Google w Koperniku. Czy muzea przeniosą się do sieci?

Dariusz Bartoszewicz
28.05.2011 aktualizacja: 2011-05-27 23:19
A A A Drukuj
Twórcą dywanu fraktalowego jest prof. Wacław Sierpiński fot. Krzysztof Miller
  • Michael Jones w Centrum Nauki 'Kopernik'
- Tworzymy Muzeum Muzeów. Chcemy, by ich zbiory były dostępne dla wszystkich w internecie - ogłosił Michael Jones, główny promotor technologii w firmie Google, w Centrum Nauki "Kopernik". Czy wirtualne muzea wykończą te realne?
- Jesteśmy w Europie, Polsce, w Warszawie. To satelitarne zdjęcie centrum miasta - mówił Michael Jones, posługując się narzędziami, które jako pasjonat fotografii i komputerów sam współtworzył, czyli Google Maps i Google Earth.

Swoją prezentacją otworzył wczoraj w Koperniku drugi dzień ECSITE, czyli Europejskiej Sieci Centrów i Muzeów Nauki. Słuchało go ok. 800 osób z ponad 40 krajów świata.

Od synagogi do dywanu Sierpińskiego

Na ekranie ukazał się Pałac Kultury i jego okolice z lotu ptaka. Jones: - Chcę zwrócić uwagę na ten budynek, wiecie co to jest? Synagoga Nożyków (przy ul. Twardej 6) z lat 1898-1902.

Amerykanin pokazał najnowsze zdjęcia - z wiernymi w środku - ale także te lotnicze z 1935 r. oraz z 1945 r., kiedy synagoga stała ocalała w morzu ruin. Potem wyświetlił portrety polskich uczonych - jednego z twórców polskiej szkoły matematycznej prof. Wacława Sierpińskiego (1882-1969) i prof. Jana Łukasiewicza (1878-1956), który był logikiem, matematykiem i filozofem. Guru z Google'a przypomniał tzw. dywan Sierpińskiego, który wciąż inspiruje (stanowi logo zjazdu ECSITE w Koperniku). W definicji czytamy: "to fraktal otrzymany z kwadratu za pomocą podzielenia go na dziewięć (3x3) mniejszych kwadratów, usunięcia środkowego kwadratu i ponownego zastosowania tej samej procedury do każdego z pozostałych ośmiu".

- Prof. Łukasiewicz jest twórcą Odwrotnej Notacji Polskiej (Reverse Polish Notation), co po latach doprowadziło do wyprodukowania kalkulatorów naukowych. Najpierw coś jest w głowie, potem, w przyszłości, to się materializuje. Na tym polega wolność nauki, nigdy nie wiemy, co i kiedy wykorzystamy z jej odkryć - stwierdził Jones.

Przedstawiciel giganta internetowego przypomniał, w jak bardzo cyfrowych czasach żyjemy. Google rejestruje miliard wejść do sieci przez swoją wyszukiwarkę. Pozwala nie tylko oglądać Ziemię czy obraz miast z lotu ptaka. Można zejść w głąb oceanów, by obejrzeć ukształtowanie dna albo opuścić naszą planetę, by eksplorować Układ Słoneczny czy Galaktykę (dzięki współpracy z NASA). Są też niezliczone raporty np. ukazujące liczbę poległych mężczyzn i kobiet w różnych wojnach, także tych ostatnich przypisanych do poszczególnych krajów (w formie ikonek-ludzików).

- Informacja nie jest lustrem, w którym przegląda się świat. Informacja jest młotkiem, którym świat kształtujemy - przekonywał Jones.

Przypomniał dane pewnej brytyjskiej firmy prawniczej, że już prawie jeden na pięć rozwodów wywołuje niefrasobliwie "zawieszone" zdjęcia na Facebooku. Upublicznienie w sieci intymnych filmów prowadzi nawet do samobójstw. Zalew informacji i coraz większy kłopot z ich porządkowaniem opisał tak: - W dobie internetu każdy ma megafon i może mówić. To dobra wiadomość. Zła jest taka, że wszyscy mówią naraz.

Liczy jednak na rozsądek ludzi: - To tak jak z jazdą. Nikt przecież nie wsiada do samochodu, by zabijać pieszych.

Pocałuj Wenus w internecie

Oględniej Jones wypowiadał się na temat realizowanego od półtora roku projektu Muzeum Muzeów, na razie poza Polską (próbki na www.googleartproject.com). Umożliwia on wirtualne zwiedzanie, a nawet przypatrywanie się z bardzo bliska arcydziełom największych mistrzów, np. Vincenta van Gogha. Jego firma robi to w porozumieniu i wspólnie z ekspertami z 17 muzeów sztuki. - Wszystkich zachęcam do współpracy z nami. Na Ziemi mieszka ponad 6,5 mld ludzi, większość z nich np. do Kopernika nigdy nie przyjedzie. Jego galerie mogłyby być dostępne w internecie - przekonywał.

"Gazeta" przypomniała, że to na razie gigant internetowy wciąż rośnie i czerpie korzyści z wrzucania do sieci treści z gazet, skanowanych książek, teraz prezentowania bezcennych zbiorów sztuki. Pytała: - Co z tego mają wydawcy? Muzea? Nic?

- Kto nie chce, tego w internecie nie będzie - uciął Jones.

Prowokujące pytanie z sali: - A może Google chce stworzyć samo jakieś muzeum albo wystawę?

- Nie mamy takich planów, ale możemy pomóc w ich projektowaniu, bo znamy się na nowych technologiach.

Kolejne pytanie: - Czy to początek końca tradycyjnych muzeów?

Jones posłużył się porównaniem: - To jak z całowaniem. W internecie można znaleźć opisy, instrukcje, filmy, jak to robić. Jednak by to przeżyć, trzeba całować samemu.

Takim całowaniem sztuki jest kontemplacja "Narodzin Wenus" Sandra Botticellego w Galerii Uffizi we Florencji. To prawdziwe przeżycie, sieć go nie zastąpi. Google zamierza temu zaprzeczyć. Daje nowe narzędzie, które pozwala niemal w nieskończoność powiększać np. ciało Wenus aż po najdelikatniejsze dotknięcie pędzla artysty. Z tak bliska największych dzieł sztuki świata nie mógł dotąd oglądać nikt, z wyjątkiem konserwatorów sztuki. I jak tu wygrać z Google'em?

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Google w Koperniku. Czy muzea przeniosą się do ... milk55 28.05.11, 17:09

    To co robi google,jest popularyzowaniemsztuki.Muzeum najlepiej odwiedzic samemu.Nie każdy może,ma czas,pieniądze na bilet.To jest lizaniem lizaka przez szybe.Nic nie odda bezpośredniego »