Fish & Chips
23.04.2010
aktualizacja: 2010-11-23 14:27
fot. Albert Zawada
Śródmieście, ul. Koszykowa 30
Jeżeli tkwią państwo w przekonaniu, że Polacy są społecznością najciężej doświadczaną przez los i historię, to sąPaństwo w błędzie. W zakresie wydarzeń politycznych moje kompetencje można oczywiście łatwo podważyć, natomiast jeśli chodzi o kulinaria, czuję się nieco bardziej pewnie. I jestem w stanie udowodnić, że są narody, które naprawdę żywią się podlej niż Lachowie. Narzekamy na ciężko strawną polską dietę, schabowe, bigosy i żurki, ale spójrzcie na jadłospisy naszych południowych sąsiadów: zapychające bułowate knedliczki, uduszoną na śmierć polędwicę w śmietanie i zero warzyw. Zgroza i zgaga - złe siostry dwie patronują czeskim posiłkom. Jednak to i tak niewielki dramat w porównaniu z tym, co pochłaniają Brytyjczycy. Ja wiem, że londyńska Fat Duck uchodzi za najlepszą restaurację świata. Nikt nie musi mnie przekonywać, że Nigella Lawson, Jamie Olivier i Dwie Grube Damy z TV BBC zrobili więcej dla ludzkości niż Beatlesi, ale prawda o wyspiarskiej kuchni jest straszna. I możecie ją poznać z całą brutalnością na Koszykowej 30 w działającym od kilku miesięcy barku Fish & Chips, który uznać trzeba za godną odpłatę Angoli za pleniące się w Londynie polskie delikatesy.
Lokal jest autentycznym cytatem z brytyjskiej ulicy. Tego typu miejsca zwane są potocznie chipperami i stanowią sztandarowy gatunek angielskiej gastronomii na stojaka. Całe wyposażenie, zaopatrzenie oraz obsługa robią wrażenie, jakby były fatamorganą z East Endu czy Soho. Ale to nie przywidzenie - to nowe i godne przestudiowania zjawisko warszawskiej gastronomii. Barem rządzi rudy chłopak z długim, ciasno splecionym warkoczem, za nim rozpościera się stalowa rynna do smażenia frytek, z powietrza atakuje nozdrza intensywny smród przypalonego tłuszczu, a w witrynkach i jadłospisie znajdziecie wszystko, przed czym na kontynencie przestrzega każdy dietetyk i co przeraża nawet mnie. Taka na przykład pasta drożdżowa Marmite do smarowania pieczywa opisywana jest przez producenta jako specjał o parametrach żywności organicznej. Ale jak wczytać się głębiej, to okazuje się, że smarowidła o smaku zjełczałego maggi nie należy jeść dziennie więcej, niż zmieści się na końcu noża. Zresztą ja bym nawet nie próbował więcej.
Flagową potrawą jest tu oczywiście fish and chips, czyli filet rybny z frytkami. Frytki frytkami, ale kawał ryby w panierce piwnej tworzącej wokół tuszki dorsza przeciwpancerną łuskę jak z tłustego ołowiu to już doświadczenie hardcore'owe. Nie da się tego ani właściwie dosmaczyć, ani rozsądnie zjeść, bo porcja rozpada się na nieapetyczne elementy. Ale i na tym dziwactwie Brytyjczycy nie poprzestali. Przed dziesięciu laty jakiś szaleniec w Szkocji wpadł na pomysł, by w tej samej otoczce zanurzyć snickersa lub marsa i również usmażyć w głębokim tłuszczu. Na Koszykowej podjąłem odważną próbę zmierzenia się z tym specjałem i niestety, odpadłem po pierwszym kęsie. Oglądałem w życiu rozmaite filmy dla dorosłych, ale propozycji dla miłośników smażonego czekoladowego batona chyba obejrzeć bym nie chciał. Dzielności zabrakło mi także na smażone angielskie kiełbaski śniadaniowe. W naiwności swej wziąłem je kiedyś do ust w londyńskim hotelu i długo nie mogłem wyjść z szoku. Najparszywsza polska parówka jest przy tym dziele zbzikowanego masarza klejnotem dobrego smaku.
Poza tymi smakowitościami w Fish & Chips znajdziecie wszystko, czego wam nie brakuje od ostatniej wizyty w Londynie. Słodki porridge, czyli zmieloną na pulpę owsiankę na mleku. Mdłego Dr. Peppera, czyli odmianę pepsi-coli zupełnie pozbawioną smaku. Przesłodzony do nieprzytomności pudding z małych opakowań do podgrzania w mikrofalówce. Kwaśno-słodko-słone pikle. Smakoszy zainteresuje natomiast z pewnością ogromny wybór brytyjskich piw (ESB, Golden Champion, London Porter, Golden Glory, Bishops Finger, Directors, London Pride, Magners, Scrumpy Jack, John Smith's, Strongbow), których jednak na miejscu spróbować nie można.
