Piąta Ćwiartka

Maciej Nowak
05.03.2010 aktualizacja: 2010-11-23 14:32
A A A Drukuj
Piąta Ćwiartka fot. Krzysztof Miller
Stare Miasto, Zamek Królewski, Arkady Kubickiego
ZOBACZ TAKŻE
Nie mam boga, na którego mógłbym przysiąc, musicie więc uwierzyć na słowo, że o Piątej Ćwiartce chciałem napisać felieton entuzjastyczny. Bo pomysł na stworzenie lokalu specjalizującego się w podrobach, czyli piątej ćwiartce, wydaje się zarówno rewelacyjny, jak i rewolucyjny na tle lekko nudnawego pejzażu kulinarnego Warszawy. Cynaderki, flaczki, wątróbki i żołądki należą do największych skarbów kulinarnych naszego miasta i tylko wybuchowi chorobliwej hipokryzji i nuworyszostwa przełomu XX i XXI stulecia zawdzięczamy, że nie stanowią ozdoby naszych jadłospisów. Miał to być tekst pełen uznania dla energii całej rodziny Kręglickich, która od dwóch dekad nieustająco należy do liderów naszej gastronomii, a jej lokale oparły się upływowi czasu. Zamierzałem przy okazji dać wyraz zachwytowi odbudową Arkad Kubickiego pod kierunkiem prof. Stanisława Fiszera. Bezkolizyjna lokalizacja Piątej Ćwiartki akurat w tym miejscu dowodzi, z jaką elastycznością i wyczuciem zaprojektowano rekonstrukcję tego arcydzieła techniki budowlanej z początku XIX wieku.

Niestety, nie będzie to jednak artykuł pełen entuzjazmu. Na cztery próby dostania się do Piątej Ćwiartki tylko jedna była udana. I choć zjadłem tam rewelacyjne confit z żołądków gęsich, przegryzłem niezłymi flakami na czerwono z chorizo, a podsumowałem pysznymi jabłkami zapiekanymi pod kruszonką, to jednak nie jestem w stanie namawiać państwa do powtórzenia moich doświadczeń. Czy mógłbym polecać lokal, do którego wstępu przez Zamek Królewski od strony Kanoniej broni dwóch wąsatych strażników wspieranych przez dwie panie w kapciach urzędujące już wewnątrz budynku? Gdy przedrzemy się przez gąszcz groźnych spojrzeń i podchwytliwych pytań, zostaje nam jeszcze zejście do podziemi, przeskoczenie przez sznur odgradzający, odnalezienie właściwych, choć nieoznakowanych drzwi, za którymi znajdują się nieustająco puste schody ruchome. Pilnuje ich zresztą kolejny strażnik o spojrzeniu wyliniałego Bazyliszka.

Pokonanie tych wszystkich przeszkód godnych antycznego herosa nie jest jeszcze gwarancją spożycia cynaderek. By tak się stało, muszą być spełnione dodatkowe warunki. Musicie mieć pewność, że chwila, w której poczuliście łaknienie, nie przypadła w poniedziałek albo inny dzień uznany przez dyrekcję Zamku za niewłaściwy na wpuszczanie plebsu. A także, że nie minęła jeszcze godzina 16. Bo godzina 16 na Zamku Królewskim w Warszawie przypomina północ na balu, w którym uczestniczył Kopciuszek. O tej godzinie czar pryska i Zamek odbudowany dzięki narodowej ofiarności staje się prywatnym folwarkiem: wstęp do niego mają tylko wybrani, do których z pewnością wy nie należycie. Jeśli ominiecie wszystkie pułapki, to i tak nie będziecie mieli pewności sukcesu. Może się bowiem okazać, że Arkady Kubickiego zostały wynajęte przez dyrekcję Zamku na imprezę dla badylarzy i wszystkim postronnym wara od zakłócania dobrej zabawy tym, którzy za nią zapłacili.

To spotkało mnie właśnie dzisiaj i dlatego nie jestem w stanie zdobyć się na spokojną recenzję. Targa mną głodna złość i potrzeba zadania kilku trudnych pytań. Jak to jest, że wydajemy miliony publicznych złotych i euro na odbudowę obiektu, do którego nie sposób się dostać? Dlaczego najbardziej reprezentacyjny budynek stolicy służy za party house dla finansowych elit, zamiast przyciągać do swoich wnętrz szeroką publiczność ciekawą ofertą zarówno programową, jak i gastronomiczną? Po co zaangażowano do rekonstrukcji Arkad Kubickiego jednego z największych architektów Europy, skoro i tak jego dzieło skrywane jest pod tandetnymi sreberkami i błyskotkami instalowanymi przez organizatorów komercyjnych bankietów? I w końcu pytanie najważniejsze: kiedy do diaska będę mógł zjeść moje cynaderki?

Piąta Ćwiartka, Zamek Królewski, Arkady Kubickiego, czynne od 10 do 16 oprócz poniedziałków i innych tajemniczych dni



Podziel się