Ryk i zgrzyt, czyli pięknie! - święto metalu w stolicy

Łukasz Kamiński, Grzegorz Szymanik
16.06.2010 , aktualizacja: 17.06.2010 09:49
A A A Drukuj
Liderzy Wielkiej Czwórki. Od lewej: Kerry King (Slayer), Dave Mustaine (Megadeth), Scott Ian (Anthrax) i James Hetfield (Metallica)

Liderzy Wielkiej Czwórki. Od lewej: Kerry King (Slayer), Dave Mustaine (Megadeth), Scott Ian (Anthrax) i James Hetfield (Metallica) (Fot. Bartosz Bobkowski / Agencja Gazeta)

Jestem świadkiem historii! - cieszyłem się w środę, gdy po godzinie 21. na scenę wtargnęli muzycy Metalliki, zespołu, który przełamał granice między metalem a muzyką popularną.
Nowożeńcy z Japonii, kucharze i dziennikarze z Hiszpanii, turyści z Wielkiej Brytanii i dziesiątki tysięcy fanów z Polski. Na jednodniowy Sonisphere Festival zjechali oryginałowie z całego świata. W jednym celu - wziąć udział w historycznym dla muzyki wydarzeniu, wspólnym koncercie Wielkiej Czwórki, gigantów heavy metalu, czyli Metalliki, Slayera, Megadeth, Anthraxu.



Kto wsiadł wczoraj po południu do tramwaju linii 24, w stronę Bemowa, mógł się zdziwić: wagony po brzegi wypełnione były ubranymi na czarno ludźmi. Na rękach pieszczochy, na szyjach kolce, na plecakach mroczne naszywki. - Na świętego Józefa - westchnęła na przystanku starsza pani. - Czy w tym tramwaju wszyscy na koncert? - woła ktoś w koszulce "Ride the Lighting". - A tak, proszę kolegi. Na Behemotha, bo mam nadzieję, że Doda się pojawi - przyszła odpowiedź z drugiego końca wagonu.

Z godziny na godzinę wokół bemowskiego lotniska robiło się coraz bardziej czarno i długowłoso.

Ktoś chwieje się na nogach i woła: "Meeetaaaal! Raaaaaarrrr!". "Raaaaaaar! Raaaaar!" - odpowiada tłum dookoła. I w górę wędrują mano cornuta, czyli popularne "rogate dłonie".

Filip z Gdańska, poprawiając zakrywającą czoło bandanę, przewiduje: Około 20. na scenę wyjdzie Slayer. Przez chwilę będzie cisza. A potem się zacznie: trzask, ryk, zgrzyt, piekielne chóry, ogień, krzyki dziewic, wrzaski riffów. Czyli pięknie będzie.

Gdy stoję w kolejce po koszulki, poznaję przesympatyczną parę z Japonii, z Osaki. Przyjechali tu na swoją podróż poślubną - Wielka Czwórka nigdy u nas nie zagra, to za drogie przedsięwzięcie. Dlatego postanowiliśmy przyjechać tutaj. Potem ruszamy na Hellfest do Francji - mówią. Gdy się z nimi rozstaję, podchodzi grupa Hiszpanów i zaczyna się dyskusja o sushi, a ścieżką dźwiękową do rozmowy jest koncert Megadeth. Idę dalej, postanawiam zwiedzać aż do chwili, gdy na scenie pojawi się Slayer, wtedy nie będzie nic ważniejszego. Dla mnie i 70 tysięcy pozostałych fanów! Idąc pod scenę, czuję się trochę jak na pokazie mody T-shirtów. Migają mi napisy: "Rock, Honor, Ojczyzna", "Ekstremalna muzyka dla ekstremalnych ludzi", i dziesiątki wzorów z Metalliką, nieco mniej ze Slayerem i pozostałymi bohaterami festiwalu. Stare, znoszone przez lata, ale też i nowe, kupione dosłownie przed chwilą. Atmosfera jest prawdziwie świąteczna, choć może odpowiedniejszym określeniem byłoby: apokaliptyczna. A apokalipsa zaczęła się punktualnie za pięć czwarta po południu roku pańskiego 2010. Wtedy na scenie pojawił się niszczycielski w brzmieniu Behemoth, po nim punkowo-metalowy Anthrax, następnie nienaganny technicznie, precyzyjny Megadeth, Slayer, którego muzyka mogłaby ilustrować koniec świata.

Absolutnie magicznie zrobiło się po godz. 21. Scenę zajęła Metallica. Z głośników popłynęła melodia "Ecstasy of Gold" Ennio Morricone (którą zespół zaczyna swoje koncerty od 1983 r.), a po niej ciąg przebojów, w tym "For Whom The Bell Tolls", "Sad but True", "One" i "Master of Puppets".

Dla "Gazety": Alexander Milas*

Ten koncert to zupełnie przełomowe wydarzenie. Metallica, Megadeth, Slayer, Anthrax zdefiniowały charakterystyczne dla lat 80. brzmienie. Brzmienie, które w szczytowym punkcie zimnej wojny zapewniało ogłuszające schronienie zepchniętej na margines, nieumiejącej się przystosować do rzeczywistości młodzieży. Co więcej, muzyka tych grup, a zwłaszcza Metalliki, która jest jedną z największych współczesnych kapel, nie zestarzała się o jotę, wciąż jest niesłychanie popularna. W jakimś stopniu tę czwórkę można uznać za ambasadorów heavy metalu na cały świat. A trasę, która przywołuje ich wspólne, doskonałe początki, należy oceniać w kategoriach historycznych. Nigdy wcześniej te zespoły ze sobą nie grały, teraz więc spełniają marzenia wielu fanów. Ja miałem to szczęście uczestniczyć w koncercie Led Zeppelin kilka lat temu. Rozumiem więc to uczucie oczekiwania, podniecenia, bo takie koncerty wydarzają się tylko raz w życiu!

*Alexander Milas, redaktor naczelny "Metal Hammera", najpoczytniejszego heavymetalowego miesięcznika w Wielkiej Brytanii.

Przeczytaj także: Metal zatrzęsie stolicą. Ten koncert przejdzie do historii



Zobacz galerię zdjęć z koncertu wielkiej czwórki trash metalu