London Steak House

Maciej Nowak
09.10.2009 aktualizacja: 2010-11-23 14:47
A A A Drukuj
Śródmieście, Al. Jerozolimskie 42
Nie ma knajpy lepiej położonej niż London Steak House, który w latach 90. zastąpił legendarną kawiarnię Kolumbijka. Jego czerwony neon na skrzyżowaniu Alej Jerozolimskich i Kruczej w ciągu ostatnich dwóch dekad stał się nieodłącznym elementem warszawskiego krajobrazu. Do tego stopnia, że dla autochtonów jest już prawie niezauważalny, zupełnie jak szum tramwajów czy tłumy przechodniów na chodnikach. Ja sam, wybierając co tydzień, przez kilkanaście ostatnich lat, kolejne lokale do opisania w "Gazecie Co Jest Grane", jakoś nigdy nie wpadłem na pomysł, by przyjść właśnie tutaj. London Steak House istnieje, działa, rozświetla nocne Aleje, ale jakby go w ogóle nie było. Czy znacie kogokolwiek spośród znajomych, kto jadłby w tym miejscu w ciągu ostatnich dziesięciu lat? Gdy w końcu wszedłem tam w ostatni weekend, zrozumiałem w lot, dlaczego tak się dzieje.

Centralne położenie sprawia, że do London Steak House docierają przede wszystkim anglojęzyczni cudzoziemcy oraz przybysze niezbyt zorientowani w gastronomicznych atrakcjach miasta. I powiem państwu, że nie jest to złe rozwiązanie. Przynajmniej nie zajmują miejsc w innych, bardziej godnych uwagi knajpach. Albowiem, jak o swoich rodakach pisze Kate Fox w pasjonującej książce "Przejrzeć Anglików": ,,W odróżnieniu od innych krajów, w których kultywuje się jedzenie i posiada umiejętności kulinarne, Anglicy na ogół nie mają zbyt wysokich oczekiwań, gdy idą do restauracji, ani nawet gdy gotują w domu. Z wyjątkiem garstki fanów jedzenia nie oczekujemy, że dania, które nam zaserwują, będą szczególnie dobre; jesteśmy zadowoleni, gdy jedzenie jest smaczne, ale nie czujemy się tak głęboko dotknięci czy oburzeni jak inne nacje, gdy jest miernej jakości. Możemy czuć się lekko zirytowani z powodu przesmażonego steku lub sflaczałych frytek, ale nie uważamy, że zostały naruszone fundamentalne prawa człowieka. Przeciętne jedzenie to norma''.

Nic dodać, nic ująć, bo właśnie takie specjały gościom z Wysp zapewnia warszawski London Steak House. Mogą poczuć się jak u siebie w domu! Czym chata bogata: trupio sine steki odmawiające współpracy z nożem (39-88 zł), zdechłe krewetki z awokado (37 zł), grzybowe sosy z proszku, dorsz w przypalonej panierce (35 zł), cienki jak bibuła hamburger w bułce z ligniny (28 zł) i sflaczałe frytki z mrożonek. Znajdziecie tu większość z tego, co przez całe dziesięciolecia sprawiało, że brytyjskie jedzenie uchodziło za najgorsze w Europie. A w dodatku, jak łatwo policzyć, ceny w London Steak House są raczej jak z West Endu niż warszawskiego Śródmieścia. Dość powiedzieć, że za kolację dla sześciu osób o skromnym apetycie i (nieco) większym pragnieniu zapłaciliśmy prawie 1000 zł. Gdy pomyślę o tym, że połowa średniej krajowej pensji pozostała w lokalu, w którym na prawie 80 miejsc konsumpcyjnych przypadają w toalecie dwa oczka, to wracać mi się tu już nigdy nie chce. Stać w kolejce do kibla gotów jestem w ekstatycznym klubie czy dyskotece, ale nie w restauracji ceniącej się aż tak drogo.

Dziś, gdy Londyn staje się jedną z gastronomicznych stolic świata, gdy Brytyjczycy - Jamie Olivier, Delia Smith, Nigella Lawson czy Gordon Ramsay - są architektami nowego światowego ładu kulinarnego, skansen pleśniejącej kuchni w guście Margaret Thatcher może jest nawet jakąś atrakcją turystyczną dla spragnionych mocnych wrażeń globtroterów. Z pewnością jednak nie dla nas, dumnych odkrywców nieznanych restauracyjnych horyzontów.

London Steak House, Al. Jerozolimskie 42, tel. 022 827 00 20, , można płacić kartą



Podziel się