Zamiast zapłacić próbował zabić taksówkarza

Piotr Machajski
09.03.2010 aktualizacja: 2010-03-08 19:01
A A A Drukuj
Taksówka Fot. Mateusz Skwarczek/Agencja Gazeta
Taksówkarz tracił już oddech, gdy przypomniał sobie o nożyku przyczepionym do kluczy. To nim przeciął linkę, którą dusił go niedoszły zabójca.
Marek D., 53-letni taksówkarz z korporacji Halo OK Taxi, czekał na kurs na rogu ul. Świętokrzyskiej i Mazowieckiej. Była noc z niedzieli na poniedziałek 1 czerwca 2009 r. Stał jako drugi, ale kolega po fachu spał, więc klient podszedł do niego.

- Pojedzie pan do Czosnowa - zapytał?

- Tak, to przecież moja praca - odparł. - To będzie jakieś 150-200 zł.

Klient wsiadł. Kierowca zapamiętał, że miał dżinsy, czerwoną albo bordową kurtkę, pociągłą twarz, ciemne włosy i jednodniowy zarost.

Pasażer miał spać, ale się rozmyślił. Zapalił papierosa, a potem wdał się z taksówkarzem w rozmowę. Wcześniej przesunął się na tylnej kanapie za jego fotel.

- Zachowywał się grzecznie. Nic nie wskazywało, że coś może się zdarzyć - mówił potem taksówkarz.

Za Czosnowem skręcili w lewo, do Dębiny. Tam młody mężczyzna kazał się zatrzymać. Sięgnął do kieszeni po sznurek, zarzucił go taksówkarzowi na szyję i zaczął dusić.

Sznurek może się przydać

Proces w tej sprawie zaczął się wczoraj. 22-letni Tomasz K. został oskarżony o usiłowanie zabójstwa kierowcy.

Policjanci złapali go kilka godzin po ataku na taksówkarza. Wypatrzyli go, gdy szedł z Dębiny do domu do Nowego Dworu Mazowieckiego. Pomógł precyzyjny rysopis.

Bezrobotny, kawaler, skończył tylko podstawówkę. W dzieciństwie sprawiał problemy wychowawcze. - Dziś pewnie stwierdzono by, że miał ADHD, ale wtedy był po prostu niegrzecznym chłopcem - stwierdziła wczoraj przed sądem Dorota K., matka oskarżonego.

K. utrzymywał się z dorywczych prac. - Obrabiałem zdjęcia, statystowałem przy produkcjach filmowych - mówił wczoraj. - Zarabiałem niewiele. 300-400 zł miesięcznie.

Mimo to stać go było na to, żeby przez trzy dni z rzędu balować w śródmiejskim klubie Luztro w Al. Jerozolimskich. Wydał tam przynajmniej 600 zł. Potem odwiedził kolegę (w śledztwie nie chciał powiedzieć kogo). I w środku nocy został sam w centrum Warszawy. W kieszeni miał sznurek, który dwa dni wcześniej zerwał z banera zawieszonego na budynku Domów Centrum. - Taki sznurek zawsze może się przydać - miał sobie pomyśleć.

Od początku nie zamierzał płacić taksówkarzowi za kurs, bo nie miał z czego. - Wybrałem mercedesa, bo ma takie wygodne kanapy. Byłem zmęczony, chciałem się przespać - opowiadał wczoraj przed sądem.

Gdy zaczął dusić, kierowca próbował się uwolnić. Starał się odciągnąć sznurek i przez radio wezwać pomoc.

Dlaczego pan nie uciekł?

Jolanta S., telefonistka z korporacji, próbowała go wywołać przez radio: - Usłyszałam tylko: „Pomocy!”. A potem kolega już się nie zgłaszał.

Tomasz K. wydzierał się: - Zamknij mordę, skur... Zamknij mordę!

Marek D. tracił już oddech, gdy przypomniał sobie o breloczku przyczepionym do kluczy, w którym był mały nożyk. - Jedną ręką udało mi się wyciągnąć kluczyki ze stacyjki, otworzyć nożyk i przeciąć sznurek - zeznawał wczoraj przed sądem.

Tomasz K. wydostał się z auta i rzucił do ucieczki.

- Skoro nie zamierzał pan płacić za kurs, to dlaczego po prostu nie otworzył drzwi i od razu nie uciekł? - dociekał podczas rozprawy sędzia Cezary Puławski.

- Nie wiem. Nie jestem w stanie odpowiedzieć na to pytanie - stwierdził Tomasz K. - Działałem w emocjach, w strachu.

Wczoraj na początku procesu przeprosił pokrzywdzonego.

- Ta sprawa leży mi na sercu - przyznał.

Na kolejnej rozprawie sąd przesłucha biegłych psychiatrów. Być może oni odpowiedzą na pytanie, na które nawet oskarżony nie zna odpowiedzi: dlaczego próbował zabić taksówkarza.

Przeczytaj także: 74-latek zaczepiał na kupon i molestował dziewczynki



Podziel się