Ginger

Maciej Nowak
15.06.2007 aktualizacja: 2010-11-23 16:21
A A A Drukuj
Nowy Ginger jest otwarty całą dobę!
Ginger to nasz stary znajomy. Ostatni raz widzieliśmy się półtora roku temu na Nowym Świecie. Po kilkunastu miesiącach heroicznej walki o przetrwanie ostatecznie padł, by odrodzić się przed paroma tygodniami w wieżowcu przy Zgoda 12, w pobliżu klubowego epicentrum ulicy Sienkiewicza. Za dawnych lat mieścił się tutaj barek kawowy Przy Kurierku, ostatnio przez dłuższy okres działała jakaś sieciowa pizzodajka. Dawny Ginger przy Nowym Świecie był lokalem mocno designerskim, ze świetną kuchnią, która jak to, niestety, dzieje się w Warszawie dość często, stopniowo coraz bardziej podupadała. Zbierałem za to cięgi, bo mój pierwotny i zapisany w felietonie entuzjazm z biegiem czasu stawał się coraz mniej adekwatny do tego, jak tam karmiono. Przepisy niby ciągle były te same, ale kolejnym kucharzom brakowało już talentu i wdzięku tych, którzy je stworzyli. Dlatego dziś będę dmuchał na zimne i za łatwo nie poddam się czarom nowego Gingera. A można się w nim zakochać z jednego zasadniczego powodu: jest otwarty przez całą dobę.

Tego typu lokali powstało ostatnio kilka, ale każdy następny ciągle jest miłym obiektem na tle statecznej warszawskiej gastronomii, która troszczy się o nas niczym pogodna babunia: nie za późno, bez szaleństw i z łapkami na kołdrze. Regularnie odbieram telefony od bliższych i dalszych znajomych, którzy po wieczornym spektaklu czy koncercie chcieliby pójść na kolację i mają z tym poważny kłopot. Zwykle doradzam wizytę w Living Roomie na Foksal, gdzie kuchnia pracuje do 2 w nocy, podpowiadam także klubowe nocne menu w Szpilce, Szpulce czy Lemonie. Szukających mocniejszych wrażeń kieruję zaś do Baru przy Iglicy koło służbowego wejścia do Teatru Dramatycznego, gdzie warszawscy taksówkarze zjeżdżają się po północy na pyszne golonki z wody i żurek.

Na tym tle oferta Gingera wydaje się interesująca, bo zakomponowana w orientalnym stylu, którego dotąd nocą brakowało. Niestety, na razie jednak trudno mówić, że są to specjały tysiąca i jednej nocy. To, co jadłem tam kilka dni temu, było jakościowo bardzo nierówne. Obok rewelacyjnego kremu pomidorowego (11 zł) z wbitą doń gałką lodów doprawionych bazylią musieliśmy z J. zmagać się z ociekającą tłuszczem, ciężką i lepką tempurą z warzyw i krewetek (36 zł). Smaczne było udko z kaczki (41 zł) w chińskim słodkawym sosie hoisin, ale już towarzyszący ptakowi placek z mąki kukurydzianej nie powinien opuszczać kuchni szanującej się restauracji. Rozpadał się, był przesiąknięty tłuszczem i bardzo nieapetyczny. Pomyłką okazała się też zupa serowa z krewetkami (16 zł) oraz suche, zbite pierogi z kurkami i imbirem (29 zł), rzekomo podsmażane w woku. Głowy może nie oddam, ale jakąś mniej eksponowaną część ciała z pewnością, że woka pierożki te nie oglądały lecz zwykłą, nadwiślańską patelnię. Smakowały mi natomiast polędwiczki wieprzowe (38 zł) podane na dwukolorowym, kremowo-czerwonym, purée z ziemniaków i fasoli oraz stek z łososia (36 zł) w pięknie żółtym i równie smacznym sosie imbirowo-cytrynowym. Omijajcie dętkowate kalmary w sosie pieprzowym (23 zł), nie bójcie się zaś Ginger Burgera (23 zł), czyli firmowego hamburgera, który stać się może solidną bazą do nocnych hulanek.

No właśnie, tutaj być może dotknęliśmy istoty nowego wcielenia Gingera. Dziś to lokal przejściowy, etap na trasie między okolicznymi klubami. Trudno uchwycić jego klimat i pewnie nie zdecyduję się na spędzenie tu całego wieczoru. Ale jako element rozrywkowo-gastronomicznej infrastruktury wielkiego miasta wydaje się nad wyraz potrzebny.

Ginger, ul. Zgoda 12, tel. 0 22 8273003, www.ginger.com.pl, czynne całą dobę, można płacić kartą



Podziel się