Mały Wietnam

Maciej Nowak
13.07.2007 aktualizacja: 2007-07-11 22:15
A A A Drukuj
Jarmark Europa wzbudzał we mnie mieszane uczucia do chwili, gdy przed dwoma laty odkryłem uliczkę wietnamskich barów
Warszawa żegna się ze Stadionem Dziesięciolecia i Jarmarkiem Europa. W tych sentymentalnych pożegnaniach jest sporo hipokryzji, ale to przecież taka trwała i powszechnie akceptowana nasza narodowa cecha. Hipokryzji, bo przez dwie dekady istnienia targowiska na stadionie Warszawa raczej ignorowała istnienie tego miejsca. A wręcz bała się go. Z niepokojem przyglądaliśmy się objuczonym wielkimi torbami ludziom zapełniającym tramwaje między stadionem a Dworcem Centralnym. Z wyniosłością z okien ekspresowych pociągów zmierzających trasą średnicową obserwowaliśmy sterty śmieci i byle jak sklecone budy, w których toczył się handel zbliżający postradziecki świat do granic naszej Europy. Stadion i Warszawa istniały w tym samym miejscu, ale zupełnie obok siebie. Ich mieszkańcy nie utrzymywali bliższych relacji, poświęcali sobie czasu nie więcej niż tyle, ile potrzeba na wynegocjowanie lepszej ceny za podrabiane dżinsy. Stadion stał się zamkniętą republiką, a może raczej satrapią w guście Republiki Naddniestrzańskiej, po której spragnionych egzotyki warszawiaków zaczęli oprowadzać artyści. Najpierw byli to dokumentaliści z TVN, którzy stworzyli pasjonujący serial "Jarmark Europa", później Joanna Warsza, autorka równie niezwykłego, nagrodzonego zeszłoroczną Wdechą, projektu "Podróż do Azji". W jego ramach zaprosiła na wędrówkę po ukrytym na stadionie warszawskim Małym Wietnamie.

Nie byłem ani lepszy, ani bardziej otwarty od moich rodaków. Jarmark wzbudzał we mnie mieszane uczucia. Kusił egzotyką, pozwalał zachłysnąć się postkolonialnym poczuciem wyższości, ale też wywoływał autentyczny strach. Przynajmniej do chwili, gdy przed dwoma laty odkryłem uliczkę wietnamskich barów. Dotrzeć do niej nie jest łatwo, a żaden z planów miasta nie ogarnia skomplikowanego układu urbanistycznego jarmarcznych terenów. Z grubsza należy się kierować w okolice przystanku kolejowego Warszawa Stadion i tam zasięgnąć języka. Na długości 100 metrów przytulonych jest do siebie kilkanaście wiat zapewniających ciepłą strawę pracującym na stadionie Wietnamczykom. I właśnie dlatego, że to kuchnia przygotowywana przez swoich i dla swoich, smakuje ona odmiennie od tego, co serwują bary wietnamskie na mieście. Różnica rzuca się w oczy od razu po wejściu - brak jakichkolwiek orientalnych gadżetów, kolorowych makatek i lampionów. Panuje styl poręcznego funkcjonalizmu - białe lub półprzezroczyste przepierzenia, długie stoły nakryte ceratą z ławami do siedzenia, w głębi gigantyczne sagany parującego bulionu. Obok ktoś obierający warzywa lub siekający mięso, płaczące dzieci, plotkujący ze sobą sąsiedzi. Nigdy nie byłem w Indochinach, ale obrazy, które kojarzę z filmów dokumentalnych z tamtego regionu, wydają mi się bardzo znajome. Właśnie dzięki wizytom na stadionie.

Królujący w kuchni bulion to podstawa serwowanych tu posiłków. Nie szukajcie jakiegokolwiek menu, nie próbujcie kaprysić, bo i tak sprzedający nie mówią po polsku i nie dogadacie się z nimi. Bierzcie to, co jedzą wszyscy, czyli ogromną misę złocistego rosołu z dorzuconymi doń pokrojonymi, surowymi warzywami - cebulą, szczypiorem, marchewką - kawałkami tofu, płatkami wołowiny bądź kurczaka, z garścią twardych azjatyckich ślimaków. Doprawcie to marynowanym czosnkiem lub ostrym paprykowym sosem znajdującymi się w słoikach na każdym stole. Do tego zimna zielona herbata oraz kawałki wytrawnego placka z ciasta listkowego, które jest pieczęcią pozostawioną na wietnamskiej kuchni przez francuskich kolonizatorów. Siadajcie przy stole razem ze skośnookim tłumem i uśmiechajcie się przyjaźnie. Tyle serdeczności nie zaznacie w żadnym z warszawskich klubów.

Wietnamska uliczka karmi od wczesnego ranka do mniej więcej godz. 13-14, kiedy handel na stadionie zamiera. Ale i wtedy warto tu zajrzeć, bo na ojczyste przysmaki wpadają Wietnamczycy, którzy wyemancypowali się z bazarowego świata. Te dziewczyny i ci chłopcy są ładni i kolorowi niczym postaci z Mangghi. Właśnie w chwili, gdy targowisko opuszczają kupcy, wejdźcie też koniecznie na koronę stadionu, by spojrzeć na wymarły krater kumulujący niegdyś wielkie emocje sportowe, polityczne, artystyczne i religijne. Po przemówieniach Bieruta, triumfach Szurkowskiego, tragicznym samospaleniu Ryszarda Siwca, dożynkach Gierka i mszy odprawionej przez Jana Pawła II pozostały porośnięte chwastami zwały gruzu.

Jarmark Europa, Stadion Dziesięciolecia, ul. Zieleniecka/rondo Waszyngtona

Podziel się