Od kilkunastu dni podczas każdej nocnej zabawy w Pawilonach przy Nowym Świecie słyszę wciąż to samo pytanie: - Byłeś już w tym sushi barze? Co o tym myślisz? Ekscytacji stałych bywalców się nie dziwię: do tej pory w neoświatowym zagłębiu (w Berlinie podobne, lokalne skupiska barów zwą się dźwięcznie Kiez) bezapelacyjnie dominował vintage. Stylistycznie wszystko było raczej niżej niż wyżej, raczej stare niż nowe, raczej mroczne niż jasne. Fotele i krzesła z komisów, znalezione na śmietniku zużyte lampy i wychodzone dywany, oldschoolowe tapety, ewentualnie leżanki zbite z surowych desek, nakryte orientalnymi kilimami. Do tego browarki po 5 zł, wiśniówka po 6 zł i gustująca w nich studencka publiczność ubrana w ciuchy ze szmateksów, z przewieszonymi przez pierś torbami ze starych banerów reklamowych. Sushi bar
Besuto wyraźnie burzy ten porządek. Najpierw dlatego, że moda na sushi należy dzisiaj do stylu życia aspirującego młodego mieszczaństwa, z którym, przynajmniej na razie, alternatywna publiczność Pawilonów nie chce mieć nic wspólnego. Lansująca się ostatnio w oknie
Besuto panna z tipsami wymalowanymi w finezyjne esy-floresy, niczym pazury Katarzyny Lep w "Pawiu królowej" Doroty Masłowskiej, do tej pory miała w tej okolicy niewiele do roboty. Teraz znalazła tu już swoją miejscówkę. Obcość Besuto widać też po wystroju: zamiast ślepych witryn bez szyldów zapewniających gościom całkowite i ostentacyjne odcięcie od świata mamy oto lokal jak z magazynu wnętrzarskiego. Ogromna, jasna witryna, lustra, podświetlane szklane ściany w cytrynowych tonacjach, wystylizowane meble, podwieszany sufit - wszystko w guście luksusowego salonu kosmetycznego z głównej ulicy. To miejsce w sposób zupełnie oczywisty musi być solą w oku całej neoświatowej subkultury.
Nie ulegając emocjom targającym lokalną społeczność, postanowiłem poddać beznamiętnej analizie organoleptycznej ofertę gastronomiczną
Besuto. I, wierzcie mi, wynik nie jest negatywny. Trudno uznać ten lokal za perłę w koronie warszawskich sushi barów, ale też dość łatwo wyczuć jego specyfikę. Otóż jest to rodzaj przedszkola sushi. Nie znajdziecie tu ekstrawagancji w rodzaju sfermentowanej pasty sojowej czy żywych krewetek przypominających robaki pierzchające spod starych kamieni. Zamiast lutlampy do opiekania grudek ryżu jest kuchenka mikrofalowa do podgrzewania kawałków węgorza, zamiast ogromnego wyboru wyrafinowanych egzotycznych ryb - tylko te najbardziej popularne, czyli łosoś, tuńczyk, ślizga (zwana maślaną) i sardynka. Kucharzowi zaś wyraźnie największą satysfakcję przynosi robienie maki, roladek ryżowych z różnorodną zawartością, do których dekorowania nie waha się używać nawet ketchupu. To jest sushi oswojone, w sam raz dla debiutantów: poprawne, świeże, elementarne, niewywołujące przestrachu swoim ekscentryzmem ani nie rujnujące finansowo. Ceny większości specjałów oscylują w granicach 15-25 zł, a największy zestaw, wystarczający dla 3-4 osób z 32 porcjami nigiri i maki kosztuje 105 zł. Katarzyna Lep i jej przyjaciółki w Besuto czuć się będą doskonale.
Besuto Sushi Bar, ul. Nowy Świat 28, pawilon nr 2, tel. 0 22 828 00 20, można płacić kartą