Jest ławeczka, jest super. Ale to nie wystarczy

warszawa.gazeta.pl
18.05.2011 aktualizacja: 2011-05-17 19:20
A A A Drukuj
Puste ławki w Alejach Ujazdowskich Fot. Robert Kowalewski / Agencja Gazeta
Jeśli władzom brakuje pomysłu, jak urządzić plac, ulicę lub skwer, to mają jeden sposób, który załatwia całą sprawę: ławeczka. Nie mam nic przeciwko ławeczkom, ale wiem, że one nie wystarczą, by ożywić przestrzeń publiczną w Warszawie. Trzeba czegoś jeszcze - pisze Marcin Wojciechowski z Grupy M20.
Pomysł na ogrodzenie całego terenu wokół Stadionu Narodowego robi mocne wrażenie. Nie przestaje być ciekawie, kiedy sprawdzimy o co ten cały raban. Co mianowicie będzie takiego cennego na ogromnym terenie wokół Stadionu Narodowego, że aż trzeba go ogrodzić? Sprawdziłem. Otóż będą ławeczki. Nic więcej. Żadnych budynków, skateparku ani boisk do siatki albo kosza. Ławeczki, i tyle.

Ten cenny skarb jest ustawiany w różnych punktach miasta coraz liczniej. Przejdźmy parę kroków dalej. Co miasto urządziło na wyremontowanej Francuskiej? Jak to co? Ławeczki! W Alejach Ujazdowskich po remoncie nie przybyło ani kawiarń, ani nawet czegokolwiek, na co można by się pogapić. Pojawiło się za to dużo... No właśnie - ławeczek. Wygląda na to, że ławeczki są jedynym pomysłem na ożywienie przestrzeni publicznej w Warszawie.

Jednak po kilku remontach ulic i placów można już stwierdzić, że same ławeczki nie zrobiły z Warszawy Paryża. Aleje Ujazdowskie po remoncie - ławeczki świecą pustkami. Na zdjęciu widać Krakowskie Przedmieście po remoncie - całkiem ładne ławeczki stoją puste.

Przykład Krakowskiego Przedmieścia pokazuje, że tam, gdzie uruchomiono typowo miejski "atraktor" ogniskujący życie - na skwerze Hoovera - przez cały dzień jest gwar, jest życie. A tuż obok - tam, gdzie rewitalizacja skończyła się na ustawieniu ławeczek wzdłuż muru - panuje syndrom martwego miasta. Czyli jednak sama ławeczka nie jest spełnieniem marzeń o aktywnym życiu w mieście. Trzeba czegoś jeszcze.

Skąd to ubóstwo pomysłów na poprawę jakości przestrzeni publicznej w Warszawie? Dlaczego ktoś we władzach miasta uznał, że najlepszym zajęciem dla mieszkańców dwumilionowego miasta jest siedzenie na ławeczkach? I skąd to chorobliwe przywiązanie do ławeczek traktowanych jako Główna Zapchajdziura Miasta?

Panuje przekonanie, że wystarczy postawić ławeczkę i sprawa załatwiona - powstał salon. Nie bardzo wiadomo, skąd te salonowe skojarzenia, bo ławeczki wzdłuż jezdni są atrakcją typową raczej dla wsi.

A przecież do prawdziwego ożywienia przestrzeni publicznej Warszawy i do nadania jej wielkomiejskiego charakteru niezbędna jest cała gama środków znanych doskonale z miast zachodniej Europy: sklepy w przyziemiach, duże witryny, kawiarnie, restauracje, place i placyki zastawione stolikami, a przy nich małe sceny dla wykonawców muzycznych. Ryneczki ze straganami bukinistów, handlarzy antykami albo kwiatowe. Rampa dla skateboardzistów, dwa kosze do koszykówki. Takie miejsca przyciągają ludzi, dają im powód albo pretekst, aby przyjść. Tylko one powodują, że mieszkańcy zatrzymują się na ulicy dłużej, że nie traktują jej jako ściek komunikacyjny, lecz jako MIEJSCE.

Zresztą trzeba tu wspomnieć, że organizowanie imprez (festynów) na Krakowskim Przedmieściu albo przy placu Grzybowskim to też nie lekarstwo. Na chwilę ożywia miejsce, ale na dłuższą metę niczego nie załatwia, bo impreza trwa kilka godzin, po czym jest zwijana, a przez następny tydzień znów jest smętnie.

Na koniec, żeby było jasne: w Grupie M20 nie mamy nic przeciwko ławeczkom. Są fajne i niech sobie będą. Ale mamy już serdecznie dość słuchania tylko o ławeczkach; aby przestrzeń ożyła, same ławeczki nie wystarczą.

Marcin Wojciechowski

Grupa M20.waw.pl

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

Najnowsze wiadomości z Warszawy