"Pozwólcie nam się przywitać". Jak się rodzi w stolicy?

warszawa.gazeta.pl
09.05.2011 aktualizacja: 2011-05-08 19:35
A A A Drukuj
"Gazeta" rozpoczęła kolejną edycję akcji "Rodzić po ludzku", tym razem pod hasłem "Pozwólcie nam się przywitać". Chcemy się dowiedzieć, w jakich warunkach rodzi się na warszawskich porodówkach, dlatego prosimy o listy.
Napiszcie, w których szpitalach zaraz po porodzie noworodek leżał na brzuchu mamy, jak długo trwał taki pierwszy kontakt, jak traktował was personel, czy wiedziałyście, dlaczego podano wam kroplówkę, czy przez cały poród mogłyście swobodnie wybierać pozycję, czy powierzyłybyście prowadzenie ciąży nie ginekologowi, ale położnej (takie prawo daje rozporządzenie, ale na razie NFZ za to nie chce płacić). Piszcie, co jeszcze należy zmienić, by w stołecznych szpitalach rodzić po ludzku: agnieszka.pochrzest@agora.pl

Rodzenie po ludzku wciąż za pieniądze

Urodziłam w zeszłym roku w szpitalu św. Zofii na Żelaznej. Rodzenie po ludzku kosztowało mnie ponad 3000 zł. 800 zł sala jedynka + 1500 zł opieka wcześniej umówionej położnej + 700 zł znieczulenie + 100 sporządzenie przez położną dokumentacji medycznej (wymagane do zawarcia umowy). Aby łatwiej dostać się do obleganego szpitala na Żelaznej, trzeba prowadzić ciążę u pracującego tam lekarza. "Nie swoje" pacjentki chętnie odsyłają do innych. Na akcję "Zdrowie, mama i ja" się nie załapałam, pozostało mi umawianie się na wizytę w prywatnej przychodni. Miałam szczęście, że moja firma opłaca mi drogi pakiet medyczny, w przeciwnym wypadku za każdą wizytę musiałabym płacić 120 zł.

Dzięki temu, że dostałam się do dobrego szpitala, mój poród mogę określić jako dobry. Czemu tak zależało mi na Żelaznej, że zdecydowaliśmy się z mężem na wydanie niemałych pieniędzy na usługi, które niby nam się należą w ramach NFZ? Odczuwałam strach przed porodem naturalnym. Mam niski próg bólu, a w rodzinie były przypadki porodów, które nie zakończyły się szczęśliwie dla matki lub dla dziecka. Poród naturalny początkowo przebiegał prawidłowo, jednak w trakcie doszło do komplikacji i trzeba było przeprowadzić cesarskie cięcie. Chcielibyśmy mieć z mężem drugie dziecko, jednak nie zdecyduję się na nie, jeśli nie będę miała 100-proc. pewności, że i tym razem będę mogła urodzić przez cesarkę. Boli mnie podejście w Polsce do cesarek na życzenie, które są traktowane jako kaprys pustych księżniczek uciekających przed bólem. Moim zdaniem kobiety powinny mieć do tego prawo. Niech nawet muszą dopłacić, ale niech taka opcja będzie dostępna w państwowych szpitalach. Bo, niestety, 12 tys. w prywatnej klinice to dla większości rodzin kwota zawrotna.

Piszecie o prawie matki do przebywania z dzieckiem przez dwie godz. po porodzie. Jak to się ma do porodów przez cesarskie cięcie? Dziecko dano nam do zobaczenia na chwilę. Miałam pecha rodzić w nocy, więc męża wyproszono z sali. Sama po cesarce musiałam przez 8 godz. leżeć plackiem, więc nie mogłam się zajmować dzieckiem. Zostało zabrane na salę noworodków. Dopiero rano przyniosła je położna. Wspominam to rozdzielenie bardzo źle. Dziś bardzo żałuję, że nie było możliwości, by po zabiegu mąż został przy mnie i mógł się zająć naszym dzieckiem. Teraz wiem, że trzeba było pomyśleć o wykupieniu pojedynczej sali, za bagatela 500 zł za dobę, gdzie nasza trójka mogłaby być razem. Dlaczego normalność i ludzkie podejście do rodziny musi aż tyle kosztować?

A.C.

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy