Jak Przemek Pasek warszawską Wisłę ożywił

Dominika Olszewska
04.05.2010 aktualizacja: 2010-05-04 10:31
A A A Drukuj
Prezes fundacji Fot. Filip Klimaszewski / Agencja Gazeta
- To Przemek Pasek wypromował Wisłę. Bez niego w Porcie Czerniakowskim nie działoby się nic - uważa dr Marek Ostrowski, varsavianista
SERWISY
- Wszystko zaczęło się tego dnia, gdy podczas spaceru z moją byłą narzeczoną Kasią Nowak niedaleko Portu Czerniakowskiego zobaczyliśmy wystającą z wody barkę. W kanale leżała 12 lat i kompletnie zardzewiała. Kupiłem ją od Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego za symboliczną złotówkę. Zacząłem od wylewania wody wiaderkiem. Okazało się, że trzeba było wylać 16 ton wody z mułem - wspomina Przemek Pasek.

Przeczytaj także: Ratusz do społecznika: Spływaj Pasek znad Wisły!



Impreza na Herbatniku

Barkę nazwał Herbatnik. Gdy zaczęła pływać, zrobił na niej pierwszy koncert dla znajomych. Potem imprezy odbywały się już prawie co tydzień. By ratować barkę, w lutym 2005 r. założył fundację Ja Wisła. Nazwę ściągnął z szyfru, którym operowano w serialu "Czterej pancerni i pies". Organizacja miała promować Wisłę.

W 2006 r. przypłynął "Herbatnikiem" do zapomnianego Portu Czerniakowskiego, który przed wojną stanowił zaplecze techniczne żeglugi parowej. - Uznaliśmy, że to idealne miejsce do promowania Wisły. Jednak było tam straszliwie brudno, strach było wejść. Port tonął w butelkach po piwie, poniewierały się zużyte strzykawki - wspomina Pasek.

Społecznicy z fundacji wysprzątali port, zadaszyli "Herbatnika", zbudowali drewniane trapy, postawili przenośne toalety. Potem pieczołowicie odkopywali zabytkową pochylnię i bulwar. Pod ziemią odnaleźli kilka przedwojennych kotwic. - To teren naszpikowany historią. Liczymy, że zostanie wpisany do rejestru zabytków - podkreśla Pasek.

Na barce postawionej w porcie zaczął organizować koncerty offowe. Na "Herbatniku" zakwitło życie kulturalne. Tylko w 2006 r. odbyło się tu ponad 20 dużych imprez. Tu Pasek witał flisaków z Pienin, którzy po 400 km żeglugi wpłynęli do Portu Czerniakowskiego. Zorganizował noc kupały: port oświetlił tysiącami świec, na drzewach wisiały jabłka i banany, po rzece pływały lampiony.

Tłumy w kinie Most

Potem Pasek wysypał 100 ton piasku pod mostem Łazienkowskim i tak powstało kino Most. Używany projektor postawił na taborecie, za ekran służył stary spadochron powieszony na moście. Postawił na stare filmy i współczesne dokumenty studentów szkoły filmowej. Dla tych ostatnich podkładem dźwiękowym była zwykle muzyka Deep Purple. Prawdziwym hitem okazał się PRL-owski obraz "Milicja radzi, ostrzega, informuje". Na kino pod gołym niebem przychodziły tłumy. Ludzie przynosili jedzenie, rozsiadali się na kocach całymi rodzinami.

W porcie Pasek zaczął organizować warsztaty bębniarskie "Rytm rzeki". Dwugodzinne lekcje odbywały się na "Herbatniku". Na zajęcia przychodziło po kilkadziesiąt osób. - Dla mnie to były wyjątkowe warsztaty. Widok kilkudziesięciu zapalonych bębniarzy nad brzegiem Wisły to było coś. Chodziłem tam z prawdziwą przyjemnością. Już teraz moi uczniowie pytają, kiedy zaczynają się zajęcia. Nie wiem, co mam im powiedzieć - martwi się Kazimierz Klicki, szef szkoły nauki gry na bębnach Klick & Drum.

Pasek wraz z muzykiem Jackiem Kleyffem organizował też z okazji nocy świętojańskiej koncerty "Koło Jana", które trwały od zachodu do wschodu słońca. Ściągały na nie zespoły z całej Polski, słuchały tłumy mieszkańców Warszawy i okolic.

W ubiegłym roku po raz pierwszy odbyły się "Tańce na dechach". Fundacja Ja Wisła razem ze stowarzyszeniem Dom Tańca co tydzień zapraszała do portu ludowe kapele z Polski i z zagranicy. Najczęściej muzycy starszego pokolenia najpierw grali koncert, potem uczyli widzów tańczyć. - "Dechy" nawiązywały do przedwojennej warszawskiej tradycji tańców w okolicach nadwiślańskich. To była niepowtarzalna impreza. Ludzie poznawali piękną muzykę, której na żywo nie mieli nigdy okazji słyszeć - podkreśla Grzegorz Ajdacki, szef stowarzyszenia Dom Tańca.

Aresztowanie Basoni

W ubiegłym roku fundacja zaczęła też organizować rejsy na Bielany. Dwa razy dziennie wyruszała z portu drewniana krypa "Basonia". To replika drewnianej łodzi służącej kiedyś do przewożenia krów przez Wisłę. Na prośbę Paska zbudowali ją ludowi szkutnicy ze wsi Basonia w Lubelskiem. - To było wyjście do innej publiczności. Zaczęli pojawiać się rodzice z dziećmi, dziadkowie z wnukami - tłumaczy Pasek.

W lipcu policja rzeczna w brawurowej akcji właśnie niedaleko Portu Czerniakowskiego aresztowała krypę. Przemysław Pasek i sternik Piotr Malitka usłyszeli zarzut umyślnego narażenia pasażerów na utratę życia lub ciężkie uszkodzenie ciała. Obaj nie mieli uprawnień do prowadzenia takich kryp, bo mogą to robić jedynie zawodowcy z patentem stermotorzysty żeglugi śródlądowej. Łódź nie została też zarejestrowana w Urzędzie Żeglugi Śródlądowej. Policjanci zarzucili fundacji, że podczas rejsu dzieci na krypie były przywiązywane do leżaków. Wycieczkowicze stanowczo temu zaprzeczyli. Rejsy na Bielany zbadali prokuratorzy. Przesłuchali pasażerów łodzi, pracowników fundacji. Prześwietlili dokumentację. Biegły sądowy nie miał wątpliwości: uznał łódź za bezpieczną. Prokuratura umorzyła postępowanie. Po dwóch miesiącach łódź znów wypłynęła na Wisłę.

Pasek organizował też rajdy rowerowe, spływy kajakowe. Walczył, by Wisła była czysta. Sprawił, że nad rzeką stanęły toalety i kosze na śmieci. Został laureatem dwóch naszych nagród: w 2007 r. daliśmy mu Stołek za wiślane akcje, a czytelnicy "Gazety Co Jest Grane" przyznali mu Wdechę w kategorii Człowiek Roku.

Walka o Dworzec Wodny

Dotąd prawie wszystkie imprezy pod patronatem Paska finansował warszawski ratusz. W ub.r. fundacja dostała od miasta 450 tys. zł. W tym roku ani grosza. - Dla nas to wyrok śmierci. Bez tych pieniędzy będę musiał zamknąć fundację - twierdzi Pasek.

Miasto planuje ogłoszenie konkursu na koncepcję zagospodarowania Portu Czerniakowskiego. Teren, na którym dziś działa fundacja, ma być przeznaczony na działalność komercyjną. Do tego pełnomocnik ratusza ds. Wisły niezbyt chętnie współpracuje z największym animatorem kultury nad rzeką. - Marek Piwowarski ma żal do Paska, że to on kupił zabytkowy Dworzec Wodny w Porcie Praskim. Uznał to za swoją porażkę - zdradza urzędnik ratusza.

Dworzec Wodny, czyli ponadstuletnia barka, która powstała w stoczni rzecznej Maurycego Fajansa, do końca lat 70. służyła w Płocku jako rzeczna przystań. Sprzedawano w niej bilety do Gdańska, Ciechocinka, Włocławka. Potem statek trafił w prywatne ręce i popadł w ruinę. Pasek chciał go wyremontować, urządzić w nim Muzeum Wisły i siedzibę swojej fundacji. Przez kilka miesięcy szukał jego właściciela. Gdy przekonał go do sprzedaży (właściciel barki sprzedał fundacji Ja Wisła za 80 tys. zł; społecznikom pieniądze pożyczyła pracownia architektoniczna APA Wojciechowski), Dworcem Wodnym zainteresował się ratusz. - Też chcieliśmy kupić tę barkę, mieliśmy pieniądze. Gdyby trafiła w nasze ręce, na pewno by ocalała. A na remont dworca fundacji Ja Wisła nie damy ani złotówki. Nie będziemy inwestować w cudzą własność - tłumaczył wówczas Marek Piwowarski.

Kazimierz Klicki: - Miasto nie potrafi wykorzystać Paska. Na zamknięciu jego fundacji najbardziej stracą warszawiacy.

Przeczytaj także: Trzeba uratować ten dworzec, to zabytek klasy zerowej



Podziel się