Arti
W wielkich europejskich metropoliach restauracje indyjskie należą do najbardziej popularnych. W Warszawie jest dokładnie odwrotnie: w tych dosłownie kilku lokalach specjalizujących się w kuchni z tamtego regionu spotkać można przede wszystkim klientów anglojęzycznych. A taki Tandoor Palace na rogu Marszałkowskiej i Armii Ludowej uchodzący za najlepszą restaurację indyjską naszego miasta jest wręcz okupowany przez ekspatów, organizujących tu regularnie własne przyjęcia. Tubylcza publiczność do hinduskiego gotowania podchodzi z dystansem. Wpływ na to niewątpliwie mają niemałe ceny, ale i też brak w Polsce tradycji kolonialnych, które zachodnim Europejczykom ułatwiły zbliżenie do azjatyckich cywilizacji. Myśmy walczyli za wolność naszą i waszą, a nie zaglądali w cudze garnki. Nawet popularność bollywoodzkiego kina, którą widać w ostatnich latach w warszawskich kinach i klubach, nie wpłynęła na większe zainteresowanie tamtejszym stołem. Mało czytelna jest dla nas struktura i nazewnictwo indyjskich dań, używane do nich przyprawy wydają się zbyt ostre, a i brak typowych alkoholi, najskuteczniejszych przewodników przez narodowe kuchnie, budzić może w rodakach poczucie zagubienia.
Otwarta kilka dni temu restauracja indyjska Arti mieszcząca się koło nielubianego przez warszawiaków tureckiego biurowca przy placu Zawiszy również pełna jest cudzoziemców. Ale trzeba też przyznać, że cenowo wydaje się przyjazna, a przynajmniej bardziej przyjazna naszym kieszeniom niż pozostałe sanktuaria hinduskiej kuchni. Z kolei brak koncesji na alkohol ułatwia podjęcie decyzji o jogurtowym ciągu. A trzeba przyznać, że jest to przygoda niezwykła. Najpierw pogrążyłem się w spienionym, zwiewnym, delikatnie słonym lussi ze szczyptą curry (11 zł), potem taplałem w gęstym raita z pokrojonymi drobno świeżymi pomidorami, ogórkami i cebulą (10 zł), by na koniec zanurzyć się w ambrozyjnym, słodkim i aksamitnym smaku lussi, zmiksowanego z mango (12 zł). Z napojów zaskakujących nasze podniebienie warto też zamówić cytrynowy sok doprawiony na słodko-słono (7 zł), a do niego smażony na klarowanym maśle placek z mąki razowej o nazwie parantha, doprawiony sproszkowaną miętą (7 zł). Wrażenie absolutnie niezapomniane. Z placków skosztujcie jeszcze koniecznie naanów, czyli pulchnych pszennych naleśników nadziewanych serem, warzywami, mięsem, rodzynkami.
Nie udało mi się przedrzeć przez całą kartę Arti, ale tych kilka potraw, które spróbowałem, zachęca do dalszych samodzielnych poszukiwań, bo wygląda na to, że gotować tutaj umieją. Najpierw pyszne wydały mi się kawałki ryby usmażone w panierce z mąki z soczewicy (15 zł). Bardzo smakowała mi kwaśna i ostra sałatka z ziemniaków, pomidorów, cebuli i pomidorowego przecieru (12 zł), nieco mniej - z powodu nadmiernego przesuszenia leżących na nim mięs - gorący, żeliwny półmisek z kawałkami jagnięciny, kurczaka i krewetek (40 zł). Kurczak vindaloo (23 zł) podany w metalowej miseczce pełnej gęstego i ostrego sosu niemal wypalił mi usta, ale są przecież zaprzysięgli amatorzy pikanterii, którym niestraszny być powinien nawet kurczak madras, o którym w karcie pisze się, że jest ,,bardzo ostry''. Ja się go trochę przestraszyłem, ale nie wątpię, że wśród czytelników "Gazety Co Jest Grane" znajdą się również miłośnicy gastronomicznego survivalu. Moim gustom bliższa była jagnięcina w delikatnym sosie z owoców i jogurtu (25 zł). Duże wrażenie robi także ryż basmati o długich smukłych ziarnach, smażony z owocami morza (28 zł) obtoczonymi wcześniej kolorowymi przyprawami.
Arti jest miejscem bezpretensjonalnym, niedużym, z hinduskimi oleodrukami na ścianach i oryginalną muzyką. To bardziej przytulny, rodzinny bar z nieco speszoną obsługą, niż wypasiona restauracja. Budzi autentyczną sympatię i chęć do dalszych spotkań z egzotyczną kuchnią. Spotkamy się tutaj z pewnością jeszcze nieraz.
Arti, Al. Jerozolimskie 121/123, tel. 0 22 626 90 02, 0 22 626 91 01, można płacić kartą