Czesław Bielecki: Mam wizję, potrafię zrobić więcej

Iwona Szpala, Jan Fusiecki
27.10.2010 aktualizacja: 2010-10-26 18:49
A A A Drukuj
Czesław Bielecki Fot. Jacek Łagowski / Agencja Gazeta
  • Czesław Bielecki i Paweł Poncyliusz
Rozmowa z Czesławem Bieleckim, kandydatem na prezydenta Warszawy popieranym przez PiS
Iwona Szpala, Jan Fusiecki: Był pan ostatnio na Krakowskim Przedmieściu na obchodach półrocznicy katastrofy smoleńskiej?

- Myślałem, że państwo czytali bądź słuchali wcześniejszych rozmów ze mną. Pytania o krzyż, pomnik albo uzależnienie od PiS padają tak często, że stają się już nudne.

Nas nie nudzą.

- Jestem bezpartyjnym kandydatem, który uzyskał poparcie opozycyjnej partii. Sytuację pod Pałacem Prezydenckim obejrzałem dwa miesiące temu. Zareagowałem na to tekstem pt. "Pęknięcie".

Jednak dopytamy, jeśli pan pozwoli. 10 października pod Pałacem była demonstracja z udziałem Jarosława Kaczyńskiego. Brak legitymacji PiS nie oznacza, że nie mógł Pan tam przyjść. Tym bardziej że latem się pan tam przeszedł, znalazł miejsce dla pomnika ofiar katastrofy przed kościołem Seminaryjnym, opowiedział, jak pomnik mógłby wyglądać.

- W odróżnieniu od mojej konkurentki często chodzę po mieście, jeżdżę... Są spore obszary Warszawy, w których nie widzę ręki gospodarza.

To wróćmy do pomnika.

- Prezydent miasta musi umieć skonfrontować się z emocjami społecznymi, które wybuchły pod krzyżem, znaleźć pozytywną odpowiedź. Odwaga władzy do takiej konfrontacji służy nam wszystkim. Natomiast ten styl rządzenia, o którym mówię nie dotyczy jedynie problemu krzyża, który już schowano w kaplicy, ani tablicy ku pamięci ofiar, którą odsłonięto ukradkiem. Jest wiele innych punktów miasta, w których gromadzą się ludzie.

Jakie to punkty?

- Na przykład mieszkańcy okolic Okęcia protestują przeciwko samolotom.

Też chodzą z pochodniami, jak pod Pałacem?

- Jesteśmy miastem wolności, gdzie ludzie mogą wyrażać emocje. I wyrażali je wielokrotnie już wcześniej, również chodząc z pochodniami. Znam także przypadek, gdy ktoś, kogo w porę nie odwiedził lekarz, oflagował się na torowisku na Banacha. Lekarze zareagowali i zajęli się tym człowiekiem. Władza lokalna nie powinna uciekać przed problemami. Nieważne, czy dotyczą skrzyżowania, ścieżek rowerowych, czy protestu mieszkańców przeciw turystom brudzącym klatki schodowe.

We wszystkie te sprawy, publicznie pan się nie angażował. Zajmował się pan upamiętnieniem ofiar katastrofy smoleńskiej, choć teraz mówi, że to nudne.

- Przyszedłem na wywiad o Warszawie, to jest temat, który mnie interesuje. Powracające pytania o krzyż niczego nowego do rozmowy nie wnoszą i niczemu nie służą.

Bo pan nie odpowiada w sprawie pomnika.

- Zbudowałem już kilka pomników. Wokół każdego były kontrowersje. Gdy powstawał pomnik Zgrupowania AK Żywiciel na Cmentarzu Wojskowym komunistyczny ZBOWiD porównywał wysokość krzyży AK-owców do krzyży kościuszkowców. Przy pomniku zagłady łódzkiego getta gmina żydowska zastanawiała się - w tym miejscu nie było komina, który przypomina jeden z elementów mojej pracy. Gdy budowałem pomnik Polaków odznaczonych przez Yad Vashem, jeden z krytyków architektury uznał, że gwiazda Davida jest nachalna, a orzeł banalny. Tym razem zaproponowałem pewien sposób myślenia o Krakowskim Przedmieściu po tragedii, która spowodowała pęknięcie w opinii publicznej. Tyle. Reszta, czyli wizualizacja, to już reakcje ludzi. Projektem się nie zajmowałem.

A czym?

- Relacją władza samorządowa - nastroje społeczne -przestrzeń publiczna.

Na tym zakończył pan zaangażowanie w sprawę upamiętnienia?

- Tak. W tym konkretnym przypadku. Oczywiście, wśród zadań, które sobie stawiam, jest polityka pamięci. Bo miasto, a Warszawa szczególnie, jest pomnikiem pamięci mieszkańców i historii.

Podziel się