Po mniej więcej 30 latach obłędu, który doprowadził do tego, że śpię, jem i kocham się pośród książek, nadszedł czas, by powiedzieć stop. Stop inteligenckiemu przeświadczeniu, że domowa biblioteka to najpewniejszy kapitał, że inwestycja w książki zwraca się po stokroć. Wierzyły w to pokolenia niepokornych, ale bądźmy uczciwi: kto z nas jest w stanie znaleźć pozycję, która jest nam akurat potrzebna. Wiadomo, że się ją kiedyś kupiło, że się przeczytało, że była gdzieś we właściwym miejscu. Pamięta się nawet kolor okładki. Jednak ustalenie jej położenia pośród tysięcy innych ułożonych w dwóch lub trzech rzędach jest zupełnie niemożliwe. Łatwiej pójść do biblioteki lub zadzwonić do znajomych z nadzieją, że akurat u nich szukany tom pałęta się gdzieś w pierwszym rzędzie.
A gdy już podejmiemy radykalną decyzję, że coś z tym trzeba zrobić, pozostaje niebłahe zadanie logistyczne streszczające się w pytaniu: No właśnie, co? Oddać do antykwariatu? Wolne żarty! Uczestniczyłem ostatnio w kilku przykrych chwilach, gdy intelektualiści u schyłku drogi zawodowej pragnęli poprawić swój marny stan majątkowy wyprzedażą książek. Czy wiecie, jaka jest antykwaryczna cena wielotysięcznej, sprofilowanej tematycznie kolekcji należącej do emerytowanego profesora? Sześć, góra osiem tysięcy złotych! Życiowy dorobek wybitnego akademika wart tyle, co roczny zasiłek bezrobotnego. Będąc ledwie redaktorkiem, wolałbym w ogóle nie narażać się na tego typu rachunki. Dlatego też większość mych książek powędruje do specjalistycznej biblioteki, tam przynajmniej będę mógł znaleźć to, co jest mi potrzebne. Ale co zrobić z resztą? Bookcrossing? Dobry przy kilkunastu pozycjach, przy tysiącach za skomplikowany. Punkt skupu makulatury ?
I właśnie w tym momencie rozmyślań wszedłem do Kafki, nowej kawiarni u podnóża schodzącej łagodnie od Krakowskiego Przedmieścia ulicy Oboźnej. Wszedłem i zadrżałem. A zadrżałem, bo powitała mnie wielka ściana książek opatrzona tabliczką z napisanym kredą komunikatem: "Te książki uratowaliśmy ze skupów makulatury. Przyłącz się, nie wyrzucaj. Przynieś - wymień - kup". Mane, tekel, fares nie mogło zrobić większego wrażenia na królu Baltazarze niż tych kilka słów na mnie. Co mam robić dalej, zrozumiałem w ułamku sekundy. A będę to robić z tym większą przyjemnością, że pobyt w Kafce to czysta rozkosz. Przestronny i jasny dawny lokal sklepowy zastawiony jest wygodnymi tapicerowanymi kanapami i fotelami z czasów, gdy meble służyły do siedzenia, a nie pokazywania. Nad głowami mamy białe chmurki, na jednej ze ścian ironiczną kompozycję z porożami zwierzyny płowej, przed wejściem leżaki z biało-niebieskim płótnem, a za barem dwie sympatyczne panny serwujące najprostsze menu. To nawet nie jest menu, ot, kilka kanapek, kilka sałatek, kilka makaronów i kilka ciast zaprawionych jednak tym, co najważniejsze: brakiem pretensji i pokaźną dawką wdzięku.
Z jednej z witryn Kafki rozciąga się widok na dawne Dynasy, legendarną kolebkę polskiego kolarstwa, po której zostało zapuszczone boisko i rozpadające się magazyny Teatru Polskiego. Ta ruina to resztki rotundy należącej do towarzystwa cyklistów. Znawcy Warszawy podkreślają sportowe tradycje Dynasów, ale coś mi się plącze po głowie, że w rotundzie działał też teatr. Zaraz, zaraz, pisała o tym Barbara Król-Kaczorowska w książce "Architektura teatrów Warszawy". Pamiętam, taka różowa okładka. Gdzie ja ją mam? Ach, zadzwonię do M., ona z pewnością ma porządek w książkach. Zadzwoniłem. Gdy znajdzie, to oddzwoni. Nie oddzwania. Czas już wysłać ten felieton.
Kafka, ul. Oboźna 3, tel. 0 22 826 08 22, nie można płacić kartą