantycznego taboru liczącego kilkaset wozów zaprzężonych w konie. Zapewne też wolno z licznymi postojami cała ta kawalkada toczyła się po kiepskich drogach upadłej właśnie Rzeczypospolitej. Wszystko musiało się odbywać latem, bo inaczej drzewa by wymarzły. W Nieborowie trafiły początkowo do oranżerii zbudowanej w 1790 r. zgodnie z projektem Szymona Bogumiła Zuga. Rok później wzniósł on drugą oranżerię.
Książę Michał Radziwiłł i jego żona Helena z Przeździeckich byli koneserami sztuki. Zbierali ryciny, stare monety, stworzyli jedną z najwybitniejszych artystycznie kolekcji malarstwa w Polsce. Żywo też interesowali się sztuką ogrodową. Nic dziwnego, że Radziwiłł wydał krocie na sprowadzenie drzewek owocowych z Drezna. Zapewne cenę, jak i samą ofertę kupna uznał za wyjątkową okazję. Przypomnijmy jeszcze, że to właśnie Helena i Michał Radziwiłłowie stworzyli jeden z najbardziej zachwycających parków romantycznych, który przetrwał do naszych czasów w Polsce, czyli Arkadię we wsi Łupia między Nieborowem a Łowiczem. Na polecenie księżnej powstały tu liczne romantyczne budowle, takie jak Świątynia Diany, Akwedukt i Domek Gocki projektu Zuga czy Grobowiec Złudzeń projektu Henryka Ittara.
Michał Hieronim Radziwiłł zasłynął jako znakomity gospodarz. W dziejach Polski zapisał się jednak fatalnie. Powszechnie uważano go za kanalię, a Julian Ursyn Niemcewicz określił go jako samoluba i złego obywatela. Były to eufemizmy. Michał Hieronim jako targowiczanin zdradził ojczyznę. Jego podpis widniał na dokumentach rozbiorowych z 1773 r. i 1793 r. Za złożenie pierwszego z podpisów dostał od Rosjan 400 tys. zł w gotówce, co pozwoliło mu m.in. na spłacenie Michała Ogińskiego, od którego kupił Nieborów. Został tam pochowany po śmierci w 1831 r.
Zachwyt Klementyny
W 1828 r. jego Nieborów odwiedziła Klementyna z Tańskich Hoffmanowa. Obejrzała pałac, ale największe wrażenie wywarła na niej kolekcja drzew egzotycznych. Uznała ją za jedną z najbardziej zachwycających osobliwości Królestwa Polskiego. "Podobnej nie ma nasza Polska, o pięknieyszą i w Niemczech trudno. (...) Niektóre drzewa pomarańczowe są grubości dorodnego mężczyzny; sto jest tych grubszych, drugie tyle cieńszych; wszystkie razem przed 34 laty zakupione za ogromne pieniądze w Dreźnie; dziś jak nam mówi ogrodnik, są prawie bez ceny; wydają corocznie po kilkadziesiąt kop cytryn i pomarańczy słodkich, więcej jeszcze gorzkich" - relacjonowała w "Opisach różnych okolic Królestwa Polskiego" i dodawała, że gdy zwiedzała Nieborów, z powodu zimnej wiosny wszystkie drzewa stały w specjalnie dla tego celu wzniesionej oranżerii. Podzielała też zdanie współczesnych, że drzewa lepiej prezentują się w budynku niż wystawione w ogrodzie. "Ten rodzaj drzew już ma kształt sztuczny lubo piękny, bogaty, nie ma wdzięku, w większej zatem jest harmonii ze sklepieniem ludzką ręką sporządzoną jak ze sklepieniem Niebios" - uważała.
W Pitrze za zimno
Bardzo możliwe, że ta wspaniała kolekcja przetrwałaby w Nieborowie do dziś, gdyby nie nieudany wnuczek Michała Hieronima. Po śmierci targowiczanina sprawy spadkowe były zagmatwane. Jednym z dziedziczących pałac był jego syn Michał, wódz naczelny powstania listopadowego. Wprawdzie jako nieudolny dowódca przyniósł on temu zrywowi niepodległościowemu więcej szkód niż pożytku, ale po upadku powstania car Mikołaj I skonfiskował Nieborów. Ofiarował go księciu Leonowi Radziwiłłowi. Ten przekazał go dzieciom nieudolnego wodza, a wnukom Michała Hieronima - Karolowi, Zygmuntowi i Michalinie.
Ostatecznie po śmierci Michała w 1850 r. Nieborów przejął Zygmunt. Dla tej posiadłości było to nieszczęście. Zygmunt był utracjuszem. Włócząc się po Europie, przejadł, przepił i przehulał ogromny majątek. Mimo wielkich dóbr wciąż brakowało mu pieniędzy. "W poszukiwaniu gotówki wystawił na licytację 3000 najcenniejszych dzieł z biblioteki nieborowskiej. Do Francji wywoził z pałacu cenne meble i obrazy" - pisali Tadeusz S. Jaroszewski i Waldemar Baraniewski w książce "Pałace i dwory w okolicach Warszawy". Zygmunt zupełnie nie interesował się Nieborowem. Park w Arkadii zarósł, Nieborów popadał w ruinę.
Wreszcie w 1858 r. sprzedał zbiór drzew owocowych i cytrynowych z oranżerii nieborowskiej. W transakcji uczestniczyła jego matka Aleksandra. Suma 200 tys. rubli wystarczyła Zygmuntowi na dłuższy czas. W 1879 r. odstąpił swoje dobra synowcowi Michałowi Piotrowi Radziwiłłowi, sam zaś wyjechał do Paryża, gdzie zmarł w 1892 r.
Kolekcją nieborowską zachwycił się car Aleksander II. Teraz miała ona trafić aż do Petersburga. Tym razem transport okazał się jednak problemem nie do przezwyciężenia. Jak pisał prof. Marek Kwiatkowski: "Jedną z możliwości miała być droga przez Gdańsk na specjalnie przystosowanym parowcu. Kosztorys owego parowca sporządził budowniczy okrętów J.W. Klavitte. W 1865 r. rozpatrywano też możliwość transportu koleją. W tym przypadku kosztorys sporządził warszawski kupiec Rosengard. Transport ten, do którego przewidywano przygotowanie specjalnych 30 wozów czterokonnych oraz 5 ekstrapociągów składających się z 20 wagonów, kosztować miał 57 700 rubli" - czytamy.
Ostatecznie z przeprowadzki drzew do Petersburga zrezygnowano. Przeważały nie trudności z logistyką i brakiem pieniędzy, ale obawa, że w surowym klimacie północy drzewka długo nie przetrzymają.
W nowej oranżerii - nieborowskiej
Już jako własność cesarska drzewa wciąż rosły w Nieborowie. Tak było do końca lat 60. XIX w. Wtedy podjęto decyzję o przewiezieniu kolekcji do Łazienek Królewskich, które też podlegały caratowi. Zanim doszło do ich sprowadzania, w Łazienkach zbudowano specjalną oranżerię - pomarańczarnię. Powstała w dawnym ogrodzie warzywnym. Dziś to część parku Łazienkowskiego bliżej ul. Gagarina z okrągłym basenem i charakterystyczną rzeźbą Jutrzenki dłuta Zofii Trzcińskiej-Kamińskiej. Nowa oranżeria powstała w 1869 r. Projekt sporządził budowniczy Krakau. Nadzór nad budową powierzono Budzyńskiemu, a prace prowadził Waligórski. Cała inwestycja kosztowała zaledwie kilkadziesiąt tysięcy rubli. Nowy budynek był dość wąski, bardzo długi i wysoki. Część środkowa była nieco wyższa i przebita została potrójnym arkadowaniem przypominającym nieco łuk triumfalny. Między oknami stały kolumny toskańskie. Wyżej widniał półkoliście zamknięty tympanon ozdobiony tablicą z datą i girlandami. Za to boczne skrzydła miały wielkie przeszklone ściany ciągnące się od posadzki po sufit.
Latem część roślin wystawiano przed oranżerię. Jak pisze Marek Kwiatkowski, między nimi stały też XVIII-wieczne rzeźby przedstawiające cztery pory roku. Przetrwały do dziś i zdobią taras Pałacu Belwederskiego. Chętnie przychodzili tu odwiedzający. "Miejscowość ta godna najpyszniejszych parków Europy przypomina zupełnie włoską okolicę. Wonie duszą tu prawie. Krzewy urocze wiodą rozchowory, a ukryty w gęstwinie śpiewak wywodzi swe trele" - pisał w sierpniu 1876 r. "Kurier Warszawski", informując przy okazji o wizycie w oranżerii generała gubernatora warszawskiego Pawła Kotzebue. Wyprawy do nowej oranżerii położonej w odległej części parku wspominała po latach Stefania Podhorska-Okołów: "Chodziłam tam z matką jako mała dziewczynka po kwiat i liście pomarańczowe na jakiś wyjątkowy likier" - czytamy w "Warszawie mego dzieciństwa".
Tak było do 1915 r. Gdy z Warszawy ewakuowali się Rosjanie, Łazienki ogołocili z wielu dzieł sztuki, które zabrali na Wschód. Sama oranżeria pozostała nienaruszona. Zaczęło się kilka lat niemieckiej okupacji, gdy brakowało nie tylko chleba, ale też opału. Budynków w Łazienkach więc nie ogrzewano. Jedna z najwspanialszych kolekcji drzew egzotycznych w Europie pamiętająca jeszcze czasy elektorów saskich zwyczajnie wymarzła. "A przecież ogrzanie oranżerii nie było znowuż tak całkiem niemożliwe; ogród mógł zawsze dostarczyć drewna na opał" - ocenia prof. Marek Kwiatkowski.
Po odzyskaniu niepodległości budynek nowej pomarańczarni stał się bezużyteczny i został rozebrany. Dziś tak jak po wymarzniętych drzewach nie ma po nim śladu.
Najnowsze wiadomości z Warszawy
Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]


