Home Africa Bar

Maciej Nowak
18.05.2007 aktualizacja: 2010-11-23 16:24
A A A Drukuj
Moi najbliżsi przyjaciele przeżywają właśnie wiek, w którym pieszczą się przekonaniem, że jakikolwiek dłuższy wypoczynek grozi ich firmom, Warszawie, ba Polsce całej, nieobliczalnymi konsekwencjami
Moi najbliżsi przyjaciele przeżywają właśnie wiek, w którym pieszczą się przekonaniem, że jakikolwiek dłuższy wypoczynek grozi ich firmom, Warszawie, ba Polsce całej, nieobliczalnymi konsekwencjami. Przedłużony weekend jeszcze wchodzi w grę, ale już tygodniowy pobyt z dala od biura nieuchronnie wywoła spadek mleczności krów, przekroczenie stanów alarmowych na Wiśle, Odrze i Nysie Łużyckiej oraz inne narodowe traumy. W efekcie wiją się za nimi serpentyny coraz bardziej dramatycznych wydruków z elektrokardiografów, wydają fortuny na masażystów, a w związki małżeńskie najchętniej wchodzą z przedstawicielkami służby zdrowia. Tak na wszelki wypadek. Ale już na bardziej śmiały wyjazd i porzucenie spraw zawodowych na kilka tygodni zdecydować się nie potrafią. Dlatego też najdalsze wyprawy odbywają ze mną. Do tajemniczej japońskiej restauracji Irori, do chińskiego Dzikiego Ryżu, uralskiego Baru Zakręt, gruzińskiego Tbilisi czy tak jak w ostatni poniedziałek - do Home Africa Bar.

To być może nasza najbardziej niezwykła ekspedycja. Znaleźć jej cel nie było prosto. Na ruchliwym skrzyżowaniu ulic Górczewskiej i Prymasa Tysiąclecia z trudem wypatrzyć można niewielki szyld w kształcie afrykańskiej maski. A gdy już go nawet dojrzycie, nie oznacza to, że dalej wiedzie droga prosta. Z jednej strony swoje wdzięki zachwala Café Grappa, z drugiej - klub Dobra Karma, łatwo nie zauważyć umieszczonego na zapleczu, tuż przy parkingu, niewielkiego pomieszczenia z wejściem po schodkach. Trudno nazwać to restauracją. Prawdę powiedziawszy, bar to również określenie zbyt odważne. Najtrafniej byłoby powiedzieć, że Home Africa Bar to po prostu kuchnia, w której stołują się ciemnoskórzy mieszkańcy Warszawy. Na ścianach wiszą jakieś afrykańskie gadżety, na barze króluje ogromny telewizor prezentujący klipy afro-disco, które swingują pod nosem klienci czekający na swoją porcję.

Nasze wtargnięcie wywołało konsternację, jako że nikt tu nie mówi po polsku, a Polacy pojawiają się głównie przez pomyłkę w poszukiwaniu pizzerii obok. Gdy upewniliśmy gospodarzy, że chcemy zjeść właśnie z nimi, otoczono nas miłą sympatią połączoną z dyskretnym zainteresowaniem. Zamówienie złożyliśmy w językach angielskim oraz migowym przy okazji rozwiązując nabrzmiały problem życiowy jednego z gości. Sympatyczny chłopak z Nigerii prosił, byśmy napisali mu na kartce, jak zwie się po polsku, coś - No wiesz takie coś - sugestywnie pokazywał przylegające do siebie dłonie. Dzięki pomocy francuskojęzycznego sąsiada okazało się, że chodzi o klej. Mam przynajmniej taką nadzieję

Spotkanie z serwowanymi tu potrawami to duże przeżycie. Jestem kompletnym ignorantem, jeśli chodzi o afrykańskie menu. Dopiero po powrocie do domu i przestudiowaniu internetu zrozumiałem, dlaczego spoglądano na mnie z pobłażaniem, gdy wziąłem się za kluskę z tapioku z duszonym ,,koza-mięso''. Z nieodżałowanej restauracji Lagos na Odyńca pamiętam, że z gorącej wielkiej kluchy odrywa się palcami mniejsze kawałki i zanurza w mięsnym sosie. Nie wiedziałem już natomiast, że stojąca obok miska z wodą nie służy jak w kuchni europejskiej do mycia dłoni po posiłku. Należy je umyć przed jedzeniem, a wkładając kawałki białego ciasta do gulaszu, manewrować tak, by nie zanurzać ręki w sosie. Świadectwem złego wychowania jest również oblizywanie palców oraz dotykanie ich wargami. No cóż, nie da się ukryć, że w Home Africa Bar dałem popis fatalnych manier. Dużo łatwiej poszło mi z kawałkami manioku, przypominającymi mięsiste ziemniaki, w sosie krewetkowym - jadłem to po prostu nożem i widelcem. J. skupił się zaś na wędzonym śledziu, który podsmażono z warzywami.

Czy to było smaczne? Nie wiem. Niewątpliwie zaś stworzyło pretekst do transkulturowej przygody. Wszyscy, którym wydaje się, że są niezastąpieni przy firmowej taśmie, a warszawska Syrenka popadnie w depresję, gdy opuszczą stołeczne opłotki, niech przynajmniej w ten sposób spróbują złapać dystans do amoku, w którym żyją. A być może odnajdą w sobie dusze Tony'ego Halika i Romana Paszke.

Home Africa Bar, ul. Górczewska 67 (róg Prymasa Tysiąclecia), nie można płacić kartą



Podziel się