I żeby była jasność: naprawdę nie odradzam wizyty w Fish & Chips. Wręcz odwrotnie - wizyta w tym lokalu wydaje mi się obowiązkowym punktem wychowania patriotycznego.
Fish & Chips, ul. Koszykowa 30, www.fishandchips.pl

Lokal jest autentycznym cytatem z brytyjskiej ulicy. Tego typu miejsca zwane są potocznie chipperami i stanowią sztandarowy gatunek angielskiej gastronomii na stojaka. Całe wyposażenie, zaopatrzenie oraz obsługa robią wrażenie, jakby były fatamorganą z East Endu czy Soho. Ale to nie przywidzenie - to nowe i godne przestudiowania zjawisko warszawskiej gastronomii. Barem rządzi rudy chłopak z długim, ciasno splecionym warkoczem, za nim rozpościera się stalowa rynna do smażenia frytek, z powietrza atakuje nozdrza intensywny smród przypalonego tłuszczu, a w witrynkach i jadłospisie znajdziecie wszystko, przed czym na kontynencie przestrzega każdy dietetyk i co przeraża nawet mnie. Taka na przykład pasta drożdżowa Marmite do smarowania pieczywa opisywana jest przez producenta jako specjał o parametrach żywności organicznej. Ale jak wczytać się głębiej, to okazuje się, że smarowidła o smaku zjełczałego maggi nie należy jeść dziennie więcej, niż zmieści się na końcu noża. Zresztą ja bym nawet nie próbował więcej.
Flagową potrawą jest tu oczywiście fish and chips, czyli filet rybny z frytkami. Frytki frytkami, ale kawał ryby w panierce piwnej tworzącej wokół tuszki dorsza przeciwpancerną łuskę jak z tłustego ołowiu to już doświadczenie hardcore'owe. Nie da się tego ani właściwie dosmaczyć, ani rozsądnie zjeść, bo porcja rozpada się na nieapetyczne elementy. Ale i na tym dziwactwie Brytyjczycy nie poprzestali. Przed dziesięciu laty jakiś szaleniec w Szkocji wpadł na pomysł, by w tej samej otoczce zanurzyć snickersa lub marsa i również usmażyć w głębokim tłuszczu. Na Koszykowej podjąłem odważną próbę zmierzenia się z tym specjałem i niestety, odpadłem po pierwszym kęsie. Oglądałem w życiu rozmaite filmy dla dorosłych, ale propozycji dla miłośników smażonego czekoladowego batona chyba obejrzeć bym nie chciał. Dzielności zabrakło mi także na smażone angielskie kiełbaski śniadaniowe. W naiwności swej wziąłem je kiedyś do ust w londyńskim hotelu i długo nie mogłem wyjść z szoku. Najparszywsza polska parówka jest przy tym dziele zbzikowanego masarza klejnotem dobrego smaku.
Poza tymi smakowitościami w Fish & Chips znajdziecie wszystko, czego wam nie brakuje od ostatniej wizyty w Londynie. Słodki porridge, czyli zmieloną na pulpę owsiankę na mleku. Mdłego Dr. Peppera, czyli odmianę pepsi-coli zupełnie pozbawioną smaku. Przesłodzony do nieprzytomności pudding z małych opakowań do podgrzania w mikrofalówce. Kwaśno-słodko-słone pikle. Smakoszy zainteresuje natomiast z pewnością ogromny wybór brytyjskich piw (ESB, Golden Champion, London Porter, Golden Glory, Bishops Finger, Directors, London Pride, Magners, Scrumpy Jack, John Smith's, Strongbow), których jednak na miejscu spróbować nie można.
I żeby była jasność: naprawdę nie odradzam wizyty w Fish & Chips. Wręcz odwrotnie - wizyta w tym lokalu wydaje mi się obowiązkowym punktem wychowania patriotycznego.
Fish & Chips, ul. Koszykowa 30, www.fishandchips.pl

Najczęściej czytane24 htydzień
- Nowy punkt widokowy w Warszawie. Wyżej niż PKiN
- Dziś Marsz Wyzwolenia Konopi. Na ulicach paraliż
- Reklamy na Euro. Która najbardziej obciachowa? [GŁOSUJ]
- Burzą przedwojenne wieże na Dworcu Zachodnim
- Ogromny rozściełacz asfaltu ściągnięty na budowę A2
- Autostrada A2: kolejny odcinek gotowy na otwarcie
- Motocyklista w ciężkim stanie po wypadku na Racławickiej
- Te budynki mogą powstać w Warszawie. Top 10
- Co straszy, a co zachwyca w strefie kibica [RAPORT]
- Nie jedźcie tą autostradą. Węzeł Pruszków to pułapka
- Nad Wisłą, na działkach. Tak wypoczywała Warszawa
- Gigantyczna kara dla lekarza: bo nie wypełniał papierów
- Lotnisko bezradne wobec naciągaczy? Taksówkowy problem
- Wtorek na ulicach Warszawy [22.05.2012]